Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 2
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Czy małżeństwo jest zawierane tylko po to aby płodzić i posiadać dzieci?
Roan Shiran napisał(a): KrosmategoKrasnala? Raczej nie. A Ty?

To jak z tym dowodem?

Czyli twierdzisz, że E. T. kłamie...
Ciekawe.

Nic z dowodem.
jeszcze się wyrabia.
Około 16 mam przyjść po odbiór.

Odpowiedz
Soul33 napisał(a): E.T.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksytymia

Dzięki. I dzięki r_s. Roan swego czasu nie potrafił się na to w swojej dumie zdobyć. Teraz prosi o dowód tamtych zajść, co albo wskazuje na bezczelność- bo rzecz dawno wylądowała w śmieciach i została skasowana jako zupełny offtop z tematu o ontologicznych zobowiązaniach fizyki (czy też o filozoficznych założeniach nauki)- albo naprawdę ma taką marną pamięć/wyparł z niej rzecz. Oczko Niczego nie zamierzam pozostałym dowodzić: kto pamięta, ten pamięta. A kto udaje, że zapomniał, bo tak mu wygodnie- i wypiera się przed resztą, bo dowodu nie będzie, więc pewnie mu ujdzie- ten mały. Po prostu mały, tyci, ciupinka. Nic. 

r_s
Cytat:Chcecie coś słodkiego po pojedynku? Mam galaretkę z porzeczkami i bitą smietaną.

Ja, ja chcę! Zawstydzony
Odpowiedz
idiota napisał(a):
Roan Shiran napisał(a): KrosmategoKrasnala? Raczej nie. A Ty?

To jak z tym dowodem?

Czyli twierdzisz, że E. T. kłamie...
Ciekawe.
Sam sobie odpowiadasz? A poza tym wszyscy zdrowi?
"O gustach się nie dyskutuje; a ja twierdzę, że całe życie to kłótnia o gusta." (Nietzsche F.)
Odpowiedz
Soul33 napisał(a): Dlatego trzeba promować takie związki, np. poprzez uznanie nierozerwalności małżeństwa.

W razie czego nierozerwalność małżeństwa to nie jest promocja takich związków a ich wymuszanie.

Poza tym mówimy tu o małżeństwie w ogóle czy małżeństwie chrześcijańskim? Bo co tam sobie chrześcijanie chcą od małżeństwa to mnie mało interesuje, natomiast to że próbują to narzucić innym to już inna para kaloszy.
Odpowiedz
Nierozerwalność małżeństw dotyczy jedynie związków sakramentalnych (w domyśle zawężono uogólnienie do katolickich). Uzasadniałam wyżej podstawę prawną. Zmuszanie niewierzących do ich zawierania dowodzi deficytów rozwojowych pisząc najmocniej jak się da. Ze strony Kościoła nie ma jednak ani zmuszania do zawierania tych związków, ani nierozerwalności jak strona niewierząca się rozmyśli i chce zerwać więzy małżeńskie (też o tym wspomniałam). Obawiam, że przemawiają przez Ciebie emocje, bo na pewno nie znajomość spraw. Przymuszanie kogoś do zawarcia takiego małżeństwa jest przeszkodą zrywającą.

Inną natomiast kwestią jest nierozerwalność, którą w pełni akceptują osoby niewierzące. To ich wybór i mają świadomość, że podejmują dojrzałą społecznie decyzję wynikającą z ich kodeksu moralnego. Podjąwszy ją jako ludzie odpowiedzialni uczynią wszystko, by tego małżeństwa nie zerwać.

W przypadku relatywizmu moralnego i moralności sytuacyjnej mamy zupełnie inny stosunek do instytucji małżeństwa. Jeśli jednak ktoś posiada taki kodeks etyczny dotyczy on tej właśnie osoby a nie wszystkich ludzi. To on umawia się na związek o takim a nie innym charakterze z inną osobą, ale nie narzuca swej wizji całemu światu.
Tu jednak wymaga się ostrożności od drugiej strony, bo może stać się jak w przykładzie...żona chcąc zatrzymać męża przy sobie sięga po argument najcięższej wagi. Ale obiecałeś mi, że mnie nie opuścisz aż do śmierci! Mąż na to- kobieto!, to było cztery lata temu. Ona poniesie jednak konsekwencje tego, że wcześniej nie przyjęła do wiadomości systemu wartości mężczyzny. Jeden ze znanych dziennikarzy P.N. opowiadał zgodził się na ślub kościelny, ale zaznaczył przed jego zawarciem, że będzie z tą kobietą tak długo jak długo będzie mu dobrze. Małżeństwo rozleciało się po czasie zauroczenia.
Odpowiedz
r_s napisał(a): Nierozerwalność małżeństw dotyczy jedynie związków sakramentalnych (w domyśle zawężono uogólnienie do katolickich). Uzasadniałam wyżej podstawę prawną. Zmuszanie niewierzących do ich zawierania dowodzi deficytów rozwojowych pisząc najmocniej jak się da.  

A to niech sobie tam wierzący robią co chcą ze swoimi małżeństwami. Po prostu myślałem ze rozmawiamy ogólnie o małżeństwach.

r_s napisał(a): Ze strony Kościoła nie ma jednak ani zmuszania do zawierania tych związków, ani nierozerwalności jak strona niewierząca się rozmyśli i chce zerwać więzy małżeńskie (też o tym wspomniałam). Obawiam, że przemawiają przez Ciebie emocje, bo na pewno nie znajomość spraw. Przymuszanie kogoś do zawarcia takiego małżeństwa jest przeszkodą zrywającą.

z tymi przemawiającymi emocjami to do mnie? po co taki komentarz? a nawet jak się nie znam to co? można wytłumaczyć po prostu

r_s napisał(a): Inną natomiast kwestią jest nierozerwalność, którą w pełni akceptują osoby niewierzące. To ich wybór i mają świadomość, że podejmują dojrzałą społecznie decyzję wynikającą z ich kodeksu moralnego. Podjąwszy ją jako ludzie odpowiedzialni uczynią wszystko, by tego małżeństwa nie zerwać.

Uczynienie wszystkiego aby małżeństwa nie zerwać =/= nigdy nie zaistnieje sytuacja kiedy małżeństwo należałoby zerwać

r_s napisał(a): W przypadku relatywizmu moralnego i moralności sytuacyjnej mamy zupełnie inny stosunek do instytucji małżeństwa. Jeśli jednak ktoś posiada taki kodeks etyczny dotyczy on tej właśnie osoby a nie wszystkich ludzi. To on umawia się na związek o takim a nie innym charakterze z inną osobą, ale nie narzuca swej wizji całemu światu.
Tu jednak wymaga się ostrożności od drugiej strony, bo może stać się jak w przykładzie...żona chcąc zatrzymać męża przy sobie sięga po argument najcięższej wagi. Ale obiecałeś mi, że mnie nie opuścisz aż do śmierci! Mąż na to- kobieto!, to było cztery lata temu. Ona poniesie jednak konsekwencje tego, że wcześniej nie przyjęła do wiadomości systemu wartości mężczyzny. Jeden ze znanych dziennikarzy P.N. opowiadał zgodził się na ślub kościelny, ale zaznaczył przed jego zawarciem, że będzie z tą kobietą tak długo jak długo będzie mu dobrze. Małżeństwo rozleciało się po czasie zauroczenia.

Małżeństwo to poważna sprawa, jasne że należy o nie dbać i walczyć. Ale jeśli wziąłbym ślub z dziewczyną która mniej lub bardziej świadomie ukryła przede mną jakąś chorobę psychiczną w której wyniki potem mi wymorduje rodzinę na przykład to będę miał wtedy gdzieś przysięgi małżeńskie choćbym jej obiecywał związek do końca świata.

Kurde, pamiętajmy o tym ze to gradient sytuacji a nie żadna czerń i biel.
Odpowiedz
Co do choroby psychicznej. Może być przyczyną uznania nieważności.
Orzeczenie sądu biskupiego ma charakter deklaracji stanu świadomości sądu, nie zaś stwierdzenie faktu (ten jest znany Panu Bogu) co do rzeczywistego rezultatu. Gdy sąd biskupi wyda deklarację, iż X i Y nie byli nigdy małżeństwem, nie jest to żadnym usprawiedliwieniem ewentualnej złej woli ludzi czy unieważnieniem sądu ich sumienia.
Istnieją trzy źródła nieważności małżeństwa kanonicznego (KPK 1073-1108)
1. przeszkoda zrywająca; 2. wadliwie wyrażona zgoda małżeńska; 3. brak formy kanonicznej
http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TA/...ie_05.html
Odpowiedz
r_s napisał(a): Co do choroby psychicznej. Może być przyczyną uznania nieważności.

Miałem zastosować hiperbolę ale chyba przesadziłem, nie tylko choroby psychiczne mogą zniszczyć małżeństwo, skrajne różne poglądy mogą doprowadzić do wzajemnej niechęci na przykład. I wiele innych przyczyn może być. Mam w swojej przeszłości kilka ex z którymi do żadnego małżeństwa nie doszło i jestem bardzo z tego zadowolony bo to byłaby tragedia. Ale chwili trzeba było żeby to odkryć bo początki były przyjemne.

r_s napisał(a): Orzeczenie sądu biskupiego ma charakter deklaracji stanu świadomości sądu, nie zaś stwierdzenie faktu (ten jest znany Panu Bogu) co do rzeczywistego rezultatu. Gdy sąd biskupi wyda deklarację, iż X i Y nie byli nigdy małżeństwem, nie jest to żadnym usprawiedliwieniem ewentualnej złej woli ludzi czy unieważnieniem sądu ich sumienia.
Istnieją trzy źródła nieważności małżeństwa kanonicznego (KPK 1073-1108)
1. przeszkoda zrywająca; 2. wadliwie wyrażona zgoda małżeńska; 3. brak formy kanonicznej
http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TA/...ie_05.html

To że wierzący uznają że małżeństwo jest niezrywalne a potem wymyślają metody żeby jednak je zerwać i udawać że nie zrywają tylko małżeństwa nigdy nie było w ogóle mnie nie obchodzi. Dopóki oczywiście mi jako niewierzącemu nie ograniczają dostępu do świeckiego małżeństwa i ewentualnego rozwodu (którego bym nie planował, podobnie jak eutanazji się nie planuje za młodu)
Odpowiedz
Nie wiem o co dokładnie chodzi z tymi ex. Po zauroczeniu, kiedy zawieszamy osąd osoby będącej obiektem zauroczenia wraca zdrowy rozsądek. I chodzi o przeczekanie tego okresu. Zauroczonemu prawie nic nie wciśniesz.
Prosił mnie kiedyś kolega, by mu pomóc. To była rozmowa jak z neurotykiem, który wciska adwersarzowi mechanizmy obronne i wkracza się w błędne koło. Kolega przyjmowal wszelką krytykę dotyczą tamtej osoby, ale pięknie mi tłumaczył, że to każdy ma wady a te wady on potrafi zaakceptować. Jest bardzo inteligentny, do tego na nieszczęście ma rozeznanie w spychologii (pfff psychologii) i to wszystko odwracał na swoją korzyść. Łączył ich seks, więc doszedł jeszcze jeden czynnik zniewalający myślenie. On oczywiście wiedział, że to zauroczenie, ale posiadł zdolności racjonalnego myślenia (tak mi tłumaczył) i mimo zauroczenia był przekonany, że myśli wlaściwie. Prosił mnie, bym mu wybiła tę dziewczynę z głowy. Prosiłam, by dał sobie czas. Pomogło. Ona pomogła, bo go rzuciła dla innego. Jeszcze chcial walczyć, bo ona na pewno zrozumie, że tamten nic niewart.

Mój brat po kilku porażkach nauczył się ostrożności, ale zakochany wisi mi na telefonie. Zawsze trafia się mu ideał, jakiego dotąd nie spotkał. Znów się zakochuje...dobrze, że ma nielimitowane rozmowy. On gaduła, ja dobry słuchacz. Jestem inna w realu, tu tyle gadam, tam raczej słucham.
Odpowiedz
r_s napisał(a): Nie wiem o co dokładnie chodzi z tymi ex. Po zauroczeniu, kiedy zawieszamy osąd osoby będącej obiektem zauroczenia wraca zdrowy rozsądek. I chodzi o przeczekanie tego okresu. Zauroczonemu prawie nic nie wciśniesz.

To był taki przykład po prostu, niektóre przypadki szły w latach, mam zresztą znajomych którzy byli razem 7 lat i się rozpadli bo nie mogli się dogadać, teraz każde jest szczęśliwe z kimś innym. Dla mnie wymuszona nierozerwalność małżeństwa to jakiś chory wymysł który rodzi nowe problemy tam gdzie ich nie ma. Ludzie są nieszczęśliwi razem i już nie wiedzą na jakie kompromisy mogą pójść? To czas się rozejść, a nie zaciskać zęby bo ktoś tam ma wizję że to nieładnie.

r_s napisał(a): Prosił mnie kiedyś kolega, by mu pomóc. To była rozmowa jak z neurotykiem, który wciska adwersarzowi mechanizmy obronne i wkracza się w błędne koło. Kolega przyjmowal wszelką krytykę dotyczą tamtej osoby, ale pięknie mi tłumaczył, że to każdy ma wady a te wady on potrafi zaakceptować. Jest bardzo inteligentny, do tego na nieszczęście ma rozeznanie w spychologii (pfff psychologii) i to wszystko odwracał na swoją korzyść. Łączył ich seks, więc doszedł jeszcze jeden czynnik zniewalający myślenie. On oczywiście wiedział, że to zauroczenie, ale posiadł zdolności racjonalnego myślenia (tak mi tłumaczył) i mimo zauroczenia był przekonany, że myśli wlaściwie. Prosił mnie, bym mu wybiła tę dziewczynę z głowy. Prosiłam, by dał sobie czas. Pomogło. Ona pomogła, bo go rzuciła dla innego. Jeszcze chcial walczyć, bo ona na pewno zrozumie, że tamten nic niewart.

Mój brat po kilku porażkach nauczył się ostrożności, ale zakochany wisi mi na telefonie. Zawsze trafia się mu ideał, jakiego dotąd nie spotkał. Znów się zakochuje...dobrze, że ma nielimitowane rozmowy. On gaduła, ja dobry słuchacz. Jestem inna w realu, tu tyle gadam, tam raczej słucham.

A tam, takie gadanie po fakcie. Pewnie jakby im wyszło to byś mówiła że miłość, a jak nie wyszło to mówisz że zauroczenie. Kochałem w przeszłości i planowałem być z tą czy z tamtą, ale związek musi przejść pewną próbę czasu, bo niektóre rzeczy nie wychodzą od razu, dopiero po roku/dwóch czasem widać że coś przeszkadza. Ba, to co się uważało za zaletę na wstępie może potem okazać się wadą. I po to jest miedzy innymi zamieszkanie razem i seks zanim się będzie podejmować istotne decyzje na całe życie. bbb to nazwie przedmiotowym traktowaniem, ja to nazwę posiadaniem mózgu. Tym bardziej przy argumencie że życia się uczy w trakcie życia bo tym bardziej łatwo podjąć niewłaściwą decyzję. W sumie to zakaz rozwodu mi się bardziej kojarzy z przedmiotowym traktowaniem, tylko że z zewnątrz, przez tego co orzeka o zakazie rozwodu. "Jesteście nieszczęśliwi? A co mnie to obchodzi? Mnie interesuje idea a nie wy, macie się jej trzymać." Obrzydliwe.
Odpowiedz
Nie wierzę, że ludzie świetnie się dogadują siedem lat a potem to się kończy. Jedna lub obie strony grały swoje role. Jak zakończyli przedstawienie odsłonili się. A każde małżeństwo jest sztuką kompromisów, tyle, że powinny dotyczyć spraw drugorzędnych, dla obu stron równoorzędnych. Dlatego na początku zaznaczyłam, że buduje się na solidnym fundamencie.
Niektórzy ludzie chcą mieć pod kontrolą wszystkie emocje, boją się je uzewnętrzniać. Druga strona nie ma więc informacji zwrotnej o tym, że coś jest nie tak. A kobieta i mężczyzna myślą innymi kodami językowymi. Gromadzą się urazy latami, potem człowiek wpada w gniew z powodu drobiazgów. Podskórnie idzie o całkiem coś innego. Ludzie , którzy się gniewają , ale potrafią przebaczać, na bieżąco uzyskują wiedzę o tym co drugiemu leży na wątrobie. Teraz tylko trochę wysiłku, by rozebrać mur niechęci. Gniewajcie się, ale nie grzeszcie mówi Pś. Gniew oznacza tu pasję, w którą człowiek wpada. Nie należy doprowadzać do grzechu, czyli pozostawanie w stanie niezgody 'ja mu jeszcze pokażę'. Człowiek boi się, że przebaczenie drugiemu oznacza przyznanie się do słabości. A to nieprawda.


Po to, żeby poznać drugiego człowieka należy go sprowokować do tego, by się odsłonił, bardzo szybko masz informację.
Możesz też cichutko obserwować, ale tak, że tamta osoba nie ma tego świadomości. Taką sytuacją masz kiedy jest grono koleżeńskie i poznajesz człowieka w różnych sytuacjach bez angażowania uczuć damsko- męskich.
Mieszkanie razem nic nie daje. Komuś może zależeć na tym związku, na związku, nie osobie. Będzie grał. Ta gra trwała w przypadku moich znajomych dziesięć lat szczęśliwego konkubinatu. Po dwóch latach od zawarcia sakramentalnego małżeństwa rozeszli się z powodu niezgodności charakterów.

A poza tym - uważam, że należy szukać człowieka, który ma w sobie dużo radości i fantazji dziecięcej. Potrafi cieszyć się chwilą i drobiazgami. Tacy ludzie są wbrew pozorom bardzo uważni, dostrzegają, że coś jest nie w porzadku, że się wygłupili. Człowiek skupiony na powinnościach nie dostrzeże, że krzywdzi kogoś, ma wdrukowane sztywne normy, jest powierzchowny i raczej mało myśli.
Kiedy mojemu bratu (wówczas niewierzącemu) zaczęła dziewczyna opowiadać dużo o Bogu i wciąż powtarzać, że to, czy tamto się Bogu podoba lub nie i ona dlatego postąpi tak a nie inaczej, on wiedziony instynktem zapytał mnie, czy tak postępują wierzący. Zapytał mnie, czy ona może zmusić go do wiary i ślubu kościelnego. Zapaliła się mu czerwona lampka.
Dobrze jest mieć przy sobie kogoś trzeźwego komu się ufa. Nie chodzi o to, że ktoś jest niesamodzielny. Samodzielność nie oznacza samowystarczalności.
Odpowiedz
r_s napisał(a): Nie wierzę, że ludzie świetnie się dogadują siedem lat a potem to się kończy.

A ktoś powiedział że się dogadywali? Gdyby się świetnie dogadywali 7 lat to by się nie skończyło, albo skończyło po 14 latach. Problemy oczywiście były, gdyby jednak wzięli ślub po 3 latach na przykład (kiedy te problemy nie wydawały się istotne) to w tym siódmym roku mieliby poważny problem gdyby mieli utrzymywać nierozerwalność małżeństwa

r_s napisał(a): Jedna lub obie strony grały swoje role. Jak zakończyli przedstawienie odsłonili się. A każde małżeństwo jest sztuką kompromisów, tyle, że powinny dotyczyć spraw drugorzędnych, dla obu stron równoorzędnych. Dlatego na początku zaznaczyłam, że buduje się na solidnym fundamencie.

Chcecie unikać seksu przed ślubem i mieszkania razem, nie pozwalacie "przetestować fundamentów" bo to nieludzkie, wymagacie magicznego wywróżenia że fundament jest solidny bez testowania a potem trzymania się błędnej decyzji podjętej przy nieodpowiedniej ilości danych. Moim zdaniem próbujecie zaprzeczyć rzeczywistości. Ludzie czasem się nie dogadują i lepiej żeby się rozstali.

Bo zakładam że jeśli ktoś zaślepiony uczuciem popełni błąd (święcie wierząc w to że go nie popełnia) i fundament nie będzie solidny to i tak byście stali z kijem nad nim mówiąc "obiecałeś to teraz płacz". Jeśli tak to nie mamy o czym gadać, jeśli nie to o czym w ogóle gadamy.

r_s napisał(a): Niektórzy ludzie chcą mieć pod kontrolą wszystkie emocje, boją się je uzewnętrzniać. Druga strona nie ma więc informacji zwrotnej o tym, że coś jest nie tak. A kobieta i mężczyzna myślą innymi kodami językowymi. Gromadzą się urazy latami, potem człowiek wpada w gniew z powodu drobiazgów. Podskórnie idzie o całkiem coś innego. Ludzie , którzy się gniewają , ale potrafią przebaczać, na bieżąco uzyskują wiedzę o tym co drugiemu leży na wątrobie. Teraz tylko trochę wysiłku, by rozebrać mur niechęci. Gniewajcie się, ale nie grzeszcie mówi Pś. Gniew oznacza tu pasję, w którą człowiek wpada. Nie należy doprowadzać do grzechu, czyli pozostawanie w stanie niezgody 'ja mu jeszcze pokażę'.  Człowiek boi się, że przebaczenie drugiemu oznacza przyznanie się do słabości. A to nieprawda.

religijne wywody mnie nic nie interesują, chrześcijanie niech sobie robią w swoich małżeństwach co tam chcą. Ja mówię o małżeństwie świeckim, albo o małżeństwie w ogóle.

r_s napisał(a): Po to, żeby poznać drugiego człowieka należy go sprowokować do tego, by się odsłonił, bardzo szybko masz informację.
Możesz też cichutko obserwować, ale tak, że tamta osoba nie ma tego świadomości. Taką sytuacją masz kiedy jest grono koleżeńskie i poznajesz człowieka w różnych sytuacjach bez angażowania uczuć damsko- męskich.

kolejne wywody które mają mało wspólnego z tematem

r_s napisał(a): Mieszkanie razem nic nie daje.

Nie daje gwarancji ale to nie jest tak że nic nie daje. Mieszkanie razem pokazuje, uwaga, jak to jest mieszkać razem. Podział obowiązków, przyzwyczajenia, rutyna, sposób spędzania czasu samemu ze sobą kiedy druga osoba jest w tle a nie na pierwszym planie. To są dodatkowe informacje o człowieku i o związku. Wychodzą różne rzeczy na wierzch.

r_s napisał(a): Komuś może zależeć na tym związku, na związku, nie osobie. Będzie grał. Ta gra trwała w przypadku moich znajomych dziesięć lat szczęśliwego konkubinatu. Po dwóch latach od zawarcia sakramentalnego małżeństwa rozeszli się z powodu niezgodności charakterów.

To ryzyko że druga strona udaje jest tylko kolejnym argumentem za rozwodem. Wy znowu byście stali z kijem "udawała kogoś innego? teraz jest okropnie? no cóż, co nas to obchodzi? shit happens, teraz płacz"
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości