Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Dialekty polonijne [oddzielony ze „Słodycze”]
#41
znaLezczyni napisał(a): A ktoś tutaj pisał, że ma takie przekonanie?
No to mam wrażenie, że się zgadzamy, a mimo to spieramy o nie wiadomo co.
Cytat:
Cytat:Jak się claim w języku polskim stosuje jako czasownik? Ja claim, ty claisz?

Claimować (klejmować) coś. Możesz klejmować od ubezpieczyciela zalanie domu albo np. working child credit, jeśli masz dziecko i pracujesz.
No dobrze. Zatem jaka jest Twoja hipoteza, dla której to słowo zostało zapożyczone?
Cytat:Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, skąd ty możesz wiedzieć, jaka ta znajomość obecnie jest - mieszkasz w Polsce, nie w UK, nie w polskim gettcie. Ja mieszkam na wyspie a nie mam pojęcia, jak to wygląda.
Nie wiem, jak to u Ciebie wygląda. Może u Ciebie jest lepiej niż tam gdzie bywam.
Cytat:Poza tym w znajomości języka najważniejsza jest umiejętność komunikacji, a nie to, czy użyjesz właściwego czasu albo źle wymówisz słowo.
A czy ja coś takiego twierdzę? Problemem nie jest to, że ktoś źle wymawia słowa. Problemem jest to, że istnieją ludzie, którzy mieszkają w takim Goole od kilku lat, ale nie zobaczyli jeszcze odległego o ok. 50 km Yorku, bo kupno biletu kolejowego przekracza ich zdolności komunikacyjne. Albo pracownicy którym ktoś musi tłumaczyć proste polecenia służbowe.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
#42
Sofeicz napisał(a):
Cytat:Można cały czas posługiwać się poprawną, stuprocentową polszczyzną, ale po co? Czemu to ma służyć?
Można się myć, ale po co?

Po pierwsze, osobę myjącą ręce co 5 minut posądzisz raczej o nerwicę, niż higienę

Po drugie, język jest tworem żywym i służy komunikacji. Jeżeli dwie osoby wiedzą, co to śrubokręt, to wisi im to, że według jakichś 200% pwn-owców to są wkrętaki. A podejrzewam, że środowisko gamerów, pardon, graczy w gry komputerowe używa w codziennej komunikacji dużo więcej anglicyzmów, niż osoby na saksach w UK. Czy podczas gry czy AFK.

Po trzecie, bilingualizm jest rzeczą trudną. Sam zauważam u siebie, że wolniej mówię po polsku i po niemiecku, gdyż zawsze mam włączony ten tryb tłumaczenia i każde słowo ma dwa lub więcej opcji. Także przy słuchaniu muszę rozróżnić, czy to są "lekarze" czy to jest "leckage" (przeciek) i tego typu homofony. Nie mówiąc o tym, czy coś jest "fakt", czy raczej "fucked".

EDIT: zefciu kiedyś przy innej okazji wspomniał, jak dwuznaczne może być wśród angielskich polonusów stwierdzenie "Ale miałem farta!"
Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Spoiler!
Koh 3:1-8 (edycje własne)
Odpowiedz
#43
Niby OK, ale kiedy ktoś na serio pyta, po co posługiwać się poprawną polszczyzną, to .... WTF Uśmiech
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#44
Przekręciłeś moje pytanie. Nie kwestionowałam sensu posługiwania się poprawną polszczyzną, nota bene posługuję się nią (prawie zawsze) na forum, pytałam o sens posługiwania się poprawną, stuprocentową polszczyzną cały czas, w każdej sytuacji. Niby mała różnica, a wielka.
Jeśli zabraknie ci argumentów - nazwij mnie kłamczynią i napisz, że łżę.
Odpowiedz
#45
Wszystko można sprowadzić do absurdu, pewnie też i pojęcie 'poprawna polszczyzna'.
Myślę, że to wszystko sprowadza się do kompetencji językowych.
Ogólnie zauważyłem, że im kto bardziej durny i durna jego naturalna polszczyzna, tym szybciej nasiąka tymi skipami i jardami.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#46
Sofeicz napisał(a): Ogólnie zauważyłem, że im kto bardziej durny i durna jego naturalna polszczyzna, tym szybciej nasiąka tymi skipami i jardami.
Klasizm z Ciebie wyłazi wszystkimi porami.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
#47
Sofeicz


Cytat:Ogólnie zauważyłem, że im kto bardziej durny i durna jego naturalna polszczyzna, tym szybciej nasiąka tymi skipami i jardami.





To ja ogólnie zauważę, że im ktoś bardziej durny, tym durniejsze ogólne zauważenia ma ;)

Przepraszam za pisanie postu pod postem. Chciałam tylko niniejszym wyjaśnić, iż poprzedni post był żartem i grą słów - sama użyłam sformułowania "ogólnie zauważę". Umieszczony na końcu emotikon miał sugerować, że nie należy traktować wypowiedzi poważnie - miała w założeniu być zabawna, nie zaś obrażać Sofeicza czy mnie samą. Amen.

Edit: posty zostały automatycznie scalone, mam nadzieję mimo to, że doklejka zostanie zauważona.
Jeśli zabraknie ci argumentów - nazwij mnie kłamczynią i napisz, że łżę.
Odpowiedz
#48
Cytat:miała w założeniu być zabawna, nie zaś obrażać Sofeicza...
No mam nadzieję Uśmiech


Ze swojej strony obiecuję, że nie będę nadmiernie szafował ogólnymi zauważeniami.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#49
znaLezczyni napisał(a): A ja inaczej to widzę. Do takiego języka wystarczą dwie osoby.
No to się nie zgadzamy.
znaLezczyni napisał(a): Jeśli źle to oceniłam, napisz, proszę, gdzie się pomyliłam - jajca najlepiej zostawić do działu humor.
A co tu jest do interpretacji? Niewielkie grupy nie utworzą społeczności imigranckie. Nie ma warunków do powstania takich żargonów, gdy dominującą formą użycia rodzimego języka jest rozmowa z rodziną na Skype. Obracałem się właśnie w środowiskach o niewielkim nasyceniu Polakami, i tam tak właśnie jest. Trochę angielskich słów, głównie rzeczowników, się łapie w pracy na zasadzie żargonu zawodowego i tyle.
znaLezczyni napisał(a): Pewnie w dużych miastach może być inaczej, ale u mnie jest silny trend do ustabilizowania życia i przejścia z trybu studenckiego na stały.
Tryb stały zaczyna mieć sens, gdy masz rodzinę/związek, albo przynajmniej stabilną posadę z pensją ocierającą się o klasę średnią. Jeśli nie, to jest to po prostu nieodpowiedzialne rozdupcanie kasy na pierdoły. Pokój jesteś w stanie znaleźć w granicach czterech stówek. Mieszkanie to na bidę dwa razy tyle. Jak jesteś zwykła klasa robotnicza na pełen etat to chałupa zeżre pół pensji. No może na jakichś Hebrydach zewnętrznych jest taniej.

Sofeicz napisał(a): Ogólnie zauważyłem, że im kto bardziej durny i durna jego naturalna polszczyzna, tym szybciej nasiąka tymi skipami i jardami.
Logiczne. Jak ktoś w Polsce śmieci wypieprzał do lasu albo wpieprzał do pieca, a tu musi segregować i w wybrane dni wystawiać do odbioru to przez jakieś dysonanse poznawcze może potrzebować nowej terminologii, bo to przecież coś zupełnie innego Uśmiech I stąd mamy te garbycie u jakiejś części polonii w UK, wzięte zresztą z amerykańskich filmów, bo jak słusznie zauważyła Znalezczyni, Brytole garbage nie znają.
Mówiąc prościej propedegnacja deglomeratywna załamuje się w punkcie adekwatnej symbiozy tejże wizji.
Odpowiedz
#50
Cytat:
znaLezczyni napisał(a): napisał(a):A ja inaczej to widzę. Do takiego języka wystarczą dwie osoby.
No to się nie zgadzamy.


A co tu jest do zgadzania czy niezgadzania się? Być może nie masz takiego osobistego doświadczenia, ale wystarczyłaby wyobraźnia. Grupa przyjaciół, rodzina, dwie osoby w związku często tworzą słowa na własny użytek albo istniejącym słowom/ zwrotom nadają nowe znaczenie, znane najczęściej tylko im.


Cytat:Niewielkie grupy nie utworzą społeczności imigranckie.


A co to jest społeczność imigrancka? Kółko polonijne?
Wystarczy rodzina, wystarczą dwie osoby aby w takiej minispołeczności posługiwano się językiem dostosowanym do potrzeb tejże minispołeczności.



Cytat:
znaLezczyni napisał(a): napisał(a):Pewnie w dużych miastach może być inaczej, ale u mnie jest silny trend do ustabilizowania życia i przejścia z trybu studenckiego na stały.
Tryb stały zaczyna mieć sens, gdy masz rodzinę/związek, albo przynajmniej stabilną posadę z pensją ocierającą się o klasę średnią. Jeśli nie, to jest to po prostu nieodpowiedzialne rozdupcanie kasy na pierdoły. Pokój jesteś w stanie znaleźć w granicach czterech stówek. Mieszkanie to na bidę dwa razy tyle. Jak jesteś zwykła klasa robotnicza na pełen etat to chałupa zeżre pół pensji. No może na jakichś Hebrydach zewnętrznych jest taniej.


Nie zgadzam się. Tryb stały zaczyna mieć sens, gdy decydujesz się (bądź zaczynasz sobie zdawać sprawę z tego), że twój wyjazd nie jest tymczasowy, że nie jesteś na imigracji po to, żeby jak najszybciej zarobić jak najwięcej, tylko że zaczynasz stabilizować się w nowym miejscu i nie myślisz o powrocie (przynajmniej nie w następnych x latach). Poza tym dochodzi kwestia wieku i związanych z nim potrzeb.
Można oczywiście mieszkać w pięć, dziesięć osób na chacie, zakupy robić wyłącznie z dolnej półki w Aldim czy Lidlu, rybę i owoce jeść na święta, nie chodzić do kina, restauracji czy na kręgle. Można żyć jak biedny student do trzydziestki, czterdziestki, pięćdziesiątki, emerytury, ale to nie jest życie - to jest zarabianie na przyszłość. I oczywiście, nie neguję sensu rozsądnego zarządzania finansami i oszczędzania na miarę możliwości. Ale - to oczywiście moje zdanie - jedną z podstawowych rzeczy w życiu jest posiadanie domu, strefy prywatności, gdzie nie łażą obcy. I o ile na krótki czas tacy obcy, zwłaszcza jeśli jest się w wieku studenckim, są do zniesienia, to po pewnym czasie już nie. Górę bierze potrzeba prywatności. Widzę to u tych, którzy kiedyś mieszkali na kupie, a potem się usamodzielnili. To nie nieodpowiedzialne rozdupcanie kasy na pierdoły (nota bene, obrzydliwy język), tylko wybór ludzi, którzy dorośli do tego, żeby zaspokoić potrzebę posiadania własnego lokum (własne może oznaczać wynajmowane).


Cytat:
Cytat:Ogólnie zauważyłem, że im kto bardziej durny i durna jego naturalna polszczyzna, tym szybciej nasiąka tymi skipami i jardami.
Logiczne. Jak ktoś w Polsce śmieci wypieprzał do lasu albo wpieprzał do pieca, a tu musi segregować i w wybrane dni wystawiać do odbioru to przez jakieś dysonanse poznawcze może potrzebować nowej terminologii, bo to przecież coś zupełnie innego [Obrazek: smile.gif] I stąd mamy te garbycie u jakiejś części polonii w UK, wzięte zresztą z amerykańskich filmów, bo jak słusznie zauważyła Znalezczyni, Brytole garbage nie znają.


Jest to nielogiczne. Skoro to ma być język kogoś, kto ani po polsku ani po angielsku nie mówi poprawnie, skąd wziąłby się garbage u brytyjskiej ledwno piśmiennej Polonii. Z oglądania amerykańskich filmów w oryginale?

Nie lubię, kiedy ktoś poprawia sobie samopoczucie kosztem innych i wali stereotypami na oślep.
Jeśli zabraknie ci argumentów - nazwij mnie kłamczynią i napisz, że łżę.
Odpowiedz
#51
znaLezczyni napisał(a): To nie nieodpowiedzialne rozdupcanie kasy na pierdoły (nota bene, obrzydliwy język), tylko wybór ludzi, którzy dorośli do tego, żeby zaspokoić potrzebę posiadania własnego lokum (własne może oznaczać wynajmowane).

Uogólniłbym tę kwestię jeszcze mocniej. Można żyć po to, żeby pracować. A można pracować po to, żeby żyć. Są ludzie, których całą zawartością życia jest praca, urlopy to zmora, emerytura oznacza klęskę. Znajomy mechanik z takim nastawieniem powiedział, serio, że jego marzeniem jest umrzeć w pracy.

Mam też znajomych, małżeństwo nawet, które od początku po dziś mieszka w najtańszej klitce z początku bytności w Niemczech, co jakiś czas ich zalewa, co jakiś czas jest chłodno, wszystko trochę na "wariackich papierach". Ale jakie tanie, jakakie tanie... A dla mnie to przykład, jak można utkwić w pewnym stadium. Nie wiem, dlaczego, może kasa bardziej potrzebna niż jakość życia, ale dla mnie to jednak jakaś część życia się przez to marnuje, i nie wróci.
Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Spoiler!
Koh 3:1-8 (edycje własne)
Odpowiedz
#52
bert04 napisał(a):
znaLezczyni napisał(a): To nie nieodpowiedzialne rozdupcanie kasy na pierdoły (nota bene, obrzydliwy język), tylko wybór ludzi, którzy dorośli do tego, żeby zaspokoić potrzebę posiadania własnego lokum (własne może oznaczać wynajmowane).

Uogólniłbym tę kwestię jeszcze mocniej. Można żyć po to, żeby pracować. A można pracować po to, żeby żyć. Są ludzie, których całą zawartością życia jest praca, urlopy to zmora, emerytura oznacza klęskę. Znajomy mechanik z takim nastawieniem powiedział, serio, że jego marzeniem jest umrzeć w pracy.

Mam też znajomych, małżeństwo nawet, które od początku po dziś mieszka w najtańszej klitce z początku bytności w Niemczech, co jakiś czas ich zalewa, co jakiś czas jest chłodno, wszystko trochę na "wariackich papierach". Ale jakie tanie, jakakie tanie... A dla mnie to przykład, jak można utkwić w pewnym stadium. Nie wiem, dlaczego, może kasa bardziej potrzebna niż jakość życia, ale dla mnie to jednak jakaś część życia się przez to marnuje, i nie wróci.

No ja tam to rozumiem. Docelowym punktem jest zdobycie dostatecznej ilości hajsu aby żyć, "tak jak się chce", więc do momentu uzbierania dostatecznej ilości żyje się na poziomie "przetrwalnika". Hajs nie jest potrzebny sam w sobie, jest potrzebny po to, aby przeskoczyć kilka poziomów życia w sposób rewolucyjny.
Sebastian Flak
Odpowiedz
#53
Gawain napisał(a): No ja tam to rozumiem. Docelowym punktem jest zdobycie dostatecznej ilości hajsu aby żyć, "tak jak się chce", więc do momentu uzbierania dostatecznej ilości żyje się na poziomie "przetrwalnika". Hajs nie jest potrzebny sam w sobie, jest potrzebny po to, aby przeskoczyć kilka poziomów życia w sposób rewolucyjny.

Opisujesz chyba kogoś, kto zbiera na własny interes. W takim modelu owszem, oszczędzanie ma sens aż starczy na kupno własnych narzędzi budowlanych, sklepu, lokalu. Obawiam się jednak, że nie wszyscy się na to nadają. A kolega kmat opisuje inny model, człowieka na zatrudnieniu "poniżej klasy średniej" czy jakoś tak. Tutaj wyjściem z sytuacji jest po prostu zmiana pracy na lepszą. A środkiem do tego jest inwestowanie w siebie, jakieś kwalifikacje, język i tak dalej. Jakość życia może na drugim miejscu. To jest zmiana "ewolucyjna", a bez tych inwestycji pozostanie w fazie "przetrwalnika" na stałe.
Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Spoiler!
Koh 3:1-8 (edycje własne)
Odpowiedz
#54
A czy ja piszę, żeby żreć kaszę gryczaną? Do mieszkania człowiek potrzebuje raptem trzech rzeczy: pokoju do spania, kuchni i kiblołazienki. Spokojnie można to mieć wynajmując pokój. Całe mieszkanie żre więcej kasy, ale i więcej czasu(!), bo samemu trzeba koło tego robić i nawet gęby nie ma do kogo otworzyć. To jest opcja dla pary, konieczność dla pary z dzieckiem, ale dla singla? Okej, angielskie budownictwo ma jedną wadę - chałupy są z dykty. Więc jak współlokatorzy się rżną to cały dom ma darmowe audioporno. Więc jeśli ktoś jest na tyle wrażliwy, że nie daje sobie z tym rady to wtedy tak, nerwica zapewne będzie docelowo kosztować więcej.
Mówiąc prościej propedegnacja deglomeratywna załamuje się w punkcie adekwatnej symbiozy tejże wizji.
Odpowiedz
#55
bert04 napisał(a):
Gawain napisał(a): No ja tam to rozumiem. Docelowym punktem jest zdobycie dostatecznej ilości hajsu aby żyć, "tak jak się chce", więc do momentu uzbierania dostatecznej ilości żyje się na poziomie "przetrwalnika". Hajs nie jest potrzebny sam w sobie, jest potrzebny po to, aby przeskoczyć kilka poziomów życia w sposób rewolucyjny.

Opisujesz chyba kogoś, kto zbiera na własny interes. W takim modelu owszem, oszczędzanie ma sens aż starczy na kupno własnych narzędzi budowlanych, sklepu, lokalu.

Nie tylko. Piszę o każdym przypadku zbierania dużych kwot np. na mieszkanie czy dom.

Cytat:Obawiam się jednak, że nie wszyscy się na to nadają. A kolega kmat opisuje inny model, człowieka na zatrudnieniu "poniżej klasy średniej" czy jakoś tak. Tutaj wyjściem z sytuacji jest po prostu zmiana pracy na lepszą. A środkiem do tego jest inwestowanie w siebie, jakieś kwalifikacje, język i tak dalej. Jakość życia może na drugim miejscu. To jest zmiana "ewolucyjna", a bez tych inwestycji pozostanie w fazie "przetrwalnika" na stałe.

No niektórzy są w stanie srać do wiadra całe życie, folgować swoim zachciankom i mieszkać w melinie. Tyle tylko, że to po prostu patologiczny stan, w którym liczy się jedynie natychmiastowe zaspokajanie potrzeb. Ot, zwierzęta po prostu.
Sebastian Flak
Odpowiedz
#56
bert04 napisał(a): Uogólniłbym tę kwestię jeszcze mocniej. Można żyć po to, żeby pracować. A można pracować po to, żeby żyć. Są ludzie, których całą zawartością życia jest praca, urlopy to zmora, emerytura oznacza klęskę. Znajomy mechanik z takim nastawieniem powiedział, serio, że jego marzeniem jest umrzeć w pracy.

To musi być zapewne jakiś mechanik-amator filozofii, który poznał prawdę o życiu Duży uśmiech

Pracowanie jest naprawdę fajne - jeśli tylko robi się robotę, którą się kocha, która daje satysfakcję, zwiększa poczucie własnej wartości i daje poczucie robienia czegoś pożytecznego.

Nawet jak się zaczął ten koronawirus i siedziałem na chacie, to sobie tyle zajęć wymyśliłem, że cały czas maksymalnie wykorzystałem.

Nie wiem jak inni, ale ja nie umiałbym siedzieć na dupie i nic nie robić. Bezczynność by mnie zabiła.

Kiedyś chorowałem na mononukleozę i chyba ze dwa tygodnie miałem unikać przeciągów i pracy fizycznej. Tydzień wytrzymałem, ale ile można grać w gry? Po tygodniu zrobiłem dwa pawlacze.

kmat napisał(a): A czy ja piszę, żeby żreć kaszę gryczaną?

Czemu nie? Zarąbiście pasuje do schabowego.

kmat napisał(a): Całe mieszkanie żre więcej kasy, ale i więcej czasu(!), bo samemu trzeba koło tego robić i nawet gęby nie ma do kogo otworzyć. To jest opcja dla pary, konieczność dla pary z dzieckiem, ale dla singla?

Dla singla też jest to dobra strefa komfortu. Masz święty spokój.

Nikt ci w niczym nie przeszkadza, nie masz sytuacji typu "chcę umyć se swoje gary ale zlew cały zajebany cudzymi" albo "totalnie najebany Dżordż wrócił z imprezy, potłukł w łazience umywalkę i lustro i zakrwawił i obrzygal wszystkie ściany i podłogę" albo "Lukas lubi codzienny jogging, ale nigdy nie pierze swojej biegowej termoaktywnej koszuli oraz skarpet - zamiast tego wietrzy je, a potem trzyma w swoim pokoju - tylko co z tego skoro jebią tak mocno, że czuć je w całym domu?" albo "wracasz z pracy, chcesz iść spać, ale Melinda-prostytutka akurat przyjmuje w pokoju obok kolejnego murzyna, a później po paru godzinach wychodzi zapłakana na korytarz z pociętymi żyłami na nadgarstkach i krzyczy, że nikt jej nie kocha".

To wszystko są moje doświadczenia z UK, a byłem tam z kumplami raptem parę tygodni, między jednym a drugim rokiem studiów.Moim zdaniem warto mieć swój dom lub mieszkanie - dla mnie przynajmniej pieniądze wydawane na wynajem, to pieniądze wsadzone psu w dupę. Już lepiej kredyt wziąć i mieć coś własnego niż wynajmować i nie móc zrobić w domu czegokolwiek bez uzgodnienia z właścicielem.
Odpowiedz
#57
lumberjack napisał(a): To wszystko są moje doświadczenia z UK,
O w mordę. U mnie największy hardcore to mordobicie międzybułgarskie, ale w ciągu tygodnia towarzystwo się wyniosło.
lumberjack napisał(a): Nikt ci w niczym nie przeszkadza, nie masz sytuacji typu "chcę umyć se swoje gary ale zlew cały zajebany cudzymi"..
Ale ja to mam już teraz. Nikt się do niczego nikomu nie wpierdala.
Mówiąc prościej propedegnacja deglomeratywna załamuje się w punkcie adekwatnej symbiozy tejże wizji.
Odpowiedz
#58
No to dobrze, trafiłeś na jakichś w miarę normalnych współlokatorów.

Ja tam osobiście nie mam dobrych wspomnień z UK; kojarzy mi się z patologią ale może po prostu tak mi się trafiło - na kumulację patoli. A może stancję sobie za tanią wybraliśmy Uśmiech Oczko
Odpowiedz
#59
lumberjack napisał(a): No to dobrze, trafiłeś na jakichś w miarę normalnych współlokatorów.
Byli do niedawna ci Bułgarzy, ale poszli w ciul. Teraz to tylko taka jebnięta Angielka kłóci się z chłopem, ale to raz na miesiąc. No i gość piętro wyżej jak dupczy swoją babę to w skali Richtera można to liczyć, a ona jęczy jak aktorka porno, ale ja w pokoju prawie cały czas na słuchawkach siedzę.
Mówiąc prościej propedegnacja deglomeratywna załamuje się w punkcie adekwatnej symbiozy tejże wizji.
Odpowiedz
#60
Gawain


Cytat:No ja tam to rozumiem. Docelowym punktem jest zdobycie dostatecznej ilości hajsu aby żyć, "tak jak się chce", więc do momentu uzbierania dostatecznej ilości żyje się na poziomie "przetrwalnika". Hajs nie jest potrzebny sam w sobie, jest potrzebny po to, aby przeskoczyć kilka poziomów życia w sposób rewolucyjny


Żyć jak się chce można na każdym etapie życia, oczywiście jeśli ma się realistyczne oczekiwania, jest się w miarę pracowitym i nie ma się pecha w postaci np. niepełnosprawności własnej czy kogoś z najbliższej rodziny. Odkładania życia na później, kiedy już się dorobię, jest marnowaniem życia. "Przetrwalnik"? Chyba w jakichś ekstremalnych sytuacjach, kiedy komuś się życie poplątało bardzo i został np. bezdomny. Po co przeskakiwać poziomy w sposób rewolucyjny?
Rozsądna oszczędność, odkładanie (w miarę możliwości) kilku groszy co miesiąc na jakiś cel to bardzo dobre nawyki. Ciułanie kasy, żeby pożyć za kilka lat, to moim zdaniem zły pomysł. Po pierwsze, można tego nie dożyć. Po drugie, można być już wtedy za bardzo zmęczonym/ wypaczonym itp. itd., żeby takie życie cieszyło.


kmat


Cytat:Do mieszkania człowiek potrzebuje raptem trzech rzeczy: pokoju do spania, kuchni i kiblołazienki. Spokojnie można to mieć wynajmując pokój.



Pewnie człowiekowi takiemu jak ty to wystarcza. Pewnie nie jesteś jedyny taki.
Z mojego osobistego doświadczenia wynika coś innego: człowiek (taki jak ja i ci, których gdzieś tam spotykam) potrzebuje domu, nie miejsca do mieszkania. Dom to nie tylko miejsce gdzie się śpi, je, robi kupę i myje. Dom to teren prywatny, osobiste miejsce. Nawet jeśli to wynajmowane maleńkie mieszkanko.



Cytat:Całe mieszkanie żre więcej kasy, ale i więcej czasu(!), bo samemu trzeba koło tego robić i nawet gęby nie ma do kogo otworzyć.


Więcej kasy, ale jeśli kogoś nie stać na prywatny wynajem, może złożyć podanie w councilu o flat, bo samotnie domu nie dostanie. Councilowskie czynsze są trochę niższe, poza tym jeśli się pracuje i ma problem z zapłaceniem rachunków i opłaceniem podstawowych potrzeb, można się ubiegać o Working Tax Credit i Housing Benefit.
Oczywiście, to kwestia priorytetów. Jedni wolą prywatną przestrzeń, inni obcych, z którymi można pogadać. Zastanawiam się tylko, czy jest jakaś (czasowa? wiekowa?) granica, po przekroczeniu której już na pewno ma się dość braku domu.

Gawain

Cytat:Nie tylko. Piszę o każdym przypadku zbierania dużych kwot np. na mieszkanie czy dom.

Nie każdego będzie stać na kupno domu czy mieszkania. Nie ma nic złego w wynajmowaniu, przy czym powinno istnieć budownictwo socjalne w Polsce, oferujące niewielkie mieszkania na wynajem dla osób o niskich dochodach. Mieszkań tych nie powinno się kupować.
Znam z Polski kilka rodzin, które budowały domy. Oczywiście, dom w Polsce musi być wielki. Co najmniej dwa poziomy, milion metrów kwadratowych, balkony, drewniane podłogi itp. Życie tych rodzin wyglądało tak, że mężczyzna przez kilkanaście lat był zagranicą, odwiedzając rodzinę co któryś weekend i posyłając pieniądze. Rodzina zaś zaciskała pasa, oszczędzając na dom. Po kilku(nastu) latach powstawał dom wielki jak stodoła, rodzina była pęknięta (nie da się inaczej, jeśli latami para mieszka osobno), dzieci podrosły i zaczęły się usamodzielniać/ wyprowadzać i taka obca sobie para zostawała w dużym, pustym domu. Ale mieli dwieście metrów kwadratowych, włoskie płytki i drewniane podłogi.
A mogli mieszkać w niewielkim mieszkaniu, razem spędzać dzień po dniu, wyjeżdżać z dziećmi na wakacje i wycieczki.
No cóż, co dla kogo priorytetem.


Cytat:No niektórzy są w stanie srać do wiadra całe życie, folgować swoim zachciankom i mieszkać w melinie. Tyle tylko, że to po prostu patologiczny stan, w którym liczy się jedynie natychmiastowe zaspokajanie potrzeb. Ot, zwierzęta po prostu.


Jak zwykle nie przesadzasz, nie generalizujesz i nie obrażasz.
Jeśli zabraknie ci argumentów - nazwij mnie kłamczynią i napisz, że łżę.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości