Pozwolę sobie na kilka przemyśleń w kontekście tej afery z KPO.
Choć nie cenię aktualnego rządu to nie mam złudzeń, że w przypadku dowolnej innej formacji politycznej sytuacja wyglądałaby inaczej. Tak już niestety od dawien dawna wygląda obszar styku na linii państwo - sektor prywatny. Niezależnie od tego czy analizujemy zamówienia publiczne, programy dotacyjne czy finansowanie najróżniejszych fundacji i stowarzyszeń. Patologii nie brakuje, dlatego ja osobiście jestem zwolennikiem tego aby takie punkty styku ograniczać do minimum. Za kwestie techniczne odpowiada machina urzędnicza i urzędnik nie jest od tego aby analizować szerszy kontekst społeczny danych działań tylko aby weryfikować kryteria formalne.
Ta afera ma przede wszystkim wymiar polityczny. Dla jednych polityków jest bardzo korzystnym prezentem obfitującym w możliwości tworzenia barwnych kijów do bicia (jachty i swingers cluby. Czy można chcieć więcej?

), dla drugich zaś będzie ciężarem, z którego jako tako wybrnąć można jedynie twardą postawą, którą teatralnie odgrywa teraz Tusk grożąc konsekwencjami, weryfikacjami, itd.
W pewnym stopniu (ale niewielkim, jednak istnieją duże różnice) przypomina to te różne scenki zza wschodniej granicy - na Białorusi i w Rosji. Gdy władza da dupy i jakiś kontrolowany przez państwo podmiot gospodarczy kuleje lub jest powiązany z jakąś aferą to zaraz wpada Putin czy Łukaszanka i publicznie przy kamerach beszta zarząd takich placówek, żeby pokazać, że to oni są tu winni, a nie najwyższa władza, która zawsze przecież chce dobrze, ale ludzie kurwy i im to złośliwie psują.
Teraz też tak jest - rozpoczyna się szukanie winnych, uderzanie w "januszexy", urzędników, itd. Moim zdaniem niezbyt słusznie. Gdyby tak na chłodno przeanalizować nawet te co skrajniejsze przypadki to okazuje się, że formalnie trudno jest się do czegoś doczepić i nie wierzę w to, że te hucznie zapowiadane kontrole wywołają jakieś trzęsienie ziemi. Jeśli jednak wywołają to chyba jednak ze względu na polityczną presję, co jednak wydatnie przybliżyłoby nas jako kraj do tych praktyk zza wschodniej granicy. Jeśli będzie taka wola u Tuska to tak się stanie - w końcu kiedyś już zdążył zapowiedzieć, że jak mu prezydent będzie bruździł to sobie będzie rządził za pomocą aktów wykonawczych, rozporządzeń. Dla chcącego nic trudnego.
Tłumaczenia przedsiębiorców są całkiem sensowne w obliczu zamysłu jaki stał za "odbudową" z KPO. Jachty powodują, że w przypadku hipotetycznej, nowej pandemii przedsiębiorca będzie mógł czerpać zyski z działalności, która nie będzie się wiązać się z koniecznością gromadzenia dużych skupisk ludności w jednym miejscu. Dzięki temu być może uniknie restrykcji.
Maszynownia metalurgiczna dla właściciela klubu dla swingersów? Jak mu zamkną klub to zarobi na gwintowaniu rur i profilowaniu blach na parapety. Skutek podobny - przetrwa, zbudował drugą nogę.
Nowe ekspresy do kawy? No skoro w pandemii hotele słabo zarabiały to nie mogły sobie pozwolić na żadne inwestycje. KPO im tą możliwość inwestycyjną przywrócił. No bo co to za hotel, w którym zastaniesz zepsuty ekspres do kawy podczas porannego śniadania?
Dają to biorę. To myślenie beneficjenta. Spełnia kryteria to daję - to myślenie urzędnika. Nihil novi. I teraz dochodzimy do sedna - mimo wszystko coś tu nie gra i zgrzyta. Dziad Borowy zauważył, że HoReCa to nie jest sektor, który działa w oparciu o tworzenie innowacyjnych rozwiązań i technologii. To sektor, który z nich korzysta po to aby optymalizować zyski, ale czerpie je z innych branż, np. z IT czy z HVAC.
Trudno mieć zatem pretensje do leworęcznego, że nie pisze prawą ręką... Zostaje zatem inne usprawiedliwienie dla takiego dotowania - odbudowa po pandemii. No i tutaj wychodzi moim zdaniem duży kwas. Nie mam pełnych informacji, ale szczerze wątpię aby większość z tych beneficjentów rzeczywiście była tak bardzo potrzebująca i obolała po tejże pandemii. A nawet gdyby była to czy rzeczywiście ten czy inny biznes jest tak kluczowy dla jakiegoś bezpieczeństwa państwa polskiego aby kierować tam publiczne pieniądze? Czy to jest sektor strategiczny?
No nie jest. I w tym momencie jako typowy etatowiec (ale zarabiający tyle, że nie łapię się na żaden socjal pozwiązany z dochodami) czuję się trochę jak taka sierota pośród dzieci z pełnymi rodzinami. Wszyscy wokół biorą, a ja tylko dokładam.
Ktoś weźmie dotację 100 % na izolację domu bo nie ma dochodów. Albo rzeczywiście nie ma, albo je ukrywa. Kolejny dostanie dotację na założenie działalności gospodarczej i kupi sobie narzędzia za 20 000 zł. Tutaj znowu przedsiębiorca kupuje za grubą kasę dwa jachty albo dwa domki letniskowe. I kto mu zabroni z nich korzystać tak jak korzystają z nich jego klienci?
Dlaczego ja nie mogę sobie podbudować swojej etatowej pozycji zawodowej i np.:
1) Dostać dotację na 2 lata licencji jakiegoś specjalistycznego programu branżowego? Są takie programy, których szarak nie kupi i aby się czegoś nauczyć musi to robić poprzez pracę w firmie. Firma wymaga zaś często już kogoś z odpowiednim doświadczeniem i koło się zamyka...
2) Sfinansować sobie studia podyplomowe albo dowolne kursy zawodowe?
3) Sfinansować sobie ekspres do kawy, żeby wydajniej pracować przy dobrej kawie?
4) Sfinansować sobie samochód, żeby móc znaleźć pracę w dalszej miejscowości? Albo może paliwo, żeby odciążyć się z kosztów ? A może jakieś bilety pkp?
Takie pytania coraz częściej wpadają mi do głowy, bo czuję, że wszyscy wokół są beneficjentami a ja jedynie te 800+ na dzieci pobieram. No ale podobno w ten sposób dokładam swoją cegiełkę do tego, żeby ratować państwo od przyszłej katastrofy więc ostatnimi czasy jak tak o tym czytam to zaczynam to traktować jak świadczenie, które należy mi się niemal jak psu buda i to z pocałowaniem rączki. W końcu ratuję Polskę...
Wiem jednak, że to droga do nikąd i znacznie lepiej po prostu poucinać większość z tego w cholerę. Nie chodzi mi o to, żeby budować libertariańskie państwo minimum, tylko o to aby publiczne pieniądze były wydawane przez publiczne podmioty i na publiczne cele. A tych nie brakuje - można chociażby budować kolej. Zasada subsydiarności jest ok, ale nie wtedy gdy rozciąga się na podmioty prywatne.
(08.08.2025, 12:23)DziadBorowy napisał(a): [ -> ]Natomiast problem jest szerszy. Od lat patrzę jak wydawana jest kasa z EU zwłaszcza na terenach wiejskich. I jakiś tam place zabaw, skwerki, tężnie solankowe czy wieże widokowe stawiane często w miejscach bez sensu. No ok - ładnie to wygląda miejscowości pięknieją, ale mam wątpliwości czy z tego będzie jakiś rozwój i innowacje.
W mojej rodzinnej miejscowości w ten sposób spaskudzono naturalne źródełko wody, bo ktoś postanowił je zabetonować i "upiększyć" różnymi dodatkami pochodzenia antropogenicznego.
Samorządowcy bardzo lubią takie inwestycje, bo uważają, że są z gatunku tych łatwych co to leżą i jeść nie wołają. Nie wymagają zatrudniania kogoś na etacie ani do obsługi ani do konserwacji, itp. Nie wpływają na koszty stałe funkcjonowania gminy. Ot jednorazowy wydatek i już można robić zdjęcia do lokalnej gazetki, żeby się pochwalić jak to się niby gospodarzy.
Oczywiście jest to pewne uproszczenie, bo entropia jest nieubłagana dla wszystkiego. Z tego powodu te tężnie solankowe już za kilka lat będą przypominać śmierdzący gnój, a zapuszczone i zardzewiałe siłownie plenerowe będą odstraszać swoim wyglądem. Coś podobnego można zaobserwować na punktach MOP przy różnych autostradach i drogach ekspresowych. Z roku na rok takie miejsca odpoczynku dla podróżnych wyglądają coraz gorzej, bo po ich postawieniu świat o nich zapomniał.