Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Dlaczego nie lubię teorii gier językowych. Część 1 – wiedza o bólu.
#1
W ostatnim czasie, za sprawą działalności <&> sporo mówi się na forum o drugiej filozofii Wittgensteina (zamiennie będę danej stosował też określenie „teoria gier językowych [TGJ]”Oczko. Nie lubię tej teorii, ale nie uważam też by była tak łatwa do odparcia, jak sądzi to część użytkowników. Chciałem założyć jeden temat, ale będę go musiał rozbić, bo zagadnień jest sporo. Nie wiem jak często te tematy będą się pojawiały, pewnie dość rzadko ze względu na inne obowiązki.
Forma jest trochę nietypowa jak na mnie, bo właśnie „wittgensteinowska” – są to garści uwag, chociaż kolejne z nich, mam wrażenie, są ze sobą bardziej powiązane niż w drugim dziele Witta Oczko Myślę, że taka forma ułatwi ustosunkowywanie się.

Tak czy inaczej chcę się podzielić argumentami wspierającymi mój negatywny do niej stosunek, a dwa są główne powody mojej postawy:
1. Stwarza problemy, na które potem sama odpowiada.
2. Jako „teoria wszystkiego” jest jałowa.

Na początek punkt pierwszy.

„Pojęcie „bólu” nabyłeś wraz z językiem” powiada Wittgenstein (bardzo dziwne! Ciekawe jakiego pojęcia NIE nabyłem wraz z językiem).

Jednym z problemów jest pojęcie wiedzy, w szczególności zaś („tak zwanej” – dodałby zwolennik TGJ) wiedzy o własnych stanach mentalnych. Nie ma desygnatu rzeczowego pojęcia „ból”. Właściwie truizm prawda?

Ale mówią coś jeszcze. Że nie mogę powiedzieć „wiem że mnie boli”, bo to jest rzekomo nieuprawnione czy jakieś dziwne użycie języka. Choć dyskutowałem już o tym z <&>, nadal zastanawiam się: dlaczego? Przecież WIEM, że jak sobie spuszczę na stopę 40 kg, albo jak ktoś mi podniesie złamaną nogę to mnie to będzie bolało, a w momencie tego doświadczenia WIEM, ŻE MNIE BOLI. Nie potrzebuję do tego innych, żeby to wiedzieć. Nie muszę odczytywać tego, kto co o mnie mówi czy co kto o mnie sądzi, żeby wiedzieć że mnie boli. Jeżeli nauczyłem się pojęcia bólu, wiem to sam, bez obecności innych.
Załóżmy, że idę do lekarza z cholernym bólem nerek, ale ten nie może za żadne skarby znaleźć przyczyny. Sugeruje mi, że może udaję, bo nie ma żadnych objawów, nie widać też po mnie, aby mnie coś bolało. Czyż nie jest wtedy uzasadnione powiedzieć: „chyba ja wiem lepiej czy mnie boli czy nie?”, gdy mnie boli?

Inna mantra zwolenników TGJ mówi, że znaczeniem zdania jest jego użycie. A że nie ma czegoś, co bez reszty mógłbym nazwać „jego bólem”, to mówiąc „boli go” odnoszę się de facto do jego zachowania. Wydaje mi się to jednak z gruntu rozumowanie naciągane.

Na przykład, gdy ktoś krzyczy i wykazuje inne oznaki bólu to, biorąc pod uwagę, że wyrażam się dosłownie, gdy mówię „boli go”, nie mam na myśli tego, że on krzyczy i wykazuje inne oznaki bólu, ale że za tym krzykiem i innymi oznakami bólu stoi jakieś konkretne uczucie zwane właśnie bólem (a co to ból rozumiem, odwołując się do introspekcji, do doświadczenia bólu). Inaczej: że te zachowanie mają jakąś przyczynę, są powodowane czymś.

Zastanówmy się czy ktoś dotknięty wrodzoną analgezją może zrozumieć pojęcie bólu? On, owszem, może się właśnie nauczyć odróżniać behawioralne oznaki bólu, tak jak aspengeryk może po długim treningu nauczyć się nazywać emocje. Ale czy on je rozumie? Moim zdaniem może on jedynie zamaskować swoje niezrozumienie poprzez nauczenie się praktykowania pewnych zwyczajów w konwersacji, na podobnej zasadzie jak ktoś, kto nie zrozumiał dowcipu, ale śmieje się z niego tak jak reszta, bo nie chce dać tego po sobie poznać (i – zauważmy - niedociekliwi wcale nie muszą się tego dowiedzieć!).

Może mnie coś boleć, ale mogę w ogóle nie dać tego po sobie poznać, co jednak w żaden sposób nie stanowi fałszywości twierdzenia „boli mnie”. Ja właśnie WIEM, że mnie boli, ale Ty tego nie wiesz, ani nikt nie musi się o tym dowiedzieć.

Na razie tyle, czekam na uwagi Oczko
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku
Dlaczego nie lubię teorii gier językowych. Część 1 – wiedza o bólu. - przez Wookie - 12.01.2015, 18:57

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości