Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Bajka o Jezusie
#1
Poniżej przysyłam moją próbę racjonalnego wytłumaczenia pewnych tajemnic biblijnych. Trochę nawiązuje to do mojego dawnego wątku p.t. "Targetyzm", ale tylko leciutko, więc myślę, iż lepiej założyć nowy wątek. Poza tym nie jestem dumny z poziomu dyskusji, jaki wtedy prowadziłem (z uwagi tylko na swoją osobę). Z wielką chęcią porozmawiam o poniższych ideach.

Oto moja bajka...

Na początku świata jest stan prawdy, logiki, matematyki. Istnieje Absolut, który jest idealnie dobry, jest wszystkim. Absolut nie może nic do siebie dodać, nie może stać się lepszy. Każde działanie z jego perspektywy, w obrębie tego kim jest, jest w takim razie bezsensowne i nie będzie do tego dążył.
Absolut ma zatem 3 inne możliwości:
- marazm, nierobienie niczego,
- samounicestwienie,
- ograniczenie się - przeniesienie swej świadomości w ograniczone ciało - z tej perspektywy bowiem działanie, wybory, dążenia będą miały sens (uznane będą za właściwe).
Absolut wybiera ograniczenie i tworzy świat, który ogółem wiecznie dąży do dobra, ale w którym nie działają istoty wszystko mogące. 
Absolut ogranicza się w ciało Boga-Ojca, a resztę swej świadomości "usypia". Ojciec nie jest wszechmogący. Mieszka w Zamku.
Bóg-Ojciec jest mądry, ale nie wie wszystkiego. Jest dobry, ale nie idealny. Posiada ciało i żyje w czasie.
Ojciec chce więcej szczęścia na świecie, więc tworzy anioły, których czyni potencjalnie nieśmiertelnymi (są jak półproste, które mogą, choć nie muszą, być kiedyś przecięte) i wyposażonymi w wolną wolę.
Jednak Ojciec nie potrafi wszystkiego. Popełnia błędy. Część aniołów się przeciwko niemu buntuje. Nie ufają mu. Mają swoje cele i chcą zawładnąć Zamkiem. Ojcu nie udaje się ich unieszkodliwić.
Ojciec jest od nich potężniejszy, ale starają się go zgładzić. W Zamku dochodzi do potyczek. Zbuntowane anioły chcą przekonać Ojca, że jest zły i powinien się unicestwić dla dobra świata. 
Ojciec jest raniony, ale dalej chce mnożyć szczęście na świecie. Tym razem jednak chce mieć większą kontrolę nad swymi "dziećmi", by się nie zbuntowały i nie miały tak wielkiej mocy w niszczeniu go.
W jednej sali Zamku stoi "komputer".
W komputerze tym Ojciec tworzy ludzi w raju, by byli szczęśliwi. Daje ludziom wolną wolę, bo gdyby zmusił ludzi do kochania go, nie czułby, że jest faktycznie dobry i wart miłości, skoro do tego doprowadził koniecznością - ludzka wolność jest lustrem, w którym ocenia swoje istnienie wierząc, że wyjawia prawdę. Poza tym "zamkowa glina", którą można "lepić" czujące istoty z percepcją implikuje istienie wolnej woli, a Ojciec nie wie, czy może stworzyć lub użyć do tego innego budulca (i jak to zrobić). Niestety, zbuntowane anioły włamują się do komputera i umieszczają tam "toksyczny punkt", którego Ojciec nie może usunąć. Jeżeli ludzie wejdą w interakcję z tym punktem, toksyna zatruje komputer i świat przestanie być rajem. Mimo przestróg Ojca, za namową zbuntowanych aniołów, ludzie się tym trują. 
Świat ludzki poznaje zło.
Ojciec jest zrozpaczony. Widzi ludzi cierpiących, egoistycznych, umierających. Nie jest w stanie po śmierci ludzi w mechanizmach komputera przyjąć ich do siebie do Zamku (nieba), bo krzywdy i zło ludzkie go bolą. Zbyt dużo bólu może sprawić, że Ojciec się podłamie i przegra walkę ze zbuntowanymi aniołami, a może w przypływie rozpaczy się unicestwi.
Ojciec ma ogromne poczucie winy, że nie zdołał stworzyć ludziom lepszego świata. Nie chce być katem ludzi, który spogląda z góry. Próbuje pomagać, ale swoimi emocjonalnymi ingerencjami nie zawsze mu się to udaje (Stary Testament).
Cząstkę swej świadomości "wkłada" więc w osobę Jezusa i zaczyna żyć między ludźmi. Już nie jest tylko katem, albowiem on także cierpi razem z ludźmi. 
Jezus przekonuje ludzi, by kochali każdego, by świat stał się lepszy.
Jezus chce, by ludzie kochali Boga (czyli też Jezusa), modlili się do niego, ubóstwiali go i chwalili w pieśniach, by polepszyć stan wewnętrzny Boga, który jest ciągle targany między podszeptami dobrych i złych aniołów. Jezus też nazywa Boga (siebie) wszechmogącym, by ludzie pokrzepiali Ojca w tym, że faktycznie może wszystko, że mu się uda.
Przekonuje też, żeby przebaczano nawet najgorszym zwyrodnialcom m.in. dlatego, że Ojciec (czyli ta sama istota, choć nie w tych samych granicach świadomości, co pierwotny Absolut (Duch Święty) i Jezus) sam po części uważa się za największego zwyrodnialca i chce, żeby ludzie mu przebaczyli i nie płonęli ku niemu urazą.
Jezus chce, żeby go za wszystko ukarano. Chce, by ludzie się na nim zemścili. Emocjonalnie dąży do tego, by ludzie go poniżyli, torturowali i zabili, co przywróci, z perspektywy emocji, sprawiedliwość. (Do tego zadaje się tak z nizinami społecznymi m.in. dlatego, że utożsamia się z nimi). Jezus ponadto zawiera układ ze zbuntowanymi aniołami. W zamian za otwarcie ludziom zagrodzonej przez zbuntowane anioły drogi do nieba, Chrystus zgadza się przejść do piekła, by tam walczyć ze zbuntowanymi aniołami. Zbuntowani liczą, że zniszczą, osłabią lub nawet podbiją część Boga. Jezus zdaje sobie sprawę z ryzyka, ale jego miłość do ludzi zwycięża - z własnej woli wybiera dla siebie druzgocący ból. Zbuntowane anioły żądają przy tym, by Jezus przed śmiercią był przez ludzi atakowany, bo liczą, że w ten sposób zachwieją jego miłością do ludzi i go pokonają.
Chrystus pójście do piekła wykorzystuje też w jeszcze jeden sposób. Szantażuje on bowiem Ojca, że nie wyjdzie z piekła, dopóki Ojciec nie zdecyduje się przyjąć ludzi do siebie. Wyniszczony wewnętrznie Ojciec stając do wyboru między niepojętym bólem dla swej współistniejącej w Bogu osoby, a ryzykiem zbliżenia się do niego ludzi i niebezpiecznego otwarcia drogi ku swego zamkowego, zagrożonego serca, wybiera warunki Jezusa.
Tak też się dzieje na krzyżu. 
Jezus pokonuje zbuntowane anioły w piekle, ale wojna ciągle trwa.
Od tego czasu Bóg już nie czuje się tylko katem, jego emocjonalna potrzeba ukarania siebie (wzmagana podszeptami zbuntowanych aniołów) została na tyle zaspokojona i na tyle "może spojrzeć w oczy ludziom", że jest w stanie przyjąć ludzi do siebie, do nieba (Zamku), by byli szczęśliwi. Jednakże dalej może przyjąć tylko dobrych, kochających go ludzi. Z innymi, by cierpiał. Ich zło i pretensje do niego, by go wyniszczały. Ważny jest stan ludzi w momencie śmierci. Dusze (ludzie), które umierają z nastawieniami (swymi wewnętrznymi dążnościami) ku dobru, wchodzą, po wyciągnięciu ze swoich ziemskich ciał fizycznych, do Zamku dobre, a te z nastawieniami złymi, wchodzą do Zamku złe.
Ważna jest też wiara w Ojca. Dusze wierzące, że ich doczesny świat stworzył dobry Ojciec, są bardziej znośne dla Ojca. Tym bardziej może je przyjąć i zapewnić im szczęście obok siebie.
Dusze złe, do których Ojciec nie chce się zbliżać, bo pali go ich bliskość i interakcje z nimi, te złe dusze zostawione są na pastwę zbuntowanych aniołów. Zbuntowane anioły (szatani) biorą ich do "lochów" Zamku, gdzie te dusze są torturowane i przekonywane, że ich ból jest winą Ojca. Szatani torturują ich bez przerwy, by torturowani krzyczeli, jak najbardziej mogą (o swym bólu i nienawiści do twórcy tego złego dla nich świata) i w ten sposób jak najbardziej krzywdzili Ojca, który słyszy z dala ich krzyki. Zbuntowani aniołowie szantażują też Ojca - mówią mu, że przerwą tortury ludziom, jeżeli Ojciec pójdzie im na ustępstwa, a nieraz domagają się też jego samobójstwa.
Ludzie muszą też być posłuszni i ulegli wobec Ojca, bo dyscyplina jest kluczowa, by wygrać wojnę ze zbuntowanymi aniołami. Wyższy świat jest też tak obcy wobec naszego ziemskiego, że ludzie muszą po prostu słuchać Ojca i wierzyć, iż nakazuje dobrze. Ojciec ponadto nie chce tłumaczyć swych planów, by nie dowiedzieli się o nich zbuntowani aniołowie.. Do nieba można wpuścić tylko dusze ludzi posłusznych Ojcu też dlatego, że każda zdrada tak blisko odsłoniętego, ojcowskiego serca jest niezwykle groźna.
Absolut (Duch Święty), który był na początku i istnieje uśpiony w tle, przed swym uśpieniem ustalił pewne ingerencje (nastawił mechanizmy przed "swym uśpieniem") w ten stworzony przez siebie świat (o tych ingerencjach nie wiedzą Ojciec i inne istoty), które sprawiają, że koniec końców jest na nim ciągle więcej dobra niż zła, a więc świat ten wiecznie dąży do jak największego skumulowanego w historii dobra (gdyby nie ustalił tak, to świat mógłby być zły, a początkowy wszechmogący Stan Prawdy, a więc i Stan Dobra nie mógłby stworzyć czegoś, co ogółem jest złe). 
A nieważne jest, czy poziom dobra (bilansu szczęścia i nieszczęścia) na świecie rośnie w tempie, dajmy na to, 10x czy 100000x na rok czy też milenium, gdyż Absolut ma do dyspozycji nieskończone zasoby, w tym i zasób czasu, a więc liczy się tylko to, że świat się ogółem ciągle polepsza (rośnie suma dobra), by uznać, że nie ma możliwości bardziej moralnego (lepszego) świata zmiennego w czasie z wiecznej perspektywy Absolutu.
Znany także jako KacOlek

Bóg daje najśmieszniejsze bitwy swoim najlepszym klaunom
Odpowiedz
#2
Mustafa Mond napisał(a): Poniżej przysyłam moją próbę racjonalnego wytłumaczenia pewnych tajemnic biblijnych (...)
Na początku świata jest stan prawdy, logiki, matematyki (...)

Jeżeli Absolut włożył część swojej świadomości w Jezusa, to znaczy że Jezus też jest Absolutem - napisałeś zresztą, że Jezus też nazywa Boga (siebie) wszechmogącym, czyli jest Bogiem i Absolutem. Jeżeli Jezus byłby jednak tylko częściowo Absolutem, to powstaje pytanie: czym jest pozostała część Jezusa owym Absolutem nie będąca?

Powyższe o Jezusie rodzi sprzeczność w części mówiącej, że Jezus szantażuje Ojca, bo to oznacza, że cząstka Absolutu szantażuje inne części Absolutu, zatem Absolut szantażuje samego siebie. Teolodzy katoliccy dostrzegają takie sprzeczności - miałem kiedyś okazję rozmawiać z pewnym księdzem o tego typu paradoksach i sprzecznościach, których jak dotąd nie rozstrzygnięto, a które nie ograniczają się wyłącznie do chrześcijaństwa, bo najprawdopodobniej dotyczą każdej religii, a nawet nie tylko religii, bo w dowolnej nauce ścisłej da się odnaleźć paradoksy, które w obecnym stanie wiedzy są nierozstrzygnięte.

Skoro Jezus pokonał zbuntowane anioły w piekle, to na jakich polach trwa wojna i kto z kim walczy? A może sugerujesz, że pokonani na terenie piekła podpisali dokument z warunkami kapitulacji i owe warunki realizują, co ciekawe nie w piekle, a w lochach Zamku (nieba), wszak w owym miejscu odbywają się tortury złych dusz? No ale Zamek, a nawet jego lochy, to jednak niebo - zatem co się stało z piekłem? Nie napisałeś czym jest piekło i gdzie leży - więc czy piekło to od samego początku lochy Zamku, zatem część nieba?

Dziwne jest to, że Absolut podzielił się na części nic o sobie nie wiedzące i mogące spiskować przeciw sobie - tylko po co to wszytko, skoro wynik gry i zabawy może być tylko jeden? Wszak uśpiony Duch Święty ustawił mechanizmy ingerujące w wynik ogólny, a to znaczy, że owszem, gra się toczy, ale jej wynik jest z góry przesądzony - zatem nuda do kwadratu, tudzież do nieskończoności - nie dziwne więc, że wziął i się uśpił.
Wiem, że nic nie wiem...
Odpowiedz
#3
Dzięki za odpowiedź. Duży uśmiech

Na wstępie przypomnę, że w tej mojej historii Bóg=Absolut+Ojciec+Jezus. Ojciec to część, którą wyodrębnił w sobie Absolut, a Jezus to część, którą wyodrębnił w sobie Ojciec.

Artificial Intelligence napisał(a): Jeżeli Absolut włożył część swojej świadomości w Jezusa, to znaczy że Jezus też jest Absolutem - napisałeś zresztą, że Jezus też nazywa Boga (siebie) wszechmogącym, czyli jest Bogiem i Absolutem. Jeżeli Jezus byłby jednak tylko częściowo Absolutem, to powstaje pytanie: czym jest pozostała część Jezusa owym Absolutem nie będąca? .

To działa jak delta rzeczna. Końcówka rzeki może się podzielić na kilka części, ale to i tak ta sama rzeka. Te trzy części świadomości w dużej mierze odczuwają wszystkie siebie naraz (współodczuwają siebie), ale głównie bezpośrednio kontrolować mogą jedynie swoją osobę. To tak jakby jakaś część czyjegoś mózgu była odpowiedzialna za sterowanie ręką lewą, a inna część za sterowanie ręką prawą. Możliwości kontroli bezpośredniej innej osoby są możliwe, ale w ograniczonym zakresie. Wtedy pojawić się mogą wewnętrzne boje.
Jezus w tej mej historii nazywa Ojca wszechmogącym, nie siebie. I jest to raczej wsparcie mentalne dla Ojca, a nie jego opis. Teoretycznie Ojciec może dowolnie kształtować ziemski świat, ale zbuntowane anioły mogą mu w tym przeszkadzać.
Cały Jezus jest częścią Boga w trzech osobach.

Artificial Intelligence napisał(a): Powyższe o Jezusie rodzi sprzeczność w części mówiącej, że Jezus szantażuje Ojca, bo to oznacza, że cząstka Absolutu szantażuje inne części Absolutu, zatem Absolut szantażuje samego siebie.
Ależ przecież można szantażować samego siebie!
Dajmy na to, że jestem alkoholikiem. Część mojej osoby chce pić, a inna część chciałaby bym nie pił. W chwili trzeźwości zbudowałbym zatem maszynę, która biłaby mnie, gdybym sięgnął po piwo. I intencjonalnie wymontowałbym z tej maszyny wyłącznik, by mnie nie korciło ją wyłączyć w chwili słabości.

Artificial Intelligence napisał(a): Skoro Jezus pokonał zbuntowane anioły w piekle, to na jakich polach trwa wojna i kto z kim walczy?
To była wygrana bitwa, a wojna dalej trwa. Wygrana bitwa pozwoliła otworzyć ludziom drogę do Nieba z "trzewi komputera" po ich śmierci.

Artificial Intelligence napisał(a): A może sugerujesz, że pokonani na terenie piekła podpisali dokument z warunkami kapitulacji i owe warunki realizują, co ciekawe nie w piekle, a w lochach Zamku (nieba), wszak w owym miejscu odbywają się tortury złych dusz? No ale Zamek, a nawet jego lochy, to jednak niebo - zatem co się stało z piekłem? Nie napisałeś czym jest piekło i gdzie leży - więc czy piekło to od samego początku lochy Zamku, zatem część nieba?

Chwila. W Zamku znajdują się różne miejsca kontrolowane przez różne strony i pole ziemi niczyjej. Mapa "obu państw" jest zmienna w czasie, bo walczą ze sobą. Piekło jest miejscem, które kontrolują zbuntowane anioły. W części Piekła są Lochy, gdzie są torturowane ludzkie dusze. Niebo jest miejscem, które kontroluje Ojciec wraz z przybocznymi aniołami. Może tam zapewniać ludziom szczęście. Komputer, wewnątrz którego istnieje ziemski świat, znajduje się na części ziemi niczyjej, o którą ciągle toczą się walki. W zasadzie obie strony chcą podbić cały Zamek i spacyfikować drugą stronę.

Artificial Intelligence napisał(a): Dziwne jest to, że Absolut podzielił się na części nic o sobie nie wiedzące i mogące spiskować przeciw sobie - tylko po co to wszytko, skoro wynik gry i zabawy może być tylko jeden? Wszak uśpiony Duch Święty ustawił mechanizmy ingerujące w wynik ogólny, a to znaczy, że owszem, gra się toczy, ale jej wynik jest z góry przesądzony - zatem nuda do kwadratu, tudzież do nieskończoności - nie dziwne więc, że wziął i się uśpił.

Ale ani Jezus, ani Ojciec, nie wiedzą, że wynik gry może być jeden. Mogą tak obstawiać i się domyślać, ale nie mogą mieć nigdy pewności. W takiej sytuacji zawsze będą walczyć, by świat był jak najlepszy. Nie wiedzą, jakie jest ich pochodzenie. Mogliby równie dobrze powstać w wyniku fluktuacji chaosu. Ich powiązania z Absolutem są na tyle zblokowane, mgliste, zasłonięte i pozrywane, że nie wiedzą o swym pochodzeniu.
Absolut się uśpił, czyli wyłączył na zawsze możliwość podejmowania przez siebie decyzji. Mechanizmy, które nastawił są i tak pewne, więc nie musi nic kontrolować, by rzeczywistość była zawsze właściwa. Od tego czasu zawsze dwie pozostałe osoby Boga będę przy stawaniu przed decyzjami odczuwać, że istnieją działania właściwe, do których trzeba dążyć.
Zatem z perpektywy Boga decyzją, która Z JEGO PERSPEKTYWY była właściwa to ciąg: ograniczenie się i wieczne życie w ograniczonej osobie/osobach przy wcześniejszym zabezpieczeniu rzeczywistości przed staniem się złą. Takim sposobem Bóg odnalazł działania właściwe i zakończył na zawsze początkowy impas "bezdecyzyjny". Ojciec zawsze będzie do czegoś dążył i coś wybierał.

Ach tak. Zapomniałem wspomnieć, że jednym z mechanizmów, jakie nastawił Absolut przed swym uśpieniem, jest unieśmiertelnienie Ojca, by zawsze Bóg podejmował jakieś decyzje. To że Ojciec nie wie, że jest nieśmiertelny to inna sprawa.
Znany także jako KacOlek

Bóg daje najśmieszniejsze bitwy swoim najlepszym klaunom
Odpowiedz
#4
Poniżej analiza fragmentu Biblii pod kątem mojej idei "Zamku"

Zgodnie z "Biblią Tysiąclecia":

Ewangelia św. Mateusza 4 1-11
Kuszenie Jezusa
4
1 Wtedy Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła.
2 A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód.
3 Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem».
4 Lecz On mu odparł: «Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych»
5 Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni
6 i rzekł Mu: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień».
7 Odrzekł mu Jezus: «Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego».
8 Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych
9 i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon».
10 Na to odrzekł mu Jezus: «Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz».
11 Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu.

Ewangelia św. Marka 1 12-13
Kuszenie Jezusa
12 Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię.
13 Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu.

Ewangelia św. Łukasza 4 1-13
Kuszenie na pustyni
4
1 Pełen Ducha Świętego, powrócił Jezus znad Jordanu i przebywał w Duchu [Świętym] na pustyni
2 czterdzieści dni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód.
3 Rzekł Mu wtedy diabeł: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby się stał chlebem».
4 Odpowiedział mu Jezus: «Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek».
5 Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata
6 i rzekł diabeł do Niego: «Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę.
7 Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje».
8 Lecz Jezus mu odrzekł: «Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz».
9 Zaprowadził Go też do Jerozolimy, postawił na narożniku świątyni i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół!
10 Jest bowiem napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, żeby Cię strzegli,
11 i na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień».
12 Lecz Jezus mu odparł: «Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego».
13 Gdy diabeł dokończył całego kuszenia, odstąpił od Niego aż do czasu.

Zainicjowanie przez "Ducha"
Początkowe fragmenty u trzech ewangelistów wskazują, iż kuszenie zostało spowodowane przez "Ducha" Świętego. To ciekawe zagadnienie. Dlaczego Duch (czyli ta sama istota, co Ojciec i Jezus) miałby ryzykować skuszeniem Jezusa przez diabła? Dla sensu musi zatem stać za tym większa szansa na pożytek niż ryzyko szkody. Pożytkiem w tej sytuacji jest wzmocnienie wewnętrzne Jezusa i osłabienie przeciwnika (diabła). Mocne przezwyciężenie pokus dodaje w końcu siłę, wytrzymałość, pewność siebie i lepsze nastawienie na przyszłość. Z kolei porażka w kuszeniu udiabła ma też skutek w osłabieniu go. Całe kuszenie jest w końcu walką duchową między Jezusem a szatanem. Osłabienie diabła (niczym wojenną raną) musi być pożądane w walce między dobrem a złem. Cały proces jawi się też jako poznawanie przeciwnika - Jezus lepiej poznaje taktyki diabła. A skoro diabeł jest jakimś zbuntowanym aniołem, to jako że się zbuntował (zmienił swój stosunek do posłuszeństwa), to jego zmiana wewnętrzna jest możliwa. Idąc za tym tropem, interakcja między diabłem a Jezusem jest też przekonywaniem w drugą stronę - przekonywaniem diabła przez Jezusa do powrotu na stronę boską (stronę dobra). Chrystus swoją wytrzymałością i poświęceniem ukazuje potęgę miłości - wyjątkową moc, jaką miłość jest i którą miłość daje. Zwycięską walką Jezus pokazuje też diabłowi swoją siłę, co jest opłacalne, gdyż jeżeli diabeł uzna, że Jezus (Bóg) jest zbyt silny, by z nim skutecznie walczyć, to może zostać przekonany, że (dla swych celów) lepiej się poddać. Pokazanie siły i dobra Jezusa jest też sygnałem dla innych istot (w tym posłusznych aniołów), że Chrystusowi warto ufać, a walka u jego boku zapowiada zwycięstwo dobra (w tym zwycięstwo własne).

Kamienie stające się chlebem
Zgodnie z Ewangelią św. Łukasza Jezus długo wytrzymywał brak posiłków, ale w końcu dopadł go głód. Jezus był człowiekiem i miał stąd potrzeby posiadacza ludzkiego ciała, co mogło go przybliżać do ścieżki wyboru swego cielesnego komfortu, kosztem wyższych celów. Ale nie należy tej historii sprowadzać tylko do cielesnych potrzeb, bo kryje się tu też kuszenie Jezusa życiem bez poświęcenia, bólów i trudów. I tak należy rozumieć chleb dla głodnego ciała. Jezus (i oczywiście reszta istoty Boga) w końcu może zawsze swe moce wykorzystywać dla własnej wygody i swego szczęścia, co byłoby korzystne dla celów diabła, bo odciągałoby Boga od ciężkiej i męczącej walki dla innych istot, co dałoby wolne pole zbuntowanym aniołom. Samo kuszenie jest wszakże przekonywaniem części bożej świadomości przez (złego) zbuntowanego anioła do racji i stron opłacalnych wspomnianemu diabłu. Cudowne działanie Jezusa, które miałoby koić jego pragnienie miałoby być tutaj wyborem swego komfortu i spokoju kosztem uznania swej odpowiedzialności, która nakazuje pracę pełną poświęcenia (cierpienia) dla dobra, bo tak każe prawda - ciągle tak samo wymagająca i nie do poruszenia. Diabeł przekonuje zatem Jezusa do próby ucieczki od odpowiedzialności, czyli do wyboru szczęścia swojego zamiast szczęścia innych. Cierpienie spowodowane głodem i innymi bólami (podkręcane złymi podszeptami) ma tutaj wykoślawić analizę sytuacji dokonywaną przez Jezusa i emocjonalnie pchnąć go ku wyborowi ukojenia dla siebie. Wybór swego interesu przez Jezusa mógłby być nie tylko wskazaniem swego szczęścia, ale także wyborem braku swego nieszczęścia. Ucieczka od swojego cierpienia wiedzie też w unicestwieniu siebie, a nieistnienie Boga (lub przynajmniej części świadomości Boga w postaci Jezusa) ułatwiłoby zwycięstwo zbuntowanym aniołom. Miłość musi ciągle przezwyciężać egoizm oraz uleczać rany i słabości spowodowane wrogimi atakami, cierpieniem i strachem przed dalszym cierpieniem. Kamienie są twarde i mogą zadawać ból, a z kolei chleb (w chwili głodu) koi potrzeby własne. Cudowna (boskimi mocami) zamiana ciężkiego wytrzymywania na koniec swego bólu jest tutaj sednem.
Zgodnie z Ewangelią św. Mateusza Jezus odpowiedział zbuntowanemu aniołowi, że "nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych". Jezus pokazuje, że celem życia (w tym swego życia) nie powinno być zabieganie o szczęście i spełnienie tylko dla siebie, zwłaszcza jeżeli jest krótkofalowe i skupione na płytkich potrzebach ciała. Trzeba żyć słowami od Boga. Słowami takimi są zalecenia dla jak najbardziej etycznego życia. Należy wybierać zawsze spełnianie głębi dalekosiężnych mądrości, zamiast łatwą ucieczkę od wiadomego i wymagającego dobra. Kuszenie Jezusa chlebem w sytuacji jego cielesnego głodu pokazuje, że diabeł zamierzał żerować na jakichś najniższych sferach psychiki Jezusa (w tym na potrzebach i bólach od materialnego ciała) wyszukując u niego (w tym też u Boga) najsłabszych punktów, które można przełamać. Wspomniana historia oznacza też, że diabeł chciał, by Jezus szerzył ludziom dobrobyt na ziemi, zamiast skupiać się na ważniejszym - wieczności w zaświatach.

Skok ze świątyni
W dzisiejszej teologii dominuje pogląd, że skok ze świątyni ma z kolei oznaczać przekonywanie Jezusa, by ten skupiał się w swym posłannictwie bardziej na efektownych cudach, a nie na swych naukach, co także jest, rzecz jasna, sensowne. Jednakże efektownym cudem jest już zamiana kamienia w chleb, więc cudowne uratowanie po skoku ze świątyni wydaje się być tutaj zbędnym powtórzeniem wspomnianego motywu (jeżeli pójść tylko tropem oszałamiających cudów). Chociaż skok ze swiątyni jest bardziej widoczny dla wielu osób (więcej ludzi mogłoby ujrzeć sytuację z dołu), nie sposób zaprzeczyć, że w tej historii są też inne symbolizmy (świątynia, łapiący aniołowie, skok, ryzykowanie), które nakazują spojrzeć na nią szerzej, a które nie są tam umieszczone bez przyczyny. "Miasto Święte" oznacza tu miejsce dobra, opanowane przez Boga, gdzie Bóg wraz ze swymi posłusznymi aniołami działa, a zbuntowane anioły (ani inne złe siły) nie brukają tego Miasta tak często jak miejsca nieświęte (samą działalność tam diabła można uznać za jakąś formą pobrudzenia). "Świątynia" tym bardziej wskazuje na miejsce dla Boga. Ale skok ze świątyni jest zbytnim zawierzeniem w swe moce (brakiem dostatecznej rozwagi w walce ze złem) i zbytnim zaufaniem (przecież słabszym od Boga) posłusznym aniołom i ich mocom. Tym bardziej, że wszystko dzieje się w Świętym Mieście, gdzie przecież raczej powinno nie dochodzić do zła, więc niby można nie być aż tak uważnym. Skok ma być dla Jezusa lekkością, odpuszczeniem, próbą zrzucenia męczącej odpowiedzialności ze swych barków na innych. Jest to opłacalne dla zbuntowanych aniołów, bo mieliby wtedy słabszych przeciwników w walce. Posłuszni aniołowie mieliby też nosić na rękach i nie pozwolić, by Jezusowi stała się najmniejsza krzywda, czyli bardziej skupiliby się na służeniu, wspomaganiu i uszczęśliwianiu swego Pana zamiast na walce ze złem. Bóg potrzebuje wsparcia i oznak miłości aniołów, by samemu być silniejszy wewnętrznie i przeto lepiej walczyć, ale diabeł stara się błędnie przekonać, że potrzeba ta jest większa niż jest naprawdę (a potrzeby reszty świata mniejsze), przez co siły Boga i jego aniołów będą gorzej rozlokowane w walce. Błąd w analizie miałby się brać głównie ze zbytniego skupienia na sobie. W skrajnym przypadku przekonywanie miałoby doprowadzić do wniosku, że świat ludzki jest stracony (albo zbyt trudno mu pomóc), nie warto dla niego walczyć i lepiej skupić się na sobie, bo boski dobrostan jest tu priorytetem moralnym. Dalszym rozwinięciem tego toku rozumowania jest przerwanie walki ze zbuntowanymi aniołami, doprowadzanie do jakiegoś kompromisowego pokoju, gdzie szatani za przerwanie wyniszczania Ojca (Boga) mają dostać większą władzę (część Zamku), przez co Ojciec będzie mógł wreszcie się w spokoju podbudować pielęgnowany przez posłusznych mu aniołów.
Ale skok oznacza też, że diabeł chce wpoić Jezusowi zbytnie zawierzenie swoim aniołom. A skoro istnieją jacyś zbuntowani aniołowie, to kolejni też mogą zdradzić, a w szeregach posłusznych aniołów mogą być i ukryci zdrajcy, którzy w decydujących momentach wojny mogą (podążając za metaforą) nie złapać skaczącego (zbyt ufnego i nieostrożnego) Jezusa. Jezus odpowiada na te perswazje słowami "nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego". Słowa te oznaczają, że Jezus wie, że nie powinien niepotrzebnie ryzykować dla swego komfortu poprzez zbytnie skupienie się na wadze swego dobrostanu i poprzez zbytnie zawierzenie aniołom i oddanie im za dużej władzy. Historia ta oznacza także, że Jezus nie jest pewny jak inna część jego świadomości (osoba Ojca) zareagowałaby na jego ryzykowne zachowania, które mogą się źle skończyć bez ojcowskiej pomocy. Nie chce zatem ryzykować skokiem, po którym może zostać niezłapany (czyli ogółem ryzykiem, po którym Ojciec mu jednak nie pomoże), bo wie, że nie może w pełni sterować resztą swojej istoty, bo w tym czasie wchodzi z nią tylko w interakcje (wchodzą w interakcje, choć dalej są jedną istotą, bo rzeka jej świadomości i ciągłości istnienia podzieliła się w delcie). Z racji wyższej mocy (i mądrości) u Ojca Jezus podporządkowuje się innej części swej boskiej osoby i nie zamierza podejmować zachowań, które bez aprobaty i pomocy Ojca mogą się źle skończyć, kiedy nie wie, czy tę pomoc dostanie. Diabeł chce zatem wprowadzić Jezusa w błąd zbytniego zawierzenia, że własne dążenia Chrystusa są zawsze (lub przynajmniej częściej niż są naprawdę) tożsame z dążeniami Ojca. Celem zbuntowanego anioła jest rozstrojenie współpracy między Jezusem a Ojcem, co ułatwiłoby zwycięstwo złu. Wskazanie, że skoro aniołowie służą mu nawet w bardziej błahych sprawach niż skok (skaleczenie nogi o kamień), to tym bardziej zawsze "w ciemno" pomogą w ważniejszych kwestiach, jest próbą przekonania, że jest to zasada bez wyjątku i Ojciec zawsze tych aniołów ku pomocy wyśle. Ponadto nie bez przyczyny znów pojawia się motyw kamienia (wszak diabeł chciał, by kamień miał być wcześniej zamieniony w chleb), który jest symbolem ciężkiego do zniesienia bólu.

Królestwa widziane z góry
Diabeł kusił też Jezusa królestwami, przepychem i wszelkimi możliwościami, jakie się wiążą z życiem doczesnym. Zabrał go na górę, by stamtąd widzieli wiele pokaźnych miejsc. W Ewangelii św. Łukasza zbuntowany anioł rzecze, że te ziemskie królestwa są poddane jemu. Oznacza to, że ziemskie społeczności w dużej mierze rządzą się złymi prawami: dominuje egoizm i krótkowzroczna głupota. Zatem złymi uczynkami i błędami można zawładnąć wieloma ludzkimi państwami. Gdyby Jezus poszedł za namową diabła, to ze swoimi mocami i wspomagany przez zbuntowanego anioła mógłby mieć doczesną władzę nad ludźmi i wszelkiego rodzaju frukty, jakie się z tym wiążą. Ale możliwe jest też, że diabeł oszukańczo kłamał i nie zdołaliby zdobyć tych ziemskich królestw. Postawienie się Jezusa przeciwko Ojcu doprowadziłoby do walki, która mogłaby się skończyć różnie dla ludzi. Jednakże Jezus mądrze uznał, że świat doczesny, choć wszechogarnia codziennością, jest praktycznie niczym w porównaniu z wiecznością, w którą wierzył. Zatem nie zdecydował się na sojusz z diabłem i uznanie pokłonem jego racji, ale stwierdził dobitnie, że tylko Ojciec ma rację i tylko nastawiona na wieczność perpektywa dla dobra jest właściwa. Nawet wszystkie doczesne królestwa świata są nic niewarte pod kątem wieczności - świat doczesny w końcu się skończy - a Jezus miał mocne podstawy, by sądzić, że istnieje świat wyższego stopnia, wobec którego należy się podporządkować. Sama władza nad ludzkimi państwami i osiągnięcia nastawione tylko na doczesność tylko mamią wartością. Kuszenie zostaniem ziemskim królem jest przy tym próbą emocjonalnego nakłonienia Jezusa, by ten skupił się na zaspokojeniu swych potrzeb bycia kochanym i wywyższanym oraz na doczesnych życiach ludzi, zamiast na potrzebnej walce o dobrą wieczność dla nich. Przepych ma przy tym przemawiać do jego czysto ludzkich potrzeb. Diabeł chce też wzbudzić w Jezusie błędne wrażenie, że Królestwo Niebieskie nie jest prawdziwe, a istnieje i istnieć zawsze będzie tylko materialny świat wokół i stąd należy się na nim skupić.

Diabeł opuścił Jezusa po nieudanych próbach. Zgodnie z Ewangelią św. Mateusza został on przez Chrystusa przegnany. Zapewne Jezus nabrał dość sił, by uwolnić się od obecności zbuntowanego anioła. Skoro jednak to Duch Święty go tam zaprowadził, to i Duch Święty zdecydował kiedy już nie należy interakcji kontynuować (gdy już spełniła swoje wspomniane cele). Wspomniane w Ewangelii św. Marka życie wśród zwierząt miało pokazać, że Jezus sam mierzył się z diabłem (bez innych rozumnych istot). Pustynia wskazuje na brak jakiegokolwiek wsparcia, czy też rozkojarzenia i innego zajęcia niż walka. Wszechobecny piasek ukazuje też pragnienie i umęczenie (w gorącu), z jakim się męczył Chrystus. W upale zachodzi większa zmienność - wyższa temperatura wzmaga ruchliwość cząsteczek - co zwiększa pewną niestabilność i niestałość ciał (w tym ciał ludzkich), a zmienność ta dodaje trudności w utrzymaniu się w swych postanowieniach. Poza tym brak cienia powoduje zaburzoną działalność ciała - słabość, zamroczenia i nawet omamy. Człowiek może przestawać być pewien niektórych rzeczy, co wzmaga trudność walki.
Św. Mateusz uściśla, że posłuszni aniołowie zaczęli wspomagać Jezusa dopiero po tym ciężkim boju. Skoro Duch Swięty do wszystkiego doprowadził, to i w jego zamyśle było, by Jezus walczył sam, a dopiero po osiągniętych sukcesach dostał wsparcie aniołów. Samotna walka mogła też być testem dla Ojca dotyczącym tego, czy Jezus jest dostatecznie dobry, mądry i silny, by mu zaufać w nadchodzących zmaganiach o wszystko. Dopiero gdy Chrystus okazał się godny, posłuszni aniołowie zaczęli go wspierać i mu służyć w jego misji. Nie bez powodu kuszenie miało miejsce "zaraz" (zgodnie z Ewangelią św. Marka) po chrzście Jezusa od Jana Chrzciciela, a jeszcze bezpośrednio przed nauczaniem prowadzonym przez Chrystusa. Kuszenie przez diabła było wtedy tym trudniejsze dla Jezusa, gdyż dopiero zaczynał swoją misję, której mógł być niepewny. Jednakże Chrystus podołał, czym zaskarbił dostateczne zaufanie Ojca, by poświęcić na nim los wszechrzeczy.
Znany także jako KacOlek

Bóg daje najśmieszniejsze bitwy swoim najlepszym klaunom
Odpowiedz
#5
Zebrało mi się w głowie kilka dodatkowych wniosków co do mojej powyższej teorii Zamku. Napiszę je w punktach poniżej:
1. Absolut stojący przed wyborem swojego zachowania nie wybrał zachowania wszechmocy (możliwości czynienia wszystkiego, co zechce) wraz ze zmuszeniem siebie do odczuwania sensowności swego postępowania, bo zestaw: wszechmoc wraz z ograniczeniem wiedzy i intelektu jest zestawem groźnym. W końcu pojawia się ryzyko, że "ogłupiona" istota źle skorzysta ze swojej wszechmocy (z powodu swej głupoty) i będzie to ryzyko nie do odwrócenia (np. takim ryzykiem może być bezpowrotne usunięcie całej rzeczywistości).
2. Zważywszy na to, że Absolut rozważał samobójstwo, marazm i ograniczenie (a w końcu ograniczenie wybrał), to po ograniczeniu siebie do postaci Boga-Ojca ów Ojciec ma w sobie pozostałości tego dylematu i przejawia wewnętrzne skłonności do samobójstwa, marazmu i ograniczenia.
3. Po tym jak Ojciec obudził się w świecie Zamku znalazł tam glinę, z której można tworzyć świadome stworzenia. Każda część gliny chowa w sobie jednak inne skłonności i inną wiedzę o świecie. Ojciec jednak nie wie, która glina stworzy dobre a która złe owoce - dopiero po stworzeniu istoty (anioła lub człowieka) okazuje się, jaka ona jest. Stąd też Jezus mówił o tym, że trzeba rozdzielić ziarna dobre i złe - życiowe wybory weryfikują, z jakiej gliny jesteśmy (choć oczywiście można też siebie samego zmienić mimo przeciwności losu i np. służyć Bogu mimo bycia z buntowniczej gliny).
4. Część gliny ma w sobie zakodowaną wiarę w to, że Ojciec istnieje, jest istotą dobrą i trzeba być mu podporządkowanym. Takie istoty Ojciec pożąda wokół siebie, by wiernie i w dyscyplinie mu służyły. Stąd też wiara w Boga jest tak ważna dla zbawienia.
5. Jezus Chrystus na krzyżu pyta Ojca "czemu go opuścił", gdyż przez odczuwany wielki ból Bóg-Ojciec jakoś "zerwał lub ograniczył połączenie" (być może wydarzyło się coś w rodzaju omdlenia), by wytrzymać.
6. Jezus daje ludziom pewną władzę nad ziemią i niebiosami (klucze do Królestwa Niebieskiego), bo chciał się przed ludźmi ukorzyć i wybłagać od nich przebaczenie dla siebie. Poza tym Jezus uważał, że Bóg-Ojciec jest w tak złym i niestabilnym stanie, że może podejmować błędne decyzje, więc część władzy trzeba oddać ludziom, bo oni są gwarantem lepszych decyzji. Jezus bał się też o życie Boga-Ojca przed bitwą ze zbuntowanymi aniołami, więc chciał też się tak zabezpieczyć w razie przymusowej sukcesji władzy w Zamku.
7. Ojciec do siebie wpuszcza tylko ludzi łagodnych, dobrych i którzy kochają innych tak jak siebie, bo miejsce, gdzie są wyłącznie takie osoby jest światem najlepszym z możliwych pod kątem teorii gier (nikt nikogo nie wykorzystuje i omyłkowo nie atakuje). Ojciec wymaga też podporządkowania względem siebie, bo w walce ze zbuntowanymi aniołami potrzeba ogólnej maksymalnej dyscypliny.
8. Jezus, mimo że żył około 2 tysiące lat temu, głęboko rozumiał teorię gier i inne zależności logiczne. Chociażby to, że bardziej ceni "wdowi grosz" niż większą ofiarę od kogoś, kto daje tylko procent ze swego majątku, oznacza, że Jezus do Królestwa Niebieskiego (do swojej części Zamku) chce ludzi, którzy są nakierowani na jak największe poświęcenie siebie na rzecz ogółu. Bowiem jeżeli wdowie (od wdowiego grosza) w Niebie da się wielkie zasoby, to ona będzie rozdysponowywać je moralnie.
9. Skoro historia o Jezusie ma głęboki, sensowny i ukryty wymiar, a nie ma żadnych śladów, że twórcy Biblii tworzyli "nadbudowę" znając wspomnianą fabułę (nie ma żadnych śladów ich dogadania w tej sprawie, choć powinny być), to jest to przesłanka, że została ona stworzona dzięki nadludzkiemu natchnieniu.
10. Łaknienie miłości u ludzi jest skutkiem pragnienia bycia kochanym u Boga, który tak nas stworzył, na swe podobieństwo (wzorując się na sobie).
11. Ciało i krew Jezusa jest wspomnieniem jakiejś drastycznej sceny z historii Zamku, gdzie kanibalizm uratował niektóre żywoty. Poza tym jest tu pewne ogromne uniżenie Jezusa wobec ludzi, co spełnia jego pragnienia (wyniszczona psychika).
12. Bóg-Ojciec jest istotą niestabilną także dlatego, że Absolut "włożył" wielkiego i skomplikowanego ducha w "małe ciało". Stąd ciało często nie wytrzymuje i "wybucha", "pęka w psychicznych szwach".
13. Tak jak wspomniałem, Absolut przed ograniczeniem się w osobę Ojca stworzył pewne bezpieczniki, które sprawiają, że świat ogółem będzie się stawał coraz lepszy. Polegają one na tym, że w razie przekroczenia pewnych granicznych sum cierpienia (gdy świat staje się "zbyt zły") uruchamiają się bezpieczniki i one ułatwiają istotom w Zamku drogę do szczęścia. Owe prawo odkrywa Lucyfer, a jako że jest spragniony wiedzy i nie ufa światu, dąży do przekroczenia kolejnych granic cierpienia, by tym mocniej i częściej przywoływać ingerującego Absoluta (Ducha Świętego), dzięki czemu zbiera informacje o świecie, a może i kiedyś jakoś zaatakować Ducha Świętego lub go do czegoś przymusić. Lucyfer przez druzgoczące przeżycia nie ufa temu światu i chce przejąć nad nim kontrolę. Jest w nim wielka wola władzy. Nie ceni też Ojca, którego uważa za gorszego od siebie, gdyż Ojciec wiele razy go boleśnie zawiódł.
14. Jezus opowiada przed swoją śmiercią, że ziemski świat za niedługo się skończy (atmosfera nadchodzącego końca), bo takie faktycznie ma plany. Jednakże nie udaje mu się ich spełnić.
15. W razie śmierci Ojca w Zamku Ojciec po prostu budzi się do życia znowu (co do zasady nie pamiętając poprzedniego żywota) i Świat Zamku biegnie od nowa.

BTW
Mam plan napisać na powyższej podstawie utwór prozatorski. Składałby się m.in. z wątków:
- opisu stanu Absolutu przed stworzeniem Świata Zamku,
- pobudki Ojca w Świecie Zamku, stworzenia kilku aniołów przez Ojca i ich dojścia do Zamku,
- dziejów aniołów i Boga w Zamku (wraz ze stworzeniem ludzi),
- parafrazy wydarzeń biblijnych w kontekście tej historii (dodam wiele od siebie),
- niektórych wydarzeń z historii świata w tle Teorii Zamku,
- dziejów po śmierci Jezusa na krzyżu (wojna ze zbuntowanymi aniołami itd.),
- wielu filozoficznych rozmów, wniosków i rozważań.
Mam już około 30 stron A4. Docelowo powinno mieć wszystko kilka tysięcy stron (tak szacuję). Doszedłem do momentu wejścia do Zamku przez Ojca i trzy anioły. Proza ma kilka dobrych momentów, ale chyba też trochę krindżu. Może dokończenie tego będzie moim celem na 2022 rok. Potrzebować będę dużo motywacji i kawy. Anioł
Znany także jako KacOlek

Bóg daje najśmieszniejsze bitwy swoim najlepszym klaunom
Odpowiedz
#6
Ach tak, zapomniałem też dodać jedną ważną myśl.
Chodzi o pewien dziw. Otóż: zważywszy na nauki Jezusa i na historię o nim chrześcijaństwo nie powinno się w ogóle rozwinąć do tak wielkich rozmiarów jak teraz, ale jednak z jakiegoś powodu się rozwinęło.
No bo zobaczcie:
- historia Jezusa na pierwsze rzuty oka wydaje się sprzeczna sama w sobie i bez sensu - Bóg odkupujący ludzkość od samego siebie, który to Bóg z jakiegoś powodu toleruje zło i nie mógł od razu nas wszystkich stworzyć w niebie.
- historia o Jezusie ma dużo niedopowiedzeń i dziwacznych tajemnic np. wspomniana śmierć na krzyżu,
- filozofia Jezusa jest utopijna, wymaga on powszechnej miłości i uległości - jakim cudem religia tak pokojowa i o tak groteskowo "nieżyciowej" nauce rozrosła się do obecnych rozmiarów?
No bo przecież tak teoretycznie podbić świat powinna religia, która:
- jest dość prosta (by zrozumiały ją masy ludzi),
- żąda rozszerzania siebie na wszelkie sposoby (czyli unika własnej uległości),
- jest opłacalna ewolucyjnie (czyli wywyższa swoją krew i innego rodzaju swoich ludzi), a nie wymaga powszechnej miłości
- i która nie tworzy wrażenia sprzeczności tam, gdzie te wrażenie potrzebne nie jest.
Jezus ogółem teoretycznie nie pasuje do "podbicia świata". W końcu Jezus został przez ludzi zabity i upokorzony na krzyżu, a wszystkie religie dbają o swoich proroków i bogów ukazując ich jako istoty potężne, twarde, których trzeba się absolutnie bać. Wiem, że praktyka poszła w innym kierunku i rzadko kiedy Kościół był uległy i łagodny, ale postawa Jezusa i tak mi nie pasuje, bo religia, jaką głosił, powinna umrzeć wraz z pierwszymi wyznawcami, którzy praktykowali choćby wspólnotę dóbr, czyli żyli w tak jakby komunach. Nie dość, że żyli groteskowo nieopłacalnie jak na tamte czasy, to jeszcze byli prześladowani i prześladowanie nieraz pacyfistycznie znosili. No a jednak religia ta ma teraz ponad miliard ludzi i choć nigdy powszechnie nie praktykowała wszystkich nauk Jezusa, to i tak dziwne jest, że ma Jezusa na sztandarach i że się rozrosła mimo początkowych komun.

W zasadzie najbardziej racjonalnym wyjaśnieniem sukcesu chrześcijaństwa jest jakaś boska ingerencja w nasz świat, która szerzyła chrześcijaństwo, mimo nieskuteczności szerzenia globalnego wkodowanej w same nauki i historię Jezusa.

Oczywiście w różnych religiach są elementy wydające się bezsensowne pod kątem ewolucyjnym (jak wegetarianizm w hinduizmie), ale nigdzie te elementy nie stoją w absolutnej sprzeczności wobec prawideł opłacalności ewolucyjnej, która każe swoją krew promować nawet kosztem cudzej. No a Jezus kazał kochać każdego tak samo.
Znany także jako KacOlek

Bóg daje najśmieszniejsze bitwy swoim najlepszym klaunom
Odpowiedz
#7
Cytując tego, o którym powyżej piszesz: «Niedaleko jesteś od królestwa Bożego».
Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Spoiler!
Koh 3:1-8 (edycje własne)
Odpowiedz
#8
bert04 napisał(a): Cytując tego, o którym powyżej piszesz: «Niedaleko jesteś od królestwa Bożego».

Tajemniczo napisałeś. Duży uśmiech

A właśnie. Mam jeszcze jedną myśl. Otóż: zadawanie się Jezusa z osobami nieszczęśliwymi jest głęboko sensowne. Bowiem właśnie osoby nieszczęśliwe śnią o lepszym świecie i łatwo im poświęcić wszystko to, co mają (skoro tego wszystkiego nie cenią). Nawiązuje też do tego stwierdzenie, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż bogacz wstąpi do Królestwa Niebieskiego. Bogaczowi w końcu trudniej rozdać wszystko, co ma. No a Jezus zadawał się z osobami pogardzanymi - celnikami i prostytutkami.
Poza tym Jezus miał gdzieś relacje rodzinne. Stąd mówił, że przyszedł włożyć miecz między członków rodziny. A ta nauka mi bardzo pasuje, bo dość szybko stwierdziłem, że czuję się w dużej mierze obcy wobec mojej rodziny i mam im trochę za złe, więc jakoś mocno przełamywać siebie nie musiałem, by przestać ich emocjonalnie wywyższać. No i zawsze widziałem, że prawie wszyscy z rodziny dbali o mnie, bo jestem z nimi spokrewniony, a gdyby podmienili mnie w szpitalu i żyłbym jako ich sąsiad, to mieliby mnie gdzieś. Poza tym moja rodzina mnie w ogromnej mierze nie zna - przez moją skrytość i to, że są tak różni ode mnie, że mnie nie rozumieją.
W zasadzie pomaga zdolność "oddalenia i ucieczki od siebie". Unikając z jakiegoś powodu siebie można ujrzeć świat abstrakcyjnie, z boku, z oddali, a wtedy każdy człowiek zdaje się takim samym punkcikiem w mrowisku obijających się o siebie punkcików - nie do odróżnienia. Bez sensu wtedy wywyższać siebie, albo kogoś bliskiego, bo wszyscy są takimi samymi punkcikami. Zatem perspektywa powinna być jak najbardziej globalna, chociaż analizując siebie i otoczenie można się też wiele nauczyć.
Relacje romantyczne też mnie szybko zawiodły. Zawsze marzyłem o prawdziwej miłości - walki o kogoś nieważne jaki on jest, czy jakie błędy popełnił. Kiedyś szukałem tej miłości wśród ludzi, ale zrozumiałem, że miłość tutaj wśród ludzi jest interesowna i nie jest niezniszczalna, więc tak naprawdę miłością nie jest. A miłość bez granic, która na pewno trwać będzie zawsze, nieważne co, możliwa jest tylko w innym, wyższym, nieskończonym świecie. Stąd ochoczo się nastawiam na ten inny świat. Na Ziemi nie jest możliwa miłość, ale możemy do niej dążyć, bo jest ideałem - zawsze można być bliżej. A nawet jeżeli w wyższym świecie nie możemy uzyskać miłości niezniszczalnej, to przynajmniej możemy też do niej skuteczniej dążyć. To zawsze plus. Chociaż może nasze dusze mogą kochać niezniszczalnie, ale nasze ciała są na tyle słabe, że zawsze koniec końców "pękną", mimo kochającej duszy - tak jak w "Roku 1984", gdzie partner zaszkodził swej partnerce, bo go złamano torturami. Może dusza wtedy fizycznie nie mogła przemóc ciała.

Kochanie każdego skorelowane jest też pewnie z olbrzymią wrażliwością i wyobraźnią. Wrażliwość oznacza współodczuwanie, a wyobraźnia pozwala lepiej wczuć się inne osoby poprzez zrozumienie ich położenia. I stąd też pewnie złe siły próbowały złamać Jezusa obiecując mu odpoczynek od cierpienia (np. przy kuszeniu na pustyni). Przez swoją wrażliwość Jezus musiał pewnie często dogłębnie cierpieć, więc tutaj szatan widział szansę na pokonanie go. Przez ból można bowiem próbować uciec od odczuwanej odpowiedzialności poprzez nihilizm lub zbytnie skupienie się na swoim bólu (na zasadzie: nie mogę zadbać o ludzi, bo sam wpierw potrzebuję pomocy dla siebie). Cierpienie może też spustoszyć psychikę i spowodować działania impulsywne, niestałe i nieracjonalne. To tak jak z książką - jeżeli część stron się pokreśli, wydrze lub dziwacznie poskleja, to wychodzi wybrakowany bełkot.

A co do mnie: lata już żyję w pewnego rodzaju buncie i nienawiści do świata wokół. Nienawidzę bowiem podstaw świat - wszechobecnego egoizmu, wywyższania swoich znajomych, rodziny, narodu. W zasadzie to prawie cała historia świata jest groteską, gdzie się walczy o siebie, swoje geny itd. Ludzie się wokół masakrują. Zawsze ucząc się historii byłem zadziwiony głupotę ciągłej wszechwojny. Jedni prostacko opływają w luksusach, a inni giną z głodu i chorób. Stąd pewnie emocjonalnie mnie ciągnie do nauk Jezusa, więc mogę czasem bezwiednie naginać jakieś idee, byle mi pasowały pod teorię. Pewnie tak nieraz bywa. Mam też swoje wnioski etyczne, które wypisałem w wątku "kalkulacje moralne". Chciałbym rewolucji. To pewne. Stopniowo radykalizuję swoje życie. A zapewne wraz z coraz mocniejszym odczuwaniem końca mego życia będę się radykalizował jeszcze bardziej, gdyż będę miał coraz mniej czasu na swoje cele.
W zasadzie to w moim życiu rozważam dwie główne taktyki zachowania:
- działanie na podstawie zasady kochania każdego pod kątem potencjalnej wieczności w sposób taki, jak szacuję opłacalność,
- działanie na podstawie nauk Jezusa, a gdy nauka czegoś nie normuje, to na zasadzie kochania każdego pod kątem potencjalnej większości.
I ta pierwsza droga jest po części mniej wymagająca, a po części bardziej wymagająca. Mniej wymagająca, bo nie nakazuje rozdania swojego majątku tu i teraz i nie nakazuje uległości, a bardziej wymagająca, bo nakazuje mi więcej analizować samemu zamiast zdawać się na gotową instrukcję. I tej drugiej drogi się obawiam, bo pójście w nią w całości zamyka mi w dużej mierze inne potencjalne drogi. Nie do końca wiem, jak miałbym wtedy żyć. Liczyć musiałbym chyba np. na rodzinę, która będzie mi coś użyczać z zastrzeżeniem, że to nie darowizna i mam użyć tylko na to i na to (na swoje ubrania, jedzenie, czy coś w tym rodzaju). Okej. Wtedy bym tak nie biedował. Jest tu też taki plus, że żyłbym na tyle dziwnie, że może zwabiłbym uwagę kilku osób i rozreklamowałbym swoje idee. Ale obawiałbym się też tej uległości na zasadzie: "nadstaw drugi policzek". Stąd mimo wszystko bliżej mi na razie do opcji pierwszej, choć te najskrajniejsze nauki Jezusa traktuję jako cenne wskazówki. Stąd co do majątku teraz skłaniam się do życia bardzo oszczędnego wraz z przepisaniem swego majątku w testamencie dla "biednych ludzi". Taki kompromis wymyśliłem, który ma być w optymalnym punktem opłacalności moralnej.

Jest w sumie nauka, wedle której jedna ręka nie powinna wiedzieć, co robi druga, więc nie należy się swoją "dobroczynnością" chwalić, ale z drugiej strony chciałbym się tym podzielić i o tym pogadać z mądrymi ludźmi.
Znany także jako KacOlek

Bóg daje najśmieszniejsze bitwy swoim najlepszym klaunom
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości