Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Batmany Nolana
#1
Trafiłem dzisiaj w swoim komputerze na tekst o nolanowych batmanach który kiedyś tam napisałem. Okazało się że nie jest to takie złe, więc po kilku zmianach (obejrzałem interstellar :p) postanowiłem się tym podzielić. Tekst raczej chaotyczny, ale myślę że da się czytać.

Ok. Start.

Czym różni się dark knight rises od poprzednich części nolanowej trylogii? W batman begins i dark knight zamaskowany i niezamaskowany Bruce Wayne walczy z ludźmi gotowymi unicestwić Gotham (które w filmach, czego nie trzeba tłumaczyć, uosabia tzw. zachodnią cywilizację) - ligą cieni i Jokerem. Co prawda korupcja i zepsucie panujące w Gotham na każdym szczeblu drabiny społecznej jest wyraźnie ukazane, światopogląd Bruca Wayna (i intencja Christophera Nolana) nie pozwalają jednak się załamywać, ani tym bardziej sięgać po środki i metody Ra’s al Ghula czy Jokera. W batman begins Bruce Wayne wierzy w postęp, i w to, że zgniłe dusze i upadające instytucje "good little people of Gotham" da się uratować. Ra's al Ghul i Liga Cieni maja inne zdanie: to co upada, trzeba jeszcze popchnąć, i zacząć od początku (proszę to porównac do intencji profesora Branda i dr Manna z innego filmu Nolana - interstellar; oni również postawili na "tworzenie od nowa" zamiast pomaganie temu co umierało) . Mamy tutaj zatem starcie światopoglądów. Postępowemu i optymistycznemu postrzeganiu historii przez Batmana Liga Cieni przeciwstawia raczej pesymistyczny i niepostępowy pogląd, z którym mogliśmy się spotkać np. u Hezjoda. Historia to pasmo kolejnych degeneracji, nie wschodzenie, ale powolny upadek, od złotego wieku do żelaznego, czyli obecnego. Pocieszające w tej wizji jest to, że dzieje się to cyklicznie: po ostatniej epoce, najgorszym zezwierzęceniu, następuje odnowienie, nowy zloty wiek, i wszystko znowu się powtarza. Zadaniem Ligi Cieni jest zadawanie "ciosu miłosierdzia" gnijącym cywilizacjom, co tłumaczy Waynowi Ducard/Ra's al Ghul. Bruce jednak, będący tutaj rzecznikiem liberalnej, humanistycznej, i postępowej cywilizacji, odmawia przyjęcia tego punktu widzenia. Kiedy przyprowadzają przed jego oblicze mordercę, którego ma stracić podczas swojej inicjacji w Lidze, Wayne odmawia - żadnych kar śmierci, żadnego zabijania, każdy ma mieć szansę, nawet najgorszego obejmują prawa człowieka, nawet najgorszy może się odmienić. Batman mówi głosem naszej obecnej cywilizacji. W Dark Knight Rises, kiedy wraz z Seliną Kyle (Catwoman) walczy na dachu budynku z najemnikami Bane'a, wytrąca Selinie broń z ręki ze słowami "no guns, no killing". To pierwsza fundamentalna opozycja ukazana w trylogii: progresywizm (Bruce Wayne/Batman) vs. tradycjonalizm (Ra's al Ghul/Liga Cieni).

Dark Knight, czyli druga część trylogii, ukazuje nam kolejne starcie światopoglądów. Tym razem przeciwnikiem batmana jest, co tu dużo mówić - nadczłowiek wcielony w postać Jokera. Nim jednak ktoś to "poprawnie" skomentuje rzucając coś w stylu "to nam ukazuje kim są ubermensche: mordercy i szaleńcy", należy tutaj wziąć drobną poprawkę. Pamiętajmy że mamy do czynienia z kinem hollywoodzkim, ktore siłą rzeczy musi wyrażać, przynajmniej powierzchownie, "jedyny słuszny punkt widzenia" współczesnego zachodniego świata i jego "wolnych" społeczeństw-maszynek do mięsa w których nie ma miejsca dla wolnych ludzi. Wszystko inne, zwłaszcza to, co mogłoby rywalizować z tym "jedynym słusznym punktem widzenia", musi zostać włożone w usta socjopatycznych potworów, szaleńców, morderców, jednym słowem ludzi do których raczej nie pałamy sympatią. Jedynymi więc którzy w kinie hollywoodzkim krytykują zachodni świat bądź reprezentują inne wartości i światopoglądy, są psychole, mordercy, czy naziści, jak w american history x, taxi driver, gorączce z Douglasem, itp. Mając to na uwadze, możemy wrócić do tematu. Joker jako ubermensch. Joker jest człowiekiem który przezwycięzył swoją przeszłość. Z jednej strony udało mu się to, o czym marzy Selina Kyle/Catwoman w Dark Knight Rises - nie ma go w żadnej bazie danych, nikt niczego o nim nie wie, tak jakby urodził się wczoraj. Kiedy ucieka, ani policja ani batman nie maja niczego by za nim podążyć, niczego prócz jego własnych wskazówek. Z drugiej strony udało mu się przezwycięzyć własną przeszłość w sensie psychologicznym. Kiedy opowiada o bliznach na swojej twarzy, za każdym razem opowiada inna historię. Dla Bruca Wayna, Seliny Kyle, czy jakiegokolwiek innego człowieka, przeszłość daje o sobie znać, jest bolesna, jest balastem, jest w jakiś sposób znacząca. Dla Jokera to igraszka, coś czego już nie ma, bądź co można konstruować na poczekaniu.

Kolejną ciekawą cechą Jokera jest to, ze nie jest on do niczego przywiązany, nawet do własnego życia. Jego egzystencja to wyzywanie losu - jedyną akceptowalną stawką jest jego własne życie. Wszystko albo nic. "Hit me, hit me, come on, I want you to hit me" powtarza Joker stojąc naprzeciw rozpędzonego na motocyklu Batmana. O włos od nic nie znaczącej śmierci, ale tego wymaga gra. Batmanowi gotowemu oddać życie za swoja sprawę ideały wyparowują z głowy w momencie kiedy zagrożone jest życie jego ukochanej. To jego słabość - jest jednocześnie Batmanem i Brucem Waynem. Misja wymaga poświęcenia swojej starej tożsamości: albo Batman albo Bruce Wayne. Kiedy w szale tłucze Jokera na komisariacie chcąc wydobyć z niego informacje, Joker tylko się śmieje "You have nothing, nothing to threaten me with. Nothing to do with all your strength", pokazując przewagę jaka ma nad Waynem. To naprawdę człowiek którego można się bać. Kiedy w końcu Batman dowiaduje się gdzie trzymana jest Rachel Dawes i Harvey Dent, kieruje się nie ideałami, nie dobrem Gotham, ale swoim własnym zakochanym sercem. Innymi słowy to nie Batman wybiera ale Bruce Wayne, zwykły człowiek. Oczywiście Joker robi mu psikusa, i wybór okazuje się być tragiczny (w interstellar - podczas wybierania pomiędzy planetą Manna a Edmundsa - zaakcentowano jednak że wybór głosu serca jest właściwszy od surowych danych), nie zmienia to jednak faktu, że na obliczu Batmana pojawiły się znaczące rysy, rysy których nie znajdujemy na obliczu Jokera, bez względu na to jak bardzo to oblicze zostało zobrzydzone w filmie. Nie trzeba dodawać że pieniądze też nie ruszają Jokera. To nie Raskolnikow który rozłupuje zgniłą czaszkę kapitalizmu uważając że sam lepiej spożytkuje bogactwa, ani maniakalny narcyz Howard Roark - to ubermensch palący na proch wszystko co "ludzkie, arcyludzkie". To jednak nie wszystko. Przypomnijmy słowa Jokera skierowane do Harveya Denta:

"Do I really look like a guy with a plan? You know what I am? I’m a dog chasing cars. I wouldn’t know what to do with one if I caught it. You know, I just . . . do things. The mob has plans, the cops have plans . . . . You know, they’re schemers. Schemers trying to control their little worlds. I’m not a schemer. I try to show the schemers how pathetic their attempts to control things really are. . . . It’s the schemers that put you where you are. You were a schemer, you had plans, and look where that got you. I just did what I do best. I took your little plan and I turned it on itself. Look what I did to this city with a few drums of gas and a couple of bullets. Hmmm? You know . . . You know what I’ve noticed? Nobody panics when things go “according to plan.” Even if the plan is horrifying! If, tomorrow, I tell the press that, like, a gang banger will get shot, or a truckload of soldiers will be blown up, nobody panics, because it’s all “part of the plan.” But when I say that one little old mayor will die, well then everyone loses their minds! Introduce a little anarchy. Upset the established order, and everything becomes chaos. I’m an agent of chaos. Oh, and you know the thing about chaos? It’s fair!"

Przypomnijmy w tym momencie słowa nietzscheańskiego Zaratustry w których przedstawia ostatnią przemianę ducha, i jedną z myśli tajemniczego Heraklita:

"Niewinnością jest dziecko i zapomnieniem, rozpoczynaniem od nowa, zabawą, kołem, które się toczy samo z siebie, pierwszym poruszeniem, mówieniem świętego TAK".

"Życie jest dzieckiem rzucającym kości: dziecięce to królestwo".

I jak na agenta "dziecka rzucającego kości" - czyli chaosu - przystało, Joker pozwala by o jego losie zadecydował rzut monetą Denta (tym razem moneta rzeczywiście decydowała o czym wie kazdy kto oglądał film). Z za całego nihilizmu i anachii Jokera prześwituje najwyższa afirmacja życia, życia pozbawionego wszelkich ram (heideggerowskiego Gestell); amor fati - nihilistyczne przezwyciężenie nihilizmu. Marny robak, marność nad marnościami, pascalowe źdźbło trawy miażdżone przez ślepy wszechświat, nie przestając się śmiać powtarza "it's fair!". Ubermensch

Next!

Dark Knight Rises. Na początku zapytałem czym różni się ostatnia część trylogii od wcześniejszych. W poprzednich częściach Batman był niejako rzecznikiem bełkotliwych ideii naszego wieku, kierowała nim wiara w człowieczeństwo, "good little people of Gotham" mieli mieć zawsze szansę (batman begins) lub też w sytuacji kryzysowej mieli wykazywać się odpowiedzialnością i człowieczeństwem którego nie złamała wola cynicznego "ciemnego charakteru" (dark knight). Kiedy jednak uparta rzeczywistość nie chciała się zgadzać z filmowym idealizmem, a masy rozwścieczonych "good little people of America" wyszły na ulice tworząc Occupy Movement, wiara w lud na powrót zastąpiona została wiarą w siły policyjne.

To nawet zabawne: w Batman Begins, kiedy Wayne odmawia przed Ligą Cieni dokonania egzekucji na mordercy, Ra's al Ghul pyta go czy wolałby w zamian by zepsuci biurokraci przeprowadzili sąd. Wayne nie odpowiada. W Dark Knight Rises okazuje sie że sam Batman i komisarz Gordon nie są wcale lepsi od tego całego zepsucia: względny i obłudny spokój w Gotham utrzymywany jest nie dzięki sprawiedliwości, ale dzięki kłamstwu. Ponad to, choć na osiem lat dzieki ustawie Denta pozbyto się zorganizowanej przestępczości, to elity Gotham pozostały równie zgniłe i dekadenckie jak były. Nikt niczego się nie nauczył, a bohaterowie poprzednich części trylogii, Bruce Wayne i komisarz Gordon wszystko stracili.

Przeskoczmy trochę. Celem pierwszego publicznego ataku w którym Bane bierze udział jest giełda; drugi to stadion podczas meczu futbolowego. Znaczące miejsca. To "chleb" i "igrzyska" prymitywnego amerykańskiego społeczeństwa. Zaraz po tym, Bane pojawia się przed bramą więzienia Blackgate, gdzie obnaża prawdę o Harveyu Dencie. Kolejne znaczące posunięcie. Bane atakuje wszystko to, co naprawdę jest fundamentem amerykańskiego społeczeństwa (w przeciwieństwie do banałów Batmana z poprzednich części, od których Christopher Nolan wycofuje się rakiem). Bez chleba, bez igrzysk, bez kłamstw, i w końcu bez sił więzienno-policyjnych, Bane oddaje Gotham ludowi, realizując w praktyce brednie którymi Wayne kierował się w całej swojej karierze batmana. "Good little people of Gotham" zamieniają się w zwykły motłoch. Jedynym co może uratować Gotham, to policja uwięziona kanałach. Gdzie podziała się wiara w człowieka, w jego możliwość odróżniania dobra od zła, i reszta tego światopoglądu?

Mamy zatem nie dwa, ale trzy potencjalne rozwiązania: Liga Cieni utrzymuje że to co gnije, trzeba dobić, jej stanowisko jest proste i surowe; idealizm Wayne z poprzednich części każe wierzyć w człowieka, w jego ozdrowienie, zdrowy rozsądek, postęp itp.; w trzeciej części pojawia się jeszcze inne rozwiązanie, nowoczesne - fake heros (kłamstwo jako podstawa porządku obywatelskiego), makiaweliczne "nagradzanie i karanie" (chleb, igrzyska, i więzienie), policja jako podstawa porządku (państwo policyjne), no i w końcu "lud" nie musi być wolny, wystarczy że będzie wierzył że jest.

Choć bezmózgowi amerykańscy "konserwatyści" masturbowali się nad tym filmem widząc w nim A Tale of Two Cities Dickernsa, Rewolucję Francuską, Bane'a jako leninistyczno-marskisto-faszystowskiego Robespierra (zapominając ze to ci zrewoltowani Francuzi podarowali im symbol amerykańskiej wolności - stalową boginkę stojąca w nowojorskim porcie) bądź też Bane'a jako liberała atakującego Republikanów, apologię Hitlera, atak na komunistyczno-faszystowskiego rasistę Obamę atakującego czarnych (lol, LOL), Batmana jako rycerza "tradycyjnego kapitalizmu" bądź też Batmana jako faszystowskiego bohatera, miłość Nolana do ludu amerykańskiego (hahaha) i wiele innych rzeczy "niezwykle ważnych i ciekawych" w Ameryce, to wydaje mi się ze te ich sugestie nie wnoszą jednak niczego istotnego.

Kim jest Bane? Oczywiście filmowy Bane różni się na tyle od komiksowego pierwowzoru, że wyjaśnianie pierwszego za pomocą drugiego byłoby bardzo nietrafne, nie będę więc tego tutaj stosował. Bane, będący tak naprawdę siłą napędową Dark Knight Rises, bardzo kojarzy mi się z inną filmowa postacią: Travisem Bickle z Taxi Driver. Bane jest jedynym który w mrocznej czeluści azjatyckiego więzienia rozpoznaje niewinność dziecka, chroni je, nawet za cenę straszliwego losu jaki zgotowali mu współwięźniowie, podobnie jak Travis Bickle, który jako jedyny chce wyciągnąć dwunastoletnią prostytutkę graną przez Judy Foster z mrocznego i patologicznego piekła na którego istnienie pozwalały "wartości" amerykańskich "konserwatystów" i liberałów, równie zepsutych jak elity w Gotham, mających za to gęby wypełnione banałami o amerykańskim śnie i stylu życia. Oczywiście i oni, w postaci polityka którego chce zgładzić Travis, są na celowniku mściciela. Bane wychował się w mroku straszliwego więzienia, Travis poznał bardzo dobrze mrok miasta, i oboje chcieli z tego wszechpożerającego mroku, nikczemności, i najgłębszego zepsucia uratować coś pięknego i niewinnego. Zepsucie jednak jest gigantyczne, a możliwości jednego człowieka ograniczone. Wyrywanie pojedynczych istnień z paszczy tego zepsucia, to syzyfowa robota. Batman wybrał los Syzyfa - Bane natomiast to czterej jeźdźcy apokalipsy w jednej osobie. Bane nie pojawił się po to, by ratować z mroku garstkę niewinnych, tylko po to, by zgładzić zepsucie - wypełnia wszak wolę Ra's al Ghula, i realizuje wyrok jaki zapadł na Gotham, jak niegdyś na Sodomę i Gomorę.

Można wręcz powiedzieć ze ideowo Batman i Bane stoją po tej samej stronie, a tym co ich różni, to metoda rozwiązania problemu. Nawet podświadomie Bruce Wayne wie że Gotham to czarna dziura, co obrazuje scena w której pojawia się przed nim widmo Ra's al Ghula, będące wytworem jego umysłu. Oczywiście, będzie ratował Gotham, jednak nie będzie to powodowane wiarą w "good little people of Gotham" tylko pragnieniem zatrzymania ich fizycznej likwidacji. Czarna dziura Gotham wciąga ludzi, a wypluwa skorupy, i ten los nie ominął Wayna. Na początku widzimy go zniszczonego zarówno psychicznie, jak i fizycznie. W trakcie filmu obserwujemy jak heroicznie zbiera się w sobie, mobilizuje do kolejnej walki, powodowany jednak pragnieniem śmierci, co wytyka mu Alfred (wiarę w swoją sprawę prezentuje natomiast Bane, co również wskazuje Alfred), na końcu zaś filmu widzimy Wayna i Selinę Kyle we florenckiej restauracji. Chociaż ratuje życie mieszkańców Gotham, to nie jest już w stanie żyć z nimi dłużej, ani jako Bruce Wayne, ani jako Batman. Dostrzegam w tym pewną ambiwalencję. Chociaż Batman do końca nie zgadza się na metodę Ligi Cieni, to jednak widzi teraz mieszkańców Gotham tak, jak widział ich Ra's al Ghul. W poprzednich częściach punkt widzenia Wayna był dużo prostszy: z jednej strony byli przestępcy "zabijający dla pieniędzy", skorumpowani policjanci, słaba władza, a z drugiej strony "good little people of Gotham". W Dark Knight Rises ta perspektywa się komplikuje. Najpierw Nolan pokazuje nam że elita jest zasadniczo zgniła: to zadufani, schlebiający sobie niewdzięcznicy, kierowani namiętnościami które nie różnią ich od pospólstwa, zapatrzeni w stworzone przez nich ku ich własnemu samozadowoleniu wizerunki samych siebie. Bruce Wayne także gardzi tą "elitą". Następnie pokazane zostaje że dzięki "rewolucji" Bane'a "good little people of Gotham" dostają wolna rękę, lecz zamiast libertariańskich aksjomatów czy socjalistycznego braterstwa, widzimy zmarniałe społeczeństwo i bezustanne wyroki sądu któremu przewodzi Dr. Jonathan Crane, szaleniec i zbrodniarz. I tutaj pojawia się najciekawsza i najbardziej posępna propozycja Nolana: kapitalizm potrzebuje "atlasa NIE zbuntowanego", bohatera, który na swoich barkach będzie zdolny unosić cały brud zapadającego się w sobie społeczeństwa. Tam gdzie wszelkie instytucje zawodzą albo przestają istnieć, tam koniecznie potrzebny jest symbol, i stojący za nim człowiek, ktoś, kto wbrew woli ogółu będzie zdolny podejmować decyzje, nawet jeżeli te decyzje zniszczą jego samego.

Jeszcze kilka słów o "rewolucji" Bane'a. Gdyby amerykańscy "konserwatyści" mieli choć trochę mózgu w swoich czaszkach, to zauważyliby być może że replika Rewolucji Francuskiej w wykonaniu Bane'a nie miała na celu "wyzwolenia" "good little people of Gotham", tylko ukazanie do czego oni będą zdolni, kiedy się ich "wyzwoli" i kiedy zabraknie policji. Typowy dla Amerykanów brak zaufania dla państwa, jego organów i decyzji który mogliśmy jeszcze obserwować w Mrocznym Rycerzu (skorumpowana policja i urzędnicy którym nie można było zaufać) tutaj odchodzi w zapomnienie - "wyzwolony" lud nie jest zdolny do niczego konstruktywnego, tylko policja może uratować sytuację gołymi pięściami walcząc z uzbrojonymi w karabiny bandziorami (LOL). Amerykański "ideał" mówiący że władza może się mylić bądź skorumpować, ale prosty lud zawsze ma rację i na nim się wszystko opiera, po Occupy Movement zostaje skompromitowany, a z za demagogicznie akcentowanej władzy "ludu" wyłaniają się oblicza szarych elit, które w sytuacji PRAWDZIWEGO poruszenia tegoż ludu zaczynają tylko tracić. Wtedy pojawia się nacisk żeby ci "good little people of America" jednak nie podnosili za wysoko swoich głów, a władze państwa nagle zaczynają odzyskiwać znaczenie. Przynajmniej do czasu aż sytuacja się uspokoi. To najjaskrawszy przykład obłudy stojącej za całą demokracją, ludowładztwem, motłochkracją czy jakbyśmy tego jeszcze nie nazwali - "good little people" maja rację tak długo, jak długo ta ich racja mieści się w ramach wyznaczonych przez tych, którzy maja prawdziwą władzę - ukrytych w cieniu elit. Dopóki tak się dzieje, "lud" może karcić rząd i modlić się do Boginki Wolności - kiedy jednak ten sam "lud" wychodzi na ulice pragnąc swoją rację zrealizować, wówczas propaganda ukazuje inne zupełnie oblicze, co widać właśnie w filmie Nolana.
Stalk the weak, crush their skulls, eat their hearts, and use their entrails to predict the future.
Odpowiedz
#2
Wilk napisał(a):Bane oddaje Gotham ludowi, realizując w praktyce brednie którymi Wayne kierował się w całej swojej karierze batmana. "Good little people of Gotham" zamieniają się w zwykły motłoch. Jedynym co może uratować Gotham, to policja uwięziona kanałach. Gdzie podziała się wiara w człowieka, w jego możliwość odróżniania dobra od zła, i reszta tego światopoglądu?

(...)

Następnie pokazane zostaje że dzięki "rewolucji" Bane'a "good little people of Gotham" dostają wolna rękę, lecz zamiast libertariańskich aksjomatów czy socjalistycznego braterstwa, widzimy zmarniałe społeczeństwo i bezustanne wyroki sądu któremu przewodzi Dr. Jonathan Crane, szaleniec i zbrodniarz. I tutaj pojawia się najciekawsza i najbardziej posępna propozycja Nolana: kapitalizm potrzebuje "atlasa NIE zbuntowanego", bohatera, który na swoich barkach będzie zdolny unosić cały brud zapadającego się w sobie społeczeństwa. Tam gdzie wszelkie instytucje zawodzą albo przestają istnieć, tam koniecznie potrzebny jest symbol, i stojący za nim człowiek, ktoś, kto wbrew woli ogółu będzie zdolny podejmować decyzje, nawet jeżeli te decyzje zniszczą jego samego.

Bardzo przepraszam, ale to się nie dodaje. Przecież Bane uwolnił z więzień największe szumowiny i to oni przejęli władzę nad miastem i zaczęli rządzić sądami, a nie żadni "good little people of Gotham". Batman sam ich zamykał do pierdla, więc doskonale wiedział, gdzie jest miejsce tych ludzi.
hOr-oom-may o nay rhay
hOr-oom-may he eer-hee-mo

http://www.youtube.com/watch?v=wXRGfo1NksM
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości