(09.11.2022, 20:19)ErgoProxy napisał(a): [ -> ]Sam pan jesteś rozgorączkowany.
Może.
(09.11.2022, 20:19)ErgoProxy napisał(a): [ -> ]Cytat:"Nadczłowiek", wedle Friedricha, miał być dużo mądrzejszy od dzisiejszych ludzi, więc "nadczłowiek" nie powinien się przejmować dawniej wymyśloną moralnością, tylko klecić swoje zasady.
Źle. Powinno być: nie powinien przejmować się dawniej skleconymi zasadami, tylko wymyślać nową moralność. W tym ujęciu nadczłowiekiem był Jezus i demonstrował to. Po tym bowiem rozpoznajemy nadczłowieka, że jest mądrzejszy, a nie po tym rozpoznajemy mądrzejszego, że się obwoła nadczłowiekiem. Niemcy są per saldo narodem idiotów, którzy tylko dobrze projektują śrubki i potem szukają, kto by je im podokręcał. Stąd wywodzą swoją rolę w Europie, która to rola (przewodnia) jest oczywistą oczywistością i tylko głupi by myślał inaczej. Pod tym względem do dzisiaj nic się w Niemczech nie zmieniło i to się w końcu Niemcom zawali.
No tak. O to mi chodziło. Nie przejmować się starą moralnością, a wymyślać, jak się uważa za słuszną. W "Tako rzecze Zaratustra" był przykład z wielbłądem, lwem i dzieckiem. Wedle Nietzschego wpierw człowiek jest w swym życiu wielbłądem, bo pokornie dźwiga ograniczenia, jakie nakłada mu społeczność. Potem powinien się stać lwem, czyli powinien, rycząc twardo rozgonić te społeczne wymogi. Na koniec powinien być dzieckiem, czyli powinien być istotą, która nie ma jeszcze zaszczepionych żadnych norm z zewnątrz (istota przed socjalizacją).
(09.11.2022, 20:19)ErgoProxy napisał(a): [ -> ]Cytat:W końcu III Rzesza zabijała chorych i wszystkich innych, których uznawała za "bezwartościowe życie".
Nie. Naziści zabijali tylko tych, których im się udawało zabić. Znane jest powiedzenie bodaj Goeringa o tym, kto jest żydem, decyduję ja i znany jest (skuteczny) protest Niemek berlińskich, kiedy waadza zdecydowała uwięzić ich mężów żydów. Znane są też dość popularne przypadki wieszania Niemców przez Niemców, kiedy jakaś społeczność uznała kogoś ze swoich za tchórza i zdrajcę, co się nie chce bić za Vaterland. Nieważne zresztą, co kto deklaruje, tylko co robi. O gwałtach Rosjan w Niemczech (i nie tylko) wie każdy, o gwałtach kolonialnych żołnierzy francuskich (wyznawców Proroka) wiedzą niektórzy, o gwałtach żołnierzy anglosaskich wiedzą nieliczni, a jeszcze nieliczniejsi są skłonni przyjąć do wiadomości, że G.I.Joes potrafili sobie zrobić z wyzwolonego koncłagru kobiecego regularny burdel - i że poza tym robili dokładnie to samo, co krasnoarmiejcy. Może na nieco - nieco - mniejszą skalę.
Wiadomo, że w polityce III Rzeszy dużo logiki nie było. Gdyby Oś wygrała II WŚ, to niedługo po tym Hitler wygumkowałby napis "honorowi Aryjczycy" przy Japończykach i napisałby "Żydzi Wschodu". Co najmniej raz Hitler był niekonsekwentny w swej ohydnej "misji" zabicia wszystkich Żydów. Do końca dość dobrze traktował żydowskiego lekarza (Broch się nazywał, bodajże), który za pół darmo leczył mu umierającą matkę. Ten sam lekarz, po wyjeździe do USA, wedle biografii Longericha o Hitlerze, rzekł, że nie widział w całej swojej karierze nikogo, kogo tak bardzo zniszczyły cierpienia, jak Hitlera opiekującego się umierającą matką. Hitler to dla mnie ENFJ...
(09.11.2022, 20:19)ErgoProxy napisał(a): [ -> ]Cytat:W końcu orkowie byli zrodzeni z brutalnej woli ekspansji bez zahamowań.
Orkowie byli zrodzeni... tutaj sprawa jest dyskusyjna. Tolkien wywiódł ich roboczo z elfów, którzy wpadli w ręce Melkora i zostali wypaczeni torturą. Takie rozwiązanie mu się jednak nie podobało i próbował zrobić z nich golemów; szczęśliwie nie zdążył. Gdyby był zdążył, orkowie byliby zrodzeni z urazy, że Bóg nie pozwala mi się wtrącać z moją myślą do Swojego dzieła; i tak się wtrącę i swoje sobie potworzę (Aulemu to przeszło, ale Aule był pokorny, choć niecierpliwy). Ekspansja? Ekspansja wymaga przestrzeni, najlepiej już przez kogoś zagospodarowanej, żeby starczyło przejąć władzę dla trzepania kasy. Ekspansja bierze się z chciwości tak w ogóle. Gdyby Melkorem kierowała chciwość, próbowałby zniewolić Iluvatara, niekoniecznie forsując własne rozwiązania; niech sobie elfowie żyją jak żyli, byleby wiedzieli, komu mają oddawać chwałę (mroczny elf Eol z synem Lomionem dwojga imion Maeglinem w zasadzie się na to łapią).
A te upodlone torturą elfy mi też pasują do "drogi satanistycznej". Przepalona emocjonalność jak u Hitlera. Elfy to w końcu takie zniewieściałe duszki/aniołki, które w "Hobbicie" sobie tańcowały z puchową gracją.
A właśnie we wszystkich historiach nie lubię, gdy tłumaczy się osobowość szwarccharakterów chciwością lub, nie daj buk, chaosem. Chciwość to cecha istot niskich i głupich "Ja chcem i muszem, bo moja mojszość jest mojsza, bla bla.". Jak istota głupia mogłaby się trwale doszarpać do władzy w najwyższej wojnie? Jak jest głupia to szybko padnie jak Putin i za kilka pokoleń Putin ani jednego wyznawcy mieć nie będzie... Za Smaugiem nie pójdzie nikt wybitny. Nawet jak zbudują mu pomnik ze złota większy niż Samotna Góra.
Albo chaos! Jak chaos może jakoś stale walczyć w wojnie? Chaos jest chaotyczny. Jak ma mieć skuteczną strategię? Po co chaos walczy? Jaki Niepodzielny Chaos? Nie grałem w Warhammera, ale raczej to nielogiczne.
@lubczyk
Nie. Szło mi o to, że Absolut stworzył "Świat Zamku" (Wenus Jeden - a piszę z wielkiej litery, bo w manuskrypcie też tak piszę), a potem w ramach Świata Zamku stworzony nasz mniejszy, szkatułkowy świat.
W tym fioletowym świecie (Świat Zamku, Wenus Jeden) prawa fizyczne są baaaaarzo skomplikowane, ale to nie jest zamęt, bo jakoś ledwo można się w nim rozeznać, jeżeli się jedzie na wybitnej intuicji. Prawa fizyczne są tam pewnie nawet zmienne w czasie. Istnieją pewnie nawet prawa zmieniające w czasie prawa fizyki. Istoty tam tworzą fabuły, w które wierzą i nawet, jeżeli są one błędne (jak w przypadku Szatana), to w nie wierzą. Nie trzeba mieć w sumie mądrej i prawdziwej fabuły w głowie, by być szczęśliwym. W naszym świecie socjopaci wierzą, że sensem wszystkiego jest ich i tylko ich wyłącznie szczęście i mogą być cholernie szczęśliwi, konsumując płytko. Smigol był szczęśliwy z pierścieniem. Smaug był szczęśliwy, śpiąc na złocie.
@geranium
Tutaj się pojawia kwestia Marii Magdaleny. Kim była dokładnie dla Jezusa?
Pisałem o małżeństwie, że jest najlepszym sposobem dopełnienia osobowości, ale też inne. Można mieć bowiem przyjaciół, kolegów, którzy mają dopełniające osobowości. Te relacje nie idą aż tak daleko, ale też mogą wystarczająco pomóc. Według mnie, teraz Bóg-Ojciec ma wokół siebie także istoty, które mają w sobie cechy opisywane jako I, T i P według MBTI, bo zrozumiał w końcu, że istot z takimi cechami potrzebuje dla społeczności, w tym dla siebie do pomocy, bo sam nie ma wszystkiego. I tutaj jest jedna z wielu wyższości strategii Boga-Ojca nad strategią Szatana. Szatan myśli, że jest cudowny i nie potrzebuje innych cech do dopełnienia. Walczy zatem "jedną ręką".
@Litek
Dziękuję, Litku, za podsumowanie swej kariery na forum.
Nie byłbym zgryźliwy, gdybyś tylko argumentował swoje tezy.
Dobra. Czas na moje wynurzenia z, jak mam nadzieję, niemętnej wody.
W poniższym poście nawiązuję często do MBTI. Stąd te literki.
W mych powyższych pomysłach ważna jest kwestia psychologii dwóch głównych graczy – Boga-Ojca i Szatana. Obstawiam, że obie te istoty to skrajne przypadki osobowości ENFJ (każdą „literkę” mają skrajną). Zatem we wszystkim ważna jest pogłębiona analiza osobowości ENFJ, którą zamierzam przeprowadzać. Skrajna postać osobowości ENFJ ma bowiem specyficzne tendencje, które są nieraz ciekawie ukazane w utworach sztuki i w życiach słynnych postaci. Te tendencje zdają mi się pasować do biblijnych postaci Boga (także Jezusa) i Szatana. Oczywiście w pierwszym przypadku są to dobre, choć problematyczne, tendencje tej osobowości, a w drugim przypadku są to tendencje złe i problematyczne.
I
Kwestia pierwsza. Wewnętrzny konflikt między skrajnie mocną wolą mocy (E+J) a skrajnie mocną inteligencją emocjonalną (F), który to konflikt może upodlić ducha.
Analizując powyższą sprawę, wpierw uczynię pewną dygresję na temat sfery romantyczno-seksualnej. Skrajne N (przypominam, że te literki biorę z MBTI) jest perspektywą na życie skrajnie szeroką i wnikliwą. Perspektywa ta może ciekawie wykwitnąć w strefie romantyczno-seksualnej w coś w rodzaju „wzniosłego panseksualizmu”. O co mi chodzi? Mając szeroki ogląd na świat, można łatwo dojść do wniosku, że ludzkie ciała są tylko tymczasowymi narzędziami/wehikułami, więc ciężko się na ciałach skupiać. Szeroka perspektywa sprawia, że skupienie idzie w sfery duchowe. W końcu przeciwieństwo skrajnego N, czyli skrajne S, objawia się bardzo płytkim gustem romantyczno-seksualnym. Skrajne S (czyli zarazem socjopatię) mają choćby takie osoby jak Korwin-Mikke i Trump, którzy w doborze partnerek (których mieli wiele, jak to „haremofile”) patrzą tylko na ich ciała i posłuszeństwo wobec nich. Nie ma w nich uczuć – patrzą tylko na siebie i swoje potrzeby. Skrajne N, jako przeciwieństwo, jest więc otępieniem na kwestie cielesne. Ten rodzaj panseksualizmu wykazywali w historii pewnie m.in. Leonardo da Vinci i Michał Anioł Buonarotti. Kiedyś myślałem, że taka postawa romantyczno-seksualna bierze się z połączenia N i F, bo analizowałem to wszystko na podstawie siebie, ale potem zauważyłem, że także osoby z NT wykazywały taką postawę w historii. Choćby Ludwik Wittgenstein. Ale dlaczego nazwałem to „wzniosłym panseksualizmem” a nie „biseksualizmem”? Otóż, eee, teoretycznie mogą istnieć (np. w jakichś wymyślonych dukajowych światach) także inne płcie, a ktoś w swojej wyobraźni może się zauroczyć w bohaterze o jakiejś nieznanej naszemu światu płci. Stąd ciężko wszystko ograniczać do dwóch płci. Warto tu choćby wspomnieć Nikolę Teslę, który, wedle swych słów, kochał romantycznie... białą gołębicę. Zatem Tesla wyczuł duszę w gołębi i się w tej duszy zakochał, choć cieleśnie to był, no, gołąb. Czy skrajne N zawsze musi skutkować takim panseksualizmem? Nie wiem. Nie zastanawiałem się na tym mocno. Może i nie, ale jakaś korelacja na pewno jest, moim zdaniem.
Jednakże analizowana osobowość to skrajne ENFJ i kwestia skrajnego N nie wystarcza do wyczerpania tematu romantyczno-seksualnego. Ważne tu też jest skrajne F. Uważam, że skrajne F w tych sferach skutkuje, jak to nazywam, „służalczością”. I tutaj muszę zaznaczyć, że nie oznacza to od razu automatycznie zawsze i wszędzie pasywności seksualnej, czyli skłonności do ról seksualnych typowo kobiecych. Służyć można także jako strona aktywna w seksie, tyle że taka osoba skupia się wtedy nie na swojej przyjemności, tylko czerpie gratyfikację emocjonalną z przyjemności drugiej strony. Tyle że jakaś korelacja między pasywnością (uległością) w sferze romantyczno-seksualnej a wysoką inteligencją emocjonalną zachodzi. Nie zawsze tak jest, ale pewnie zwykle tak. Dlaczego? Skrajnie mocne F to też niezwykle mocna empatia, czyli zdolność do intuicyjnego współodczuwania odczuć innej osoby. W takim razie czynności pasywne (np. bycie pasywną stroną w seksie) sprawiają, że osoba empatyczna może współodczuwać przyjemność drugiej strony i mieć stąd gratyfikację psychiczną. Z kolei bycie stroną aktywną w seksie może być dla osoby mocno empatycznej ciężkie. Dlaczego? Bycie stroną aktywną wiąże się z pewnym (jakby to rzec?...) napieraniem i korzystaniem. Osoba mocno empatyczna może się choćby obawiać, że robi krzywdę poprzez zbyt mocne lub niewłaściwe napieranie. Stąd dojść może do tego, że osoba o mocnym F nie jest podniecona byciem stroną aktywną w seksie, bo się martwi, że robi krzywdę. Może się też martwić, że jej „performens” jest niewłaściwy, skoro skupia się na zadowalaniu drugiej strony, by stąd czerpać gratyfikację psychiczną. Obrazowo ujmując, osoba o skrajnym F może wtedy nie czuć podniecenia, zacząć płakać w trakcie i nonstop za wszystko przepraszać.
E/I i J/P w kwestii seksualno-romantycznej są już tylko pobocznymi kwestiami taktyki. Osoba z E będzie choćby bardziej skłonna do robienia pierwszych kroków i pchania związku naprzód niż osoba introwertyczna. Osoba z J relację bardziej planuje i organizuje, a osoba z P improwizuje i koryguje kurs, by nie był zbyt nieelastyczny.
Po co był ten (może i creepy) wątek seksualno-romantyczny w kontekście konfliktu „woli mocy” i wysokiej emocjonalności. Czy po prostu lubię takie tematy na łamach publicznych? Nie, nie lubię. Jestem jednak wstydliwy (wstydliwość to też skutek mocnego F), choć ekstrawertyczny. Uznałem po prostu, że ten przykład dobrze pokazuje pewien problem z osobowością skrajnego ENFJ. Już mówię, o co chodzi. Posilę się tu wpierw życiem Ernesta Hemingway’a.
Hemingway był dla mnie przykładem osoby z mocnym F, która fatalnie skończyła z powodu niemożności pogodzenia się ze skutkami wysokiej inteligencji emocjonalnej. Jak wiemy, Hemingway popełnił samobójstwo. W opisie Hemingwaya ciekawa jest jego książka „Słońce też wschodzi”. W niej główny bohater jest impotentem z powodu rany wojennej. Przez impotencję jego ukochana nie chce z nim być, a on czuje wstyd i jest głęboko nieszczęśliwy. Dlaczego ta historia jest, według mnie, ważna? Już nawet nie chodzi o „teorię góry lodowej” Ernesta. Idzie o to, że moim zdaniem Hemingway w tej książce symbolicznie ukazał swoje bóle. Nie opowiedział o swych bólach wprost z powodu wstydu. Obstawiam, że Hemingway był pasywny seksualnie i nie udawał mu się seks jako aktywny facet. Wiadomo - gdy nie ma podniecenia, to u facetów mogą być problemy z erekcją, a takie problemy sprawiają, że osoba ze skrajnym F, która próbuje się podejmować aktywnych czynności seksualnych, niestety według siebie, „zawodzi”, a więc emocjonalnie czuje wyrzuty sumienia i wstyd. Hemingway próbował latami swoje zaburzone poczucie męskości ratować na różne sposoby. Boks! Walki byków! Polowania! Wszystko, co męskie. Ale, koniec końców, nie udawało mu się, więc zapadał się coraz bardziej w alkoholizm. Na koniec wszystko skończyło się strzałem w głowę. Niestety nie afirmował swej emocjonalności, więc nie wytrzymał. Oczywiście nie tylko kwestia seksualna mu zapaskudziła życie pod kątem niewytrzymania swej wysokiej emocjonalności. I tutaj mam przekaz do każdego faceta, który cechuje się wysoką inteligencję emocjonalną – nie kończcie jak Hemingway. Żadnych używek i innych złych końców. Nie dajcie sobie wmówić głupim ludziom, co jest godne mężczyzny. Jak mam uważać inaczej, skoro wierzę, że najważniejszą wojną naszej rzeczywistości dowodzą dwie istoty o skrajnej emocjonalności (tak jakby jedną armią dowodził Zełenski a drugą Hitler)? Czy może być coś bardziej afirmującego i męskiego niż królewski rys duszy?
Ale nie tylko Hemingway nie radził sobie z mocnym F. Poczucie nadwyrężonego poczucia męskości może też skutkować innymi próbami rekompensowania sobie samooceny.
Choćby poprzez zdrady, które są tak jakby „podbojami”. Tak mieli choćby Albert Camus i Karl Ove Knausgard. O tym ostatnim jeszcze opowiem, bo jest on ciekawy. Karl Ove Knausgard jest norweskim pisarzem. Jego największe dzieło nazywa się... „Moja Walka”, czyli po norwesku „Min Kamp”. Dzieło te, podzielone na kilka tomów (przeczytałem je), jest światowym bestsellerem. Knausgard nie tylko w zatytułowaniu swego „opus magnum” jest podobny do Adolfa Hitlera. Tak samo jak Hitler był źle traktowany przez ojca (którego nienawidził), ma pewne odchyły prawicowe (choć nie tak jak Hitler, rzecz jasna) i jest przykładem zagubionej osoby ENFJ (choć nie tak mocno złej jak Hitler). Knausgard na pewno jest skrajnie ekstrawertyczny, gdyż jego „Moja Walka” jest opowieścią o jego życiu. Autobiografia ta jest straszliwie szczegółowo. Knausgard przeprowadza wiwisekcję własną. Otworzył się na ościerz. Opowiedział nawet o swych upokorzeniach i innych szczegółach z życia, które go stawiają w złym świetle. W stylu pisania jest też podobny do Hemingwaya. Pisane przez niego zdania przypominają krótkie, rwane, emocjonalne spazmy. Knasugard jest też mocno skory do planowania i organizacji (czyli jest J w MBTI), co widać było po jego opisie rutynowego i zdyscyplinowanego opisu pisania książki. Jednocześnie z knasugardowej „Mojej Walki” widać opis własny człowieka wielce emocjonalnego, który marzy o byciu przewodzącym bohaterem czegoś większego. Nie bez powodu Knausgard jest wielkim fanem Dostojewskiego, który jest ulubionym pisarzem innego zagubionego ENFJ – Jordana Petersona. Najlepiej fakt bycia przez Knausgarda zagubionym ENFJ pokazuje jedna opisana przez niego scena z jego młodzieńczego życia. Już opowiadam. Otóż pewnego razu Knasugard poszedł do baru z bratem i koleżankami, mając jedną koleżankę „na oku”. Jednakże ona, ku jego rozpaczy, czuła większa miętę do jego brata. Co zrobił Knausgard? Poszedł do toalety, przypierdolił pięścią w lustro (albo może lustro już było rozbite, nie pamiętam, ale dla fajności historii wolę wierzyć w przypierdolenie robione na „mechanicznej stanowczości”), następnie wziął rozbity odłamek szkła i tym odłamkiem gęsto pociął sobie twarz tak, że była cała czerwona od broczącej się krwi. Potem, jakby nigdy nic, poszedł do towarzyszy imprezki i sobie usiadł. W końcu dojrzeli jego rany i wpadli w panikę. Co ta historyjka pokazuje? Tendencje autodestrukcyjne. Knausgard w swej autobiografii opisuje także zdradzenie swej żony, przez które mu się małżeństwo rozpadło. Knausgard ma bowiem nadwyrężone poczucie męskości i stąd próbował sobie jakoś samoocenę ratować. Raz choćby opisywał poczucie wstydu i wysokiej niestosowności, gdy „tatuśkował”, wyprowadzając dzieci na spacer. Wedle siebie, czuł się jak „wykastrowany”. Poza tym Knausgard ma tendencje uległe, które z siebie wypiera. Dobrze ten fakt pokazuje scena, gdy był w szatni po meczu piłkarskim i martwił się swymi cielesnymi kompleksami. Co ciekawe, te kompleksy były raczej typowe dla kobiet, bo martwił się choćby fałdką na brzuchu. Karl Ove jednocześnie ma szeroką perspektywę na świat (czyli ma mocne N). Widać to było w ostatnim tomie „Mojej Walki”, gdy nagle rozpoczął coś bełkotliwego na kilkadziesiąt stron o symbolizmie liczb. Nie zrozumiałem, o co mu chodzi. Najwidoczniej Knausgard się w swej szerokiej perspektywie pogubił, co nie jest rzadkie, bo łatwiej się pogubił w wielkiej „mapie” niż w małej.
Dlaczego jednak Knausgard nie skończył jak Adolf Hitler, mimo wielu podobieństw do jego osoby (sam tytuł książki wskazuje, że Karl Ove pewną bliskość do Hitlera czuje)? Odpowiedź brzmi: byt dużej mierze tworzy świadomość. O co mi chodzi? Zryty umysł Knausgarda dostał wyjątkową pomoc od losu od bogatego, norweskiego i tolerancyjnego państwa norweskiego. Pierwsze lata swej dorosłości Knasugard żył w zasadzie jak Hitler. Próbował zostać wielkim artystą (pisarzem i pobocznie gitarzystą), mając wielkie marzenia o lepszym świecie i raz na jakiś czas miał jakieś załamania nerwowe. Jednak Hitler dostał potem od losu bezdomność, biedę i traumatyzującą wojną. Knausgard dostał wsparcie rodziny, znajomych i państwa. Wpierw Knausgard studiował twórcze pisanie gdzieś na dalekiej północy. Wszystko zawalił. Ale potem nie biedował, tylko dostał pomoc i skończył bodajże studia z historii sztuki. Jego jedna z żon pracowała z kolei bodajże w państwowej galerii sztuki, a więc nawet tak bogaty kraj wspierał materialnie dom Knausgarda. Ciekawe i mocno spekulatywną kwestią jest, czy aby w jego życiu nie było ingerencji Szatana. W końcu napierdalanie „eenefjota” ojcem byłoby już sprawdzoną zagrywką w pchaniu ku siebie (patrz: Hitler). Jednakże nie ma na to żadnych przesłanek, a w życiu należy mieć domniemanie naukowości, zamiast domniemania „magii”, więc nie wierzę w jakąś próbę opętania Knausgarda, by mieć nowego „generała” w swej szatanatowej armii do starcia na Ziemi. Ale co ważne – Knausgardowi pomógł w zasadzie opiekuńczy „introwertyzm” skandynawski, bo został poprzez niego obroniony przed pójściem dużo dalej w bardzo złą stronę. Introwertyzm uznaję bowiem jako kierowanie energii ku obronie, zamiast ku ekspansji jak w przypadku ekstrawertyzmu. Introwertycznej pomocy zabrakło dawno temu, by obronić duszę Szatana przed podłamaniem i złym upodleniem. Szatan nie znalazł dla siebie ochrony ani w sobie, ani od kogoś innego. Podobnie los nie obronił Hitlera. Rzecz jasna, Hitler i Szatan są w wielkiej mierze odpowiedzialni za swoje błędy i gdyby byli lepsi, to nie zeszliby na złą drogę, ale każdy porusza się w jakimś świecie zewnętrznym i świadomość określa byt tylko częściowo.
W osobowości ENFJ E+J może być niestety wrogo nastawione do F i chcieć je zniszczyć. Skoro bowiem E+J to wola mocy, czyli wola ekspansyjnego kształtowania rzeczywistości zgodnie ze swoją wolą, to wola mocy chce przede wszystkim siły, by mieć sprawczość. Tyle że inteligencja emocjonalna niestety może się dla „eenefjota” (że osoby ENFJ) wydawać słabością między innymi dlatego, że mocna empatia utrudnia atakowanie, bo poprzez ekspandowanie można skrzywdzić. Mocna emocjonalność to zarazem nie tylko wrażliwość na krzywdy innych, ale też na swoje własne, a nadwrażliwość ogółem nieraz utrudnia funkcjonowanie i sprawczość. Życia Hemingwaya i Knausgarda dobrze pokazują, że przez ten konflikt wewnętrzny „wola mocy” może pchnąć w „faszyzm wewnętrzny”, czyli w zło. Pobocznie takie skłonności miał także m.in. Friedrich Nietzsche. Lepszą drogą dla nich byłaby afirmacja swych wnętrz.
II
Kwestia druga. Kolejny potencjalny problem u ENFJ – zła wiara.
Kwestię złej wiary dobrze widać u Yukio Mishimy- japońskiego pisarza i religijnego nacjonalisty. Mishima był człowiekiem do cna wpatrzonym w honor i w wyższe cele. Wedle siebie, poświęcił życie dla większej sprawy. Mishima popełnił seppuku po próbie nieudanego, nacjonalistycznego, religijnego zamachu stanu w Japonii, by, według siebie, chronić japońską, romantyzowaną esencję kulturowo-duchową (kokutai) przed „zabrudzeniem” globalizacją. Jako że wydarzenie miało miejsce w 1970 Mishima nazywany bywa „ostatnim samurajem”. W dziełach Mishimy wielokrotnie przewija się motyw śmierci, co ma związek z tendencjami autodestrukcyjnymi u ENFJ. Osobowość Mishimy dobrze ukazuje akt ze swoją osobą, który wykonał, wzorując się św. Sebastianie zwijającym się od postrzelenia strzałami. Według Michimy, obraz św. Sebastiana spowodował u niego pierwsze podniecenie seksualne w życiu. Mishima, rzecz jasna, identyfikował się ze św. Sebastianem i czuł mocny pęd do autodestrucyjnego poświęcenia samego siebie dla jakiegoś wyższego celu. Stąd też jego, taka a nie inna sztuka, a potem próba zamachu stanu i końcowe honorowe samobójstwo po „zawiedzeniu”. Mishima ukazuje pewien problem w osobowości ENFJ, który może zawładnąć człowiekiem – złą wiarę, wiarę, w którą się fanatycznie wierzy i w którą się idzie całym sobą.
Warto też nadmienić, że Mishima jest jednym z ulubionych artystów satanisty i neonazisty Douglasa Pearce’a., lidera zespołu Death in June. I teraz się tym brytyjskim, neo-folkowym naziolem zajmę. Opisałem już go trochę na forum w wątku: „Co obecnie słuchacie?” głównie w kontekście utworu „To drown a rose”. Pearce, według swej relacji, w młodości był egzorcyzmowany. Pearce wierzy też, że ma kontakt z istotami z wyższego świata. Zważywszy na jego piosenki, które, jak dla mnie, niesamowicie wnikliwie opisują „drogę Szatana”, jestem w stanie uznać, że raczej faktycznie... ma kontakt ze złym, wyższym światem. Tak mi się wydaje na teraz. Jeżeli to prawda, to można poprzez niego badać część zaświatów. Próbuję badać sprawę, ale Pearce jest zarazem dla mnie obrzydliwy i odpychający moralnie, więc muszę w nim grzebać patykiem jak w „kupie gówna” (nawiązując do określenia od Brunona Schulza, z którego miałem przez kwadrans bekę z moim najlepszym przyjacielem na lekcji polskiego w liceum), którą Pearce jest. Jeszcze jego piosenki idzie słuchać. Dużo tam hajlowania oraz tematów religijnych i wojennych. Czysto melodyjnie to kunszt tam jest, naprawdę - to muszę przyznać. Ale badać go będę. Jestem w końcu ekstrawertyczny, więc się nie boję i będę patrzył w otchłań jak Nietzsche, a ona może spojrzy na mnie. Jestem gotów. Tutaj widać ciekawą różnicę między introwertyzmem a ekstrawertyzmem.
Czas na dygresję, która ma pokazać tę ciekawą różnicę. Miałem bowiem kiedyś przyjaciela, który jest podobny do mnie, a różni nas głównie to, że on jest bardzo introwertyczny (przed światem broni się wręcz paarnoicznie) a ja mocno ekstrawertyczny (on to jest zatem INFJ). Lata temu, gdy był mocno skrzywdzony, to zaczęło mu odwalać i szedł drogą satanistyczną, bo fascynował się Hitlerem i chciał brutalnie rozpierdalać zło (czyli to, co za zło uważał) wokół. Ojciec go napierdalał i nie tylko ojciec. Przez moment był bezdomny. Odpuścił jednak kilka lat temu wiarę w Hitlera na rzecz mocnej wiary w... Jezusa. Potem mu się poprawiło mocno w życiu, z czego jestem zadowolony. I on panicznie wręcz bał się różnych symboli satanistycznych. Lubił słuchać metalu, ale nie mógł znaleźć prawie żadnego utworu, gdzie nie ma antyreligijnych symboli i tez. Wkurzało go też, gdy czasem robiłem jakieś obrazoburstwa dla hecy. On teraz, skoro jest ostrym chrześcijaninem, na pewno, nigdy przenigdy, nie słuchałby Death in June „dla badań”, bo by się bał, że mu złe treści umysł zaleją i podbiją. Czy jego mocna introwertyczna strategia jest idealna? Nie. Blokuje rozwój. Ale czy mocno ekstrawertyczna strategia jest idealna? Też nie. Gdy człowiek się nie broni, to jest zagrożony. Zatem, jakby co, skoro badam conradowe „hearts of darkness”, nie obrażę się nigdy, jeżeli ktoś mi zwróci uwagę, jeżeli szedłbym w złym kierunku. Bardziej dobitnie: jeżeli będzie mi niemoralnie odpierdalać, to piszcie. Ja się mogę zagolopować. Tym bardziej, że ogrom zasobów własnych poświęcam na introspekcję i odkryłem, że jestem ogółem po dobrej stronie (uff...), ale jest we mnie pewnie procent drogi „satanistycznej”, czyli drogi zagubionego eenefjota. I staję przed wyborem: zniszczyć tę złą część, czy ją w sobie pod kontrolą hodować, by móc ją badać. Jakie są zagrożenia, jeżeli będę chciał ją hodować? Takie:
- może mnie ona podbić wewnętrznie,
- może czasem zmieniać moje zachowania, przez co będę nieraz krzywdził siebie i innych (zauważyłem, że tak parę razy się już zdarzyło).
Zdecydowałem się jednak nie niszczyć tej złej części. Chcę ją bowiem wykorzystać w badaniach, niech będzie, humanistycznych (no bo tu jest filozofia, religia, literatura, filozofia itd.)do lepszego rozumienia świata. Co mogę robić ze swoją złą, wielce mniejszościową częścią w klatce mego wnętrza? Mogę:
- konfrontować złą część z dobrą i badać, w jakie interakcje ze sobą wchodzą (to mnie mocno inspiruje m.in. w pisaniu do szuflady dialogów między Szatanem i Bogiem-Ojcem),
- sprawdzać, jak moja zła część chciałaby się zachować, gdyby mogła kierować moim życiem (takie słuchanie swoich „złych myśli” pomaga do budowy szablonowej osobowości złego ENFJ),
- jakoś ją stymulować bodźcami i patrzeć, jak się zachowuje.
Oczywiście to jest w pewnej mierze groźne. Podobnie gadał ten debil Peterson. On mówił o „cieniu w sobie, którego trzeba z sobą zintegrować i go opanować”. Mówił też o „potworze” wewnętrznym, którego należy kontrolować i którego należy poznawać, by wiedzieć, jak działa zło, bo żeby skutecznie pokonać zło, trzeba je rozumieć. Powoływał się przy tym m.in. na psychologiczne dzieła Junga (kwestia „cienia” – „jungian shadow”) i na dualizm abelowo-kainowy. Będę zatem uważać i jeszcze na wszelki wypadek będę się poddawał kontroli bliskich (choćby mojego najlepszego przyjaciela), by nie skończyć jak Peterson. Będę też dbał, by się nie wyniszczyć mentalnie jak on.
Zatem nie zniszczę w sobie tego „czarnego zwierzątka” w sobie, choć czuję, że byłbym w stanie, gdyż widzę w tym projekcie ogromną wartość poznawczą. Zdaję sobie sprawę z tego, że ta zła strona nieraz też zaszkodzi. Głównie pewnie mojej osobie, choć otoczenie też pewnie rykoszetem nieraz dostanie. Ale jakby celem życia miało być bycie za wszelką cenę niegroźnym, to nikt z nikim kontaktować się nie powinien.
Zmiana tematu. Dokonam teraz przeskoku na inne osoby „do badań”. Mamy bowiem w Polsce dwóch polityków, którzy są jasnymi osobami z ENFJ. Idzie mi o Szymona Hołownię i Piotra Ikonowicza. Obaj opierają swoją politykę na bardzo mocnej wierze w ideologię, która ma przynieść świat lepszy dla ogółu. U Hołowni jest to wiara Boga i w nauki Jezusa i pobocznie wiara w Kościół Rzymskokatolicki. U Ikonowicza jest to wiara w socjalizm. Obaj są ekspansywni w swojej wierze i uznają, że ona doprowadzi do świata lepszego, bardziej równego. Obaj też mają potężne skłonności do poświęcania siebie. Hołownia kiedyś podobno wypłacił z konta wszystkie swoje pieniądze i przekazał je na cele charytatywne. Założył też fundacje charytatywne, które pomagają w skali globalnej (np. fundacja Kasisi w Zambii). Hołownia także spłukał się podczas kampanii prezydenckiej w 2020 roku, przez co prosić musiał ludzi (z wielką wstydliwością) o pomoc finansową. Dziś Hołownia wkłada ogrom energii w swój plan odsunięcia PiSu od władzy i naprawę Polski (co najmniej chce zostać dla tego celu silnym, „zielonym wicepremierem”). I moim zdaniem Hołownia ma... dobry plan. Tutaj jego wiara jest dobra. Nie każdy ENFJ jest zagubiony. Hołownia nie ma problemów z medialnym pokazywaniem się ludziom, bo jest mocno ekstrawertyczny. Jego emocjonalność widać było m.in. przy „płaczu nad Konstytucją” i w zdjęciach rodzinnych, na których widać, jak dużo gratyfikacji psychicznej dostarcza mu opieka nad innymi. Także program gospodarczy Polski2050 jest w zasadzie programem państwa opiekuńczego. Hołownia ma też, co jest częste u osób z NFJ, skłonności do wywyższania moralności i religii. Hołownia kiedyś dwa razy próbował zostać zakonnikiem, a podobno stale kilka razy w tygodniu uczęszcza do kościoła.
Teraz czas na Ikonowicza. Ikonowicz z kolei ma niestety złą wiarę. Zasklepił się w tym socjalizmie i jest fanatyczny. Często agresywnie atakuje innych, próbując tak ratować ludzi, których uznaje za pokrzywdzonych. Tyle że jego Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej faktycznie miło pomaga ludziom. Sam Ikonowicz z kolei poświęca się osobiście chyba nawet bardziej niż Hołownia. Ikonowicz żyje do bólu ascetycznie. Jeździ starym samochodem. Mieszka w nieefektownym domku. Działa charytatywnie w ramach wspomnianego KSS. Kiedyś nawet zaprosił do swego domu bezdomną rodzinę, która u niego dłuższy czas mieszkała, zanim nie stanęła na nogi. Ekstrawertyczna, emocjonalna uczuciowość Ikonowicza bywa dla wielu ludzi wręcz groteskowa, gdyż często wpada on w jakieś furie, robi się czerwony na twarzy i się drze, nie dając innym dojść do głosu. Jest też cholernie odważny i agresywny. Został choćby skazany za atak na policjantów w czasie blokowania eksmisji komorniczej.
Co ciekawe, pojawiają się małe pogłoski, że kolejnym papieżem może zostać Polak – Krajewski – będący jałmużnikiem papieskim. Jest on robin-hoodowym eenefjotem jak Ikonowicz. Też pochodzi z Łodzi jak Ikon.
https://www.onet.pl/informacje/onetwiado...p,79cfc278
III
Kwestia trzecia. Problem dobrego ENFJ (w tym Boga-Ojca) – toksyczne wyrzuty sumienia i wstyd, które ciągną ku załamaniom.
Spokojnie. Nie zajmuję się tylko analizą rysowanego przeze mnie Szatana. Jeżeli się będę zajmował tylko badaniem drogi satanistycznej, to w najczarniejszym scenariuszu może mnie pochłonąć ta droga. Zajmuję się też analizą dobrej drogi u ENFJ. I teraz ją częściowo nakreślę głównie na podstawie bohatera „Gwiezdnych Wojen” Luke’a Skywalkera, który, jak wierzę, jest bardzo podobny charakterologicznie do Boga-Ojca. Zwłaszcza po dopełnieniu jego postaci najnowszą trylogią.
Ale teraz pauza.
Pauza.
Stop.
Dokończę ten wywód kiedyś. Śmiało oceniajcie, korygujcie i masakrujcie jak Korwin młode rurkowce.