31.10.2022, 14:09
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2022, 14:33 przez qwertyuiop.)
Zawsze wielce cenię, gdy ktoś do żywego przejmuje się losem innych.
W filozofii problem tego, dlaczego zło w ogóle istnienie, nazywa się teodycea. Tyle że tu dobrze widać, że sama inteligencja emocjonalna może, mimo swych wielu zalet, pchnąć w błędne rewiry poznawcze. Teodyceę lepiej rozumie się inteligencją myślową/racjonalną. W pierwszym poście poniższego wątku, jeszcze jako Mustafa Mond, przedstawiłem pewne wytłumaczenie teodycei - matematyczne, ścisłe, zimne, z perspektywy pierwotnego Absolutu, który ma nieskończone zasoby i jest wszechmocny. Tyle że osoba wielce emocjonalna może mieć podejście na zasadzie:
"Pieprzę te liczby. Dlaczego ludzie się wymyślnie torturują? Dlaczego się mordują? Dlaczego niewinne dzieci umierają? Dlaczego Bóg nie reaguje? Niech już lepiej tego Boga nie będzie, jeżeli miałby być tak nieczuły!"
Powyższą postawę reprezentował choćby Albert Camus - człowiek o wielkiej inteligencji emocjonalnej, któremu życie malowały mu jego impresje, wrażenia, morze, Słońce, wiatr, emocje, przeczucia. Tak postrzegał świat. W "Dżumie" jego alter ego Bernard Rieux atakuje w szpitalu księdza za jego wiarę w Boga. Rieux widzi niewinnych cierpiących, umierających, także dzieci, więc czuje bunt wobec świata. Bunt jest wręcz kluczowy w filozofii Camusa. Często się przewija. Podobny motyw jest w camusowym dramacie "Nieporozumienie". Tam Bóg przedstawiony jest jako świadek, który przygląda się okropieństwom świata i nic z nimi nie robi, choć mógłby coś zrobić.
Camus, zgodnie z MBTI, był INFP. Z Szatanem łączył go emocjonalny bunt wobec świata i Boga, ale Camus nie miał w sobie ekspansji (E) i zorganizowanej wiary (J), dzięki którym mógłby w pełni walczyć z Bogiem, którego postrzegał jako złego. Podobno Camus był ateistą? Ale czy na pewno był? Czy ateista aż tyle swoich spisanych słów poświęciłby wypominaniu win istocie, w której istnienie nie wierzył? Dlaczego miałby się tyle zajmować "wymyślonym zbrodniarzem"? Żeby szerzyć ateizm u innych, bo postrzegał ateizm jako dobry? Być może, ale mam przeczucie, że Camus przeczuwał istnienie wyższego świata, ale płonął ku Bogu wyrzutami za świat wokół. Zbyt emocjonował go ten temat, żeby był ateistą. Może swoim głoszonym ateizmem chciał się jakoś "pozbywać Boga ze świata".
W niemieckim obozie koncentracyjnym jeden więzień napisał na ścianie:
"Wenn es einen Gott gibt muß er mich um Verzeihung bitten."
"Jeżeli jest Bóg, będzie musiał mnie błagać o wybaczenie."
Myślę, że takie błaganie miało miejsce na krzyżu około dwa milenia temu. Próba przekonania, że jest się dobrym, a zarazem przebłagania ludzi, aniołów i... Szatana.
Co do samego Szatana powinienem jeszcze dookreślić jedną rzecz. Napisałem, że on uważa wszystkich prócz siebie jako złe upiory, tyle że niepotrzebnie sprawę uogólniłem. Tak, on pewnie postrzega prawie każdego jako złego, ale pewnie intelektualnie dopuszcza myśl, że są inne dobre, choć rzadkie, istoty. Dlaczego zatem chce zabić wszystkich prócz siebie?
Sęk w tym, że Szatan ma bezpośredni dostęp tylko do swego wnętrza. Reszta istot może go misternie oszukiwać. Pewnie w procesie swego buntu wpierw czasem innym ufał, ale pewnie w końcu stawał się zawiedziony tymi istotami. Zatem teraz "profilaktycznie" i na wszelki wypadek woli się pozbyć każdego prócz siebie, by stworzyć świat, który z jego perspektywy, na pewno będzie pozbawiony groźnego zła.
Dlaczego Szatan nie widzi swego błędu?
Psychika mu się przepaliła traumami bezpośrednio własnymi i tymi współodczuwanymi z powodu jego przeżyć i osobowości. Emocjonalne poznawanie świata pchnęło go w rewiry nielogiczne. Wysokie zorganizowanie stworzyło w nim obsesyjną wiarę. I on się dalej nie broni przed traumatyzowaniem swych miękkości. A że ma perspektywę ogólną (skrajne N w MBTI), zamiast grać tylko na swój interes, robi szaleńczą szarżę dla restartowanej budowy "lepszego świata" - świata, który miałby mieć inną, lepszą jakość. Gdyby dbał tylko o siebie, pewnie dałoby się go jakoś przekupić "życiem w klatce pełnej szczęścia" ("wirtualna rzeczywistość" ze spełnianiem jego wszystkich marzeń?). Gdyby dbał tylko o siebie, mógłby też jakoś zaakceptować bycie posłusznym, niewychylającym się aniołkiem, kąpiącym się w chóralnym szczęściu. Gdyby dbał tylko o siebie, mógłby zgodzić się na jakiś "pakt pokojowy", gdzie otrzymałby na własność część wyższego świata i byłby tam wielbiony i radowany po wsze czasy, zamiast ostro cierpieć i ryzykować bardzo prawdopodobnym zgonem w karkołomnej "misji" podboju świata. Gdyby dbał tylko o siebie, nie miałby wizji swojej własnej idealnej społeczności. Gdyby dbał tylko o siebie, dawno, by już nie wytrzymał i padł. I tutaj jest problem. On do cna wierzy i czuje, że ma o co walczyć.
Szatana pewnie można nawrócić. To nie jest tak, że jego esencją jest błądzenie. Przecież kiedyś był posłusznym aniołem. On może mieć taki tryb. Jeżeli jest droga z A do B, to jest też z B do A. Tyle że to trudne zadanie. W swoim Szatanacie jest zamknięty w bańce informacyjnej i zwalcza w zarodku wszelkie wątpliwości, biorąc je jako "propagandę złego wroga", której nie może pozwolić rosnąć, bo przecież wystarczy tylko moment zmiany stanowiska, a jeżeli w tym momencie się zabije, zbytnio swoje siły "zsabotuje" lub siebie wyda Królestwu Niebieskiemu, to wojna jest dla Szatanatu przegrana na zawsze. Stąd Szatan kiedyś podjął decyzję o... (hmmm, jakby to rzec?...) absolutnym zakazie kwestionowania dogmatów własnych. Zasklepił się w bezrefleksyjnej, obsesyjnej, sztywnej, fanatycznej wierze. Ciągle swoją wiarę pogłębia rytuałami i "czyszczeniem" swej psychiki ze wszystkiego, co mogłoby go zawrócić z tej drogi (pozbywa się z siebie np. miłosierną litość, wyrozumiałość lub możliwość "zakochiwania się" w dobrym wnętrzu innej istoty). Skupia się tylko na złu w innych, a nie wierzy w dobre cechy innych istot. Ciągle tylko oskarża (w końcu nazwał siebie Szatanem czyli "Oskarżycielem"). Tępi też wszystko, co mogłoby osłabić jego Szatanat w wojnie. "Rzeźbi" siebie faszystowsko. Jednakże, przez ciągłe zakładanie u innych głupoty, płycizny i zła, on często zbytnio lekceważy inne istoty, co mu przeszkadza w skutecznym wojowaniu...
W filozofii problem tego, dlaczego zło w ogóle istnienie, nazywa się teodycea. Tyle że tu dobrze widać, że sama inteligencja emocjonalna może, mimo swych wielu zalet, pchnąć w błędne rewiry poznawcze. Teodyceę lepiej rozumie się inteligencją myślową/racjonalną. W pierwszym poście poniższego wątku, jeszcze jako Mustafa Mond, przedstawiłem pewne wytłumaczenie teodycei - matematyczne, ścisłe, zimne, z perspektywy pierwotnego Absolutu, który ma nieskończone zasoby i jest wszechmocny. Tyle że osoba wielce emocjonalna może mieć podejście na zasadzie:
"Pieprzę te liczby. Dlaczego ludzie się wymyślnie torturują? Dlaczego się mordują? Dlaczego niewinne dzieci umierają? Dlaczego Bóg nie reaguje? Niech już lepiej tego Boga nie będzie, jeżeli miałby być tak nieczuły!"
Powyższą postawę reprezentował choćby Albert Camus - człowiek o wielkiej inteligencji emocjonalnej, któremu życie malowały mu jego impresje, wrażenia, morze, Słońce, wiatr, emocje, przeczucia. Tak postrzegał świat. W "Dżumie" jego alter ego Bernard Rieux atakuje w szpitalu księdza za jego wiarę w Boga. Rieux widzi niewinnych cierpiących, umierających, także dzieci, więc czuje bunt wobec świata. Bunt jest wręcz kluczowy w filozofii Camusa. Często się przewija. Podobny motyw jest w camusowym dramacie "Nieporozumienie". Tam Bóg przedstawiony jest jako świadek, który przygląda się okropieństwom świata i nic z nimi nie robi, choć mógłby coś zrobić.
Camus, zgodnie z MBTI, był INFP. Z Szatanem łączył go emocjonalny bunt wobec świata i Boga, ale Camus nie miał w sobie ekspansji (E) i zorganizowanej wiary (J), dzięki którym mógłby w pełni walczyć z Bogiem, którego postrzegał jako złego. Podobno Camus był ateistą? Ale czy na pewno był? Czy ateista aż tyle swoich spisanych słów poświęciłby wypominaniu win istocie, w której istnienie nie wierzył? Dlaczego miałby się tyle zajmować "wymyślonym zbrodniarzem"? Żeby szerzyć ateizm u innych, bo postrzegał ateizm jako dobry? Być może, ale mam przeczucie, że Camus przeczuwał istnienie wyższego świata, ale płonął ku Bogu wyrzutami za świat wokół. Zbyt emocjonował go ten temat, żeby był ateistą. Może swoim głoszonym ateizmem chciał się jakoś "pozbywać Boga ze świata".
W niemieckim obozie koncentracyjnym jeden więzień napisał na ścianie:
"Wenn es einen Gott gibt muß er mich um Verzeihung bitten."
"Jeżeli jest Bóg, będzie musiał mnie błagać o wybaczenie."
Myślę, że takie błaganie miało miejsce na krzyżu około dwa milenia temu. Próba przekonania, że jest się dobrym, a zarazem przebłagania ludzi, aniołów i... Szatana.
Co do samego Szatana powinienem jeszcze dookreślić jedną rzecz. Napisałem, że on uważa wszystkich prócz siebie jako złe upiory, tyle że niepotrzebnie sprawę uogólniłem. Tak, on pewnie postrzega prawie każdego jako złego, ale pewnie intelektualnie dopuszcza myśl, że są inne dobre, choć rzadkie, istoty. Dlaczego zatem chce zabić wszystkich prócz siebie?
Sęk w tym, że Szatan ma bezpośredni dostęp tylko do swego wnętrza. Reszta istot może go misternie oszukiwać. Pewnie w procesie swego buntu wpierw czasem innym ufał, ale pewnie w końcu stawał się zawiedziony tymi istotami. Zatem teraz "profilaktycznie" i na wszelki wypadek woli się pozbyć każdego prócz siebie, by stworzyć świat, który z jego perspektywy, na pewno będzie pozbawiony groźnego zła.
Dlaczego Szatan nie widzi swego błędu?
Psychika mu się przepaliła traumami bezpośrednio własnymi i tymi współodczuwanymi z powodu jego przeżyć i osobowości. Emocjonalne poznawanie świata pchnęło go w rewiry nielogiczne. Wysokie zorganizowanie stworzyło w nim obsesyjną wiarę. I on się dalej nie broni przed traumatyzowaniem swych miękkości. A że ma perspektywę ogólną (skrajne N w MBTI), zamiast grać tylko na swój interes, robi szaleńczą szarżę dla restartowanej budowy "lepszego świata" - świata, który miałby mieć inną, lepszą jakość. Gdyby dbał tylko o siebie, pewnie dałoby się go jakoś przekupić "życiem w klatce pełnej szczęścia" ("wirtualna rzeczywistość" ze spełnianiem jego wszystkich marzeń?). Gdyby dbał tylko o siebie, mógłby też jakoś zaakceptować bycie posłusznym, niewychylającym się aniołkiem, kąpiącym się w chóralnym szczęściu. Gdyby dbał tylko o siebie, mógłby zgodzić się na jakiś "pakt pokojowy", gdzie otrzymałby na własność część wyższego świata i byłby tam wielbiony i radowany po wsze czasy, zamiast ostro cierpieć i ryzykować bardzo prawdopodobnym zgonem w karkołomnej "misji" podboju świata. Gdyby dbał tylko o siebie, nie miałby wizji swojej własnej idealnej społeczności. Gdyby dbał tylko o siebie, dawno, by już nie wytrzymał i padł. I tutaj jest problem. On do cna wierzy i czuje, że ma o co walczyć.
Szatana pewnie można nawrócić. To nie jest tak, że jego esencją jest błądzenie. Przecież kiedyś był posłusznym aniołem. On może mieć taki tryb. Jeżeli jest droga z A do B, to jest też z B do A. Tyle że to trudne zadanie. W swoim Szatanacie jest zamknięty w bańce informacyjnej i zwalcza w zarodku wszelkie wątpliwości, biorąc je jako "propagandę złego wroga", której nie może pozwolić rosnąć, bo przecież wystarczy tylko moment zmiany stanowiska, a jeżeli w tym momencie się zabije, zbytnio swoje siły "zsabotuje" lub siebie wyda Królestwu Niebieskiemu, to wojna jest dla Szatanatu przegrana na zawsze. Stąd Szatan kiedyś podjął decyzję o... (hmmm, jakby to rzec?...) absolutnym zakazie kwestionowania dogmatów własnych. Zasklepił się w bezrefleksyjnej, obsesyjnej, sztywnej, fanatycznej wierze. Ciągle swoją wiarę pogłębia rytuałami i "czyszczeniem" swej psychiki ze wszystkiego, co mogłoby go zawrócić z tej drogi (pozbywa się z siebie np. miłosierną litość, wyrozumiałość lub możliwość "zakochiwania się" w dobrym wnętrzu innej istoty). Skupia się tylko na złu w innych, a nie wierzy w dobre cechy innych istot. Ciągle tylko oskarża (w końcu nazwał siebie Szatanem czyli "Oskarżycielem"). Tępi też wszystko, co mogłoby osłabić jego Szatanat w wojnie. "Rzeźbi" siebie faszystowsko. Jednakże, przez ciągłe zakładanie u innych głupoty, płycizny i zła, on często zbytnio lekceważy inne istoty, co mu przeszkadza w skutecznym wojowaniu...
