Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Polska ma zbyt małe zasoby kapitału intelektualnego
#1
Przeglądając neta trafiłem na ciekawy artykuł Kacpra Leśniewicza "Państwo bez mózgu. Polska ma zbyt małe zasoby kapitału intelektualnego" w Gazecie Prawnej. Pozwolę sobie zacytować go w całości (pogrubienia moje).

Nie weryfikujemy wiedzy, nie chcemy konfrontować opinii z faktami. Stąd tyle u nas górnolotnych monologów zamiast dialogu, nierealnych wizji zamiast przetestowanych projektów działań - mówi Andrzej Zybała, profesor Szkoły Głównej Handlowej, który zajmuje się zagadnieniami polityki publicznej, dialogu społecznego, rządzenia publicznego. Ostatnio wydał książkę „Polski umysł na rozdrożu. W poszukiwaniu źródeł niepowodzeń części naszych działań publicznych”.

Ustawy o IPN oraz sądownictwie to ostatnie przykłady ustanowionego prawa, które łączy dogmatyzm i swojskie „jakoś to będzie”. Dlaczego tak trudno idzie nam poważne traktowanie zagadnień, które dotyczą wspólnoty?

To wynik niskiej skłonności do pogłębionej analizy. Wyraźnie daje o sobie znać brak dyscypliny myślenia. Dochodzi do tego kształt relacji społecznych, które są konfrontacyjne i wsparte fatalizmem – co ma być, to będzie. Równolegle obserwujemy proces dewaluacji znaczenia dobra wspólnego. Powstające prawo służy w pierwszej kolejności mobilizacji wyodrębnionej politycznie części społeczeństwa. Decydenci liczą, że działając w trybie spektaklu, zyskają przynajmniej krótkotrwały aplauz sporej części rodaków, którzy łatwo „podpalają się” romantycznymi wizjami rozwiązania problemów publicznych przez wielkich wodzów. Wszyscy płacimy za to dużą cenę.

Nie przesadza pan?

Ta cena jest ogromna. Politycy degradują w ten sposób poziom intelektualny przestrzeni publicznej i polityki. Wypłukują ją z głębszych treści, sprowadzając do sporu między dobrymi a złymi. Ponadto coraz bardziej instrumentalnie traktują reguły demokracji i logikę działania państwa. Dla zdobycia czy zachowania władzy są w stanie zniszczyć podstawy wspólnego bytu. Jesteśmy świadkami autodestrukcji wręcz samobójczej dla trwania państwa. Ono nie może znośnie funkcjonować, gdy politycy rozmyślnie i z taką siłą polaryzują społeczeństwo.

Ale to dla nich opłacalne.

Wyborczo tak. A to oznacza, że politycy zakładają, że na dłuższą metę państwa w Polsce ma nie być. Bo jak inaczej można oceniać sytuację, gdy jedna partia wprowadza rozwiązania wbrew innym w sprawach, w których powinien być ramowy konsensus, jak w zakresie polityki edukacji, zdrowia czy wymiaru sprawiedliwości. Klasa polityczna pozostaje w swoistym antypaństwowym transie czy wręcz amoku i nie jest już chyba w stanie się zatrzymać. Tworzy warunki, w których nie można niczego analizować w kategoriach związków przyczynowo- skutkowych, politycy są już w stanie tylko moralizować i bezrefleksyjnie snuć odrealnione wizje odnowy państwa. Przy okazji odbierają wiarę w to, że Polskę można racjonalnie „umeblować”. Mamy do czynienia ze szczególną postacią antyintelektualizmu.

Czyli?

Niechęci do pogłębionego myślenia, ograniczenia rozumowania do stereotypów, mądrości ludowych. Konsekwencją tego jest malejąca zdolność do pojmowania otoczenia, w tym wspólnego rozumienia podstawowych pojęć, zdarzeń i symboli. Nie weryfikujemy wiedzy, nie konfrontujemy opinii z faktami. Stąd tyle u nas górnolotnych monologów zamiast dialogu, nierealnych wizji zamiast przetestowanych projektów działań. A współczesne państwo, jeśli ma być sprawne, musi dysponować olbrzymimi zasobami kapitału intelektualnego. Zwykle akumuluje go administracja publiczna, think tanki czy szkoły wyższe. U nas problemem jest to, że administracja sama w sobie ma niski potencjał analityczny, a dodatkowo nie tworzy dużego popytu na raporty produkowane w ośrodkach akademickich i pozarządowych. Na dodatek klasa polityczna woli wydawać pieniądze podatników na marketing polityczny. W takiej sytuacji, jeśli jest coś takiego, jak mózg państwa, to on nie może u nas działać dobrze.

W ostatnich latach wiele mówiło się na temat profesjonalizacji instytucji akademickich, administracji publicznej i dostępności grantów na badania.

Tak, dzięki unijnym środkom nastąpił olbrzymi przyrost produkcji różnego typu analiz, raportów, wykonywano tysiące badań wielu aspektów życia społecznego i gospodarczego. Ale przyrostowi wiedzy nie towarzyszył wzrost zdolności do jej wykorzystania w trakcie podejmowania decyzji. Raporty trafiają do szuflad i tam pozostają. Ale problemów jest znacznie więcej. W naukach społecznych za mało stawiamy pytań dotyczących najważniejszych czynników, które sprawiają, że jesteśmy w takiej sytuacji rozwojowej, a nie innej. Powstaje mało teorii, które wyjaśniałyby nasz niedorozwój cywilizacyjny. Pamiętam święte oburzenie jednego z naukowców podczas zjazdu Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, gdy zapytałem go o to, co wynika ze zgromadzonych przez niego danych. Cóż z tego, że przeprowadzono badania, kiedy nie tworzy się na podstawie ich wyników wiedzy społecznie użytecznej.

Rzeczywistość się nam wymyka?

Szczególnie widoczny jest rozziew między istniejącym potencjałem umysłowym naszego państwa i społeczeństwa a potencjałem, który jest potrzebny, aby zrozumieć skomplikowane otoczenie, w którym żyjemy. Naraża to nas na dalszą utratę zdolności realizacji interesów narodowych w warunkach funkcjonowania w strukturach międzynarodowych. Inne kraje walczą o korzystne dla siebie rozwiązania regulacyjne. Dlatego nie szczędzą grosza na wzmacnianie zdolności analitycznych, co zawsze jest opłacalne, bo dzięki lepszemu rozumieniu realiów więcej osiągną dla siebie.

A jaki jest nasz stosunek do inwestowania w potencjał analityczny?

W 2006 r. rządzący zlikwidowali Rządowe Centrum Studiów Strategicznych. I mimo zapowiedzi nie zostało ono odtworzone. Co więcej, państwo nie wspiera ośrodków analitycznych, nie wytwarza popytu na ich raporty i opracowania. Sektor prywatny też niezbyt chętnie sponsoruje analizy. Zresztą co ciekawe, firmy również w słabym stopniu odwołują się do zobiektywizowanej wiedzy w swoich działaniach. Przeciętny przedsiębiorca uważa zazwyczaj, że tylko on wie, co trzeba zrobić w jego biznesie, od wystroju sklepu czy restauracji po zaprojektowanie linii produkcyjnej czy organizację pracy. Później nie może zrozumieć, dlaczego firma albo upada, albo się nie rozwija.

Z tego, co pan mówi, wynika, że „mózg” naszego państwa jest w bardzo słabej kondycji. Ma ograniczoną zdolność do planowania długoterminowych działań.

I tak jest. Weźmy polskie dokumenty strategiczne. To akademickie diagnozy sytuacji w gospodarce, edukacji czy służbie zdrowia, które najczęściej nie wskazują tego, co należy robić w danym odcinku czasu. Bo ich autorzy nie potrafią utworzyć listy priorytetowych działań na najbliższe 2–3 lata ani podać, jakie problemy możemy rozwiązać czy złagodzić za dostępne pieniądze. Ciekawym przykładem tej umysłowej niemocy było przesłuchanie naszego kandydata na komisarza w Komisji Europejskiej. Zagraniczni dziennikarze byli zdziwieni jego odpowiedziami na pytania właśnie o priorytety, bo dla naszego polityka wszystko było ważne do zrobienia. Czyli nie był w stanie rozumować w kategoriach ograniczonych środków, za które można wykonać tylko część pożądanych działań.

Może był bardzo ambitny...

Na pewno chciał się pokazać z jak najlepszej strony (śmiech). Ale to potwierdza, że nasi decydenci nie są w stanie skonfrontować środków, którymi dysponują, z celami, które chcą osiągnąć.

Może pomocna byłaby w takiej sytuacji jakaś kontrola ich poczynań?

Akurat w tym względzie politycy wykazują się inteligencją. Są sprytni. W działaniach, które podejmują, nie zakłada się przeprowadzenia ich ewaluacji, czyli profesjonalnej oceny wyników ich poczynań. W krajach rozwiniętych po zakończonych działaniach ma miejsce analiza rezultatów. Określane jest value for money, czyli skala korzyści społecznych wynikająca z wydanych pieniędzy.

Brzmi to, jakbyśmy jechali na gapę w skomplikowanych międzynarodowych realiach. Powstają projekty i polityki, które bardziej przypominają spekulacje, niż dobrze przygotowany plan działania.

Nie może być inaczej, jeśli zaniedbujemy kapitał analityczny. Więc nie jest przypadkiem to, że po 1990 r. dość szybko zaczęliśmy tracić strategiczną podmiotowość w polityce rozwojowej. Naszym politykom i analitykom z trudnością przychodzi uczestnictwo w dyskusjach strategicznych, które mają miejsce w Unii Europejskiej. Powtarzane są żarty mówiące o tym, że do udziału w unijnych gremiach jeździ zwykle dwóch urzędników, jeden zna nieco temat, a drugi jest w stanie coś powiedzieć po angielsku. Nie są zazwyczaj w stanie bronić polskich interesów w sporach dotyczących kształtowania polityk czy regulacji prawnych. Nasze życie publiczne znalazło się w dziwnym uścisku bezmyślności. To znaczy myślenie u nas jest, ale w zakresie spraw prywatnych, a nie publicznych. Ale nie może być inaczej w sytuacji, jaka panuje od lat. Choć powstały regulacje prawne, wymuszające na partiach parlamentarnych finansowanie analiz społeczno-ekonomicznych, to rezultaty są marne. W polityce krajowej najważniejszym zasobem stały się pomysły z dziedziny marketingu politycznego, sztuki manipulacji masami. I partie w to inwestują, bo to przekłada się na poparcie. Natomiast nie odczuwają korzyści z inwestowania w wymyślanie dobrych rozwiązań dla problemów publicznych.

Ale jakaś wiedza przy okazji chyba powstaje?

Tak, ale nie magazynujemy tej wiedzy, tylko tracimy ją i potem wytwarzamy od nowa, często za ciężkie pieniądze. W wielu urzędach jest duża rotacja urzędników. Kilka lat temu wykonywałem badania w Ministerstwie Zdrowia dotyczące zarządzania strategicznego w systemie zdrowia. Okazało się, że w niektórych departamentach skład wymieniał się w ciągu 3–4 lat. Na niektóre pytania o działania resortu sprzed 2–3 lat nikt nie mógł mi odpowiedzieć, bo wszyscy byli nowi. Zatracona została pamięć instytucjonalna.

Czyli z niektórymi działaniami państwa jest jak ze skokiem do basenu bez sprawdzenia, czy jest w nim woda.

Tak to wygląda. Od jednego z ekspertów polityki publicznej usłyszałem, że podczas wdrażania nowej polityki nie przeprowadzono pilotażu ani badań porównawczych z innymi krajami. Co oznacza, że inicjatorzy reform nie interesowali się analizą ryzyka mogącego wystąpić podczas realizacji zadań. Zupełnie inaczej wygląda to np. w krajach anglosaskich, gdzie stosowana jest metoda zielonej księgi, w której – nim dojdzie do finalnej decyzji –prezentowane są kluczowe wyzwania w danej dziedzinie i możliwe do zastosowania rozwiązania. Z kolei we Francji postaci obdarzone autorytetem otrzymują misję przeprowadzenia przeglądu problemów w danej polityce publicznej.

Dlaczego w Polsce nie udało się wypracować podobnych mechanizmów?

To skutek tego, o czym mówiliśmy – niskiej skłonności do analizy, a także braku warunków do produkcji raportów eksperckich. Ponadto często jest tak, że polityk planuje działania swojego resortu z myślą, aby określone środowiska skorzystały na nich. Dlatego boją się neutralnych analiz, bo one mogłyby wskazywać, że należy działać inaczej, niż ci sobie obmyślili. Ponadto jest kwestia profesjonalizmu resortowych urzędników czy analityków. Politycy nie dają im stabilnych warunków do pracy i rozwoju. W niektórych dziedzinach, aby urzędnik stał się ekspertem, musi zajmować się jednym zagadnieniem 10 lat. Tak skomplikowanych jest dziś wiele problemów w energetyce, edukacji, rozwoju gospodarczym. Tymczasem oni nie podejmują ryzyka specjalizacji w danych problemach, raczej nastawiają się na opanowanie szerokiej, ale powierzchownej wiedzy.

Brakuje u nas ekspertów, choć świat jest przez nich zdominowany?

Mamy ich coraz więcej, ale duża część z nich zna się na wszystkim i umie robić głównie dobre wrażenie. Społeczeństwa rozwinięte inwestują w specjalistów w wąskich dziedzinach, którzy potem uczestniczą w podejmowaniu kluczowych decyzji. Obecnie jako państwo nie mamy mocy analitycznych, które pozwoliłyby nam tworzyć koncepcje strategiczne dla siebie i je z powodzeniem realizować w strukturach ponadnarodowych. Większość urzędów jest bezbronna wobec wyzwań, przed którymi stoją.

Jak w takich warunkach możemy mieć pewność, co nam naprawdę dolega np. w polityce społecznej, w edukacji czy obszarze służby zdrowia?

Sporo problemów widocznych po 1990 r. było długo ignorowanych, częściowo dlatego, że nie rozumiano ich znaczenia dla rozwoju. Stąd wytworzyła się skłonność, aby przynajmniej część z nich zamiatać pod dywan. Przy tym jeszcze wyśmiewając tych, którzy próbowali zwrócić na nie uwagę. Generalnie działa się u nas reaktywnie, czyli wówczas kiedy nie da się już uniknąć podejmowania decyzji, bo zaczyna brakować pieniędzy, albo gdy obywatele zaczynali się burzyć. Przykładem jest też protest rodziców niepełnosprawnych osób. Ich problemy ignorowano, aż udało im się przyciągnąć uwagę mediów i politycy nie mogli wykręcić się od działania.
Ustaliliśmy, że instytucje państwowe nie korzystają odpowiednio z wiedzy. Jeśli przyjęlibyśmy tezę, że są one oczami państwa, to oznacza, że cierpimy na poważną wadę wzroku. Trudno wobec tego wymagać, żebyśmy byli świadomi nadchodzących wyzwań.
W tym kryje się prawdziwy dramat. Dobrym przykładem jest słabe zrozumienie dynamiki problemów w różnych politykach sektorowych. Już przespaliśmy porę na właściwe zareagowanie na problemy demograficzne i emerytalne. Dlatego dziś wydajemy miliardy na te cele, a skutki są co najwyżej średnie. Obecnie kluczowym wyzwaniem jest starzenie się społeczeństwa.

Z którym radzimy sobie słabo.

Spóźniono się, aby na czas zwiększyć liczbę geriatrów. Należało o tym pomyśleć 20 lat temu. Odbija się to teraz na gospodarce. Ciężar opieki spada na rodziny, których członkowie często nie są w stanie rozwijać się zawodowo z powodu trudów opieki. To jedno ze źródeł niskiego wskaźnika zatrudnienia i braku rąk do pracy w wielu sektorach. Ten przykład pokazuje, jaki wpływ na nasze życie ma szwankujące państwo. Jak pozornie odległe działania warunkują nasze szanse i możliwości. Zrozumienie reguł współczesnej gry ekonomicznej w przestrzeni międzynarodowej, a także reguł walki o szybszy rozwój – do czego trzeba mieć znacznie większy potencjał umysłowy od tego, którym dziś, jako państwo, dysponujemy – może przynieść więcej środków na finansowanie lepszej jakości naszego codziennego życia poprzez rozwój infrastruktury, edukacji, systemu zdrowia. Cóż, kiedy przede wszystkim zawalamy system edukacji.

Co szwankuje w tym kontekście najbardziej?

Dzisiejsze szkoły wciąż w zbyt małym stopniu stymulują myślenie. Badacze stwierdzają, że w pierwszych latach nauki dzieci dobrze sobie radzą z matematyką, ale w kolejnych przejawiają coraz mniej umiejętności matematycznych i strategicznych. Prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska pisała, że szkoła jest rzeźnią talentów matematycznych. Tymczasem matematyka uczy precyzji i dyscypliny myślenia. Poważnym problemem jest też to, że do zawodu nauczycielskiego nie trafiają najlepsi absolwenci, jak to ma miejsce w Finlandii, która jest liderem wielu międzynarodowych rankingów w wynikach edukacyjnych. Ponadto nie zweryfikowano programów nauczania, choćby w zakresie wiedzy o romantyzmie czy ideologii romantycznej, która dręczy naszą umysłowość. Nadaje jej więcej skłonności do fantazjowania niż precyzyjnego rozumowania.

Jak wobec tego utrzymujemy się na powierzchni jako realny byt państwowy?
Mamy szczęście, bo żyjemy w okresie pokojowych relacji między państwami. Sytuacja zaostrzających się egoizmów narodowych na pewno byłaby dla nas złą informacją, bo nie potrafilibyśmy się przed nimi obronić.

Militarnie jesteśmy bez szans?
Nie chodzi tylko o nasz niski potencjał militarny, ale również o brak zdolności dopasowania do świata, w którym przeważają konflikty. To oznaczałoby konieczność podejmowania trudnych decyzji o sojuszach, które zawsze są niepewne. Przeszkadzałby także wysoki poziom wewnętrznych konfliktów i niezdolność do porozumień w sprawach kluczowych dla naszej niepewnej przyszłości. Przypomnijmy, że nawet widmo zagłady państwa przed III rozbiorem i później przed najazdem hitlerowskim nie podwyższyło zdolności do współpracy środowisk o różnych poglądach ideowo-politycznych.

Rafał Matyja w nowej książce „Wyjście awaryjne” pisze, że nie sposób nadrobić strat związanych z zaniechaniami w sferze tworzenia inteligentnego i sprawnego państwa. Zgadza się pan z taką tezą?

Generalnie tak. Ale trzeba też powiedzieć o paradoksie. Wbrew powszechnym odczuciom nasze państwo staje się coraz sprawniejsze, chociaż ta poprawa jest niszowa albo nierówno rozłożona. Ze wzrostu PKB mamy więcej pieniędzy i instalowane są nowe systemy informatyczne, usprawniające obsługę obywateli, powstają nowe drogi, więcej jest miejsc w przedszkolach, znacznie lepszy jest dostęp do diagnostyki medycznej, szkoły poprawiają wyposażenie do zajęć itp. Jest tego sporo.

Czyli nie jest tak źle.

Problem jest taki, że wzrost nakładów finansowych w wielu dziedzinach nie przekłada się w sposób proporcjonalny na korzyści dla społeczeństwa. Ciekawym przykładem są wydatki na zdrowie. W ostatnich latach zostały one niemal podwojone, a jednak dostęp do lekarzy specjalistów nie poprawił się, choć niektóre wskaźniki efektywności są lepsze, jak przeżywalność w niektórych chorobach nowotworowych. Ponadto wydajemy dużo na drogi czy różne miejsca użyteczności publicznej i one szybko niszczeją z powodu słabego wykonawstwa. I trzeba szybko łożyć na remonty. Obraz jest zatem niejednoznaczny, a byłby bardziej pozytywny – i tu wracamy do początku rozmowy – gdyby w państwie były większe zasoby umysłowe. Gdyby przedstawiciele państwa i analitycy byli w stanie głębiej analizować wyzwania, wytwarzać więcej koncepcji rozwiązań nadciągających problemów, a pieniądze publiczne były celniej lokowane, to na pewno odnosilibyśmy więcej korzyści. Na pocieszenie można powiedzieć, że przy obecnej kulturze umysłowej osiągamy i tak niemało. Natomiast musimy bronić się przed groźbą regresu intelektualnego. Może to wywołać dalsza rosnąca polaryzacja polityczna, przewaga teatru politycznego nad konkurencją na programy merytoryczne, porażki w organizacji oświaty i szkolnictwa czy słaba stymulacja umysłowa młodego pokolenia. Musimy upowszechniać w Polsce wzorzec człowieka nowoczesnego jako otwartego umysłowo, który chętnie konfrontuje swoje opinie z nowymi faktami, szuka okazji do dyskusji, bo chce mieć bardziej zobiektywizowany pogląd na różne sprawy. W końcu tacy ludzie trafią do polityki.

I jeden z komentarzy: Moim zdaniem, w przypadku nagłego konfliktu militarnego lub innego głębokiego kryzysu (gospodarczy etc.) PL nie poradzi sobie, ponieważ nie ma planów awaryjnych i działań prewencyjnych. Będzie to samo co kilka razy miało miejsce w historii: rozpad czy zabory. Polacy kochają niezależność, lubią konfrontacje i moje najlepsze, infantylność. Brak szacunku dla wiedzy i analizy. Wolą górnolotność i szukanie wyjaśnień "w przestworzach". Realizm jest nudny bo wymaga pracy intelektu. Mają wielkie serce do pomagania, spontanicznego (WOŚP, Caritas, zrzutki etc.) ale dużo agresji i nieprzewidywalności. Lubią proste wyjaśnienia i dlatego dają sobą manipulować i przekupywać. Jacek Santorski oraz prof. Czapiński to zdiagnozowali. Była analiza społeczna. I co z niej zostało ? Ktoś do niej chociaż raz się odwołał podejmując decyzję ?
"Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty tak, by swoim pojmowaniem istoty sprawy nie peszyć przełożonego" - ukaz cara Rosji Piotra I z 9 grudnia 1708 roku
 "Cudów nie ma" - Józef Stalin
Odpowiedz
#2
Dobry tekst.
Jak w tym dowcipie "Polacy (w innej wersji Słowianie) rozwiązują problem w sposób racjonalny, kiedy już wszelkie nieracjonalne sposoby zawiodły".
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#3
Oczywiście Polska popełniła poważne błędy, ale jak tak patrzę na elity niemieckie, które w ramach swych intelektualnych wyżyn postanowiły walczyć ze starzejącym się społeczeństwem poprzez nawpuszczanie niepiśmiennych allahów, to jednak uważam, że w pewnych kwestiach Polska zachowuje się bardziej racjonalnie.
Odpowiedz
#4
Lumber napisał(a):niepiśmiennych allahów

Do mnie na wieś przyjechali goście z Niemiec. Jeden Polak jeden Niemiec. I właśnie mówią(ten Polak bo ten drugi ziomek nie umie po poslku) że oni się tłumaczą tym że "nie znają zasad..." I tak sobie żyją
[i]"Jeden pindol był cieniutki, a drugi gruby jak świnia. Może ukąszenie świni boli, lecz to rany po leszczynie goją się dłużej"[/i]

[i]~Kutang Pan z Klasztoru Kutang[/i]
Odpowiedz
#5
Strasznie dużo ogółników i intelektualnego mumbo-jumbo. Można wstawić zamiast Polski co najmniej połowę krajów europejskich i wychodzą te same wnioski.
Na przykład:
"Realizm jest nudny bo wymaga pracy intelektu. Mają wielkie serce do pomagania, spontanicznego (WOŚP, Caritas, zrzutki etc.) ale dużo agresji i nieprzewidywalności. Lubią proste wyjaśnienia i dlatego dają sobą manipulować i przekupywać."

Tak można napisać o każdym. Przeciętny Brytyjczyk zachowuje się podobnie, ponadto marnie wykształcony ponieważ studia są cholernie drogie a publiczne szkoły podstawowe to żart. Charytatywność , dużo agresji, nieprzewidywalność, proste wyjaśnienia, podatność na manipulację - w którym europejskim kraju tego nie ma?
Czy to jest oparte na jakichś badaniach?
Odpowiedz
#6
(22.05.2018, 08:26)Osiris napisał(a): Strasznie dużo ogółników i intelektualnego mumbo-jumbo.  Można wstawić  zamiast Polski co najmniej połowę krajów europejskich i wychodzą te same wnioski.
Na przykład:
"Realizm jest nudny bo wymaga pracy intelektu. Mają wielkie serce do pomagania, spontanicznego (WOŚP, Caritas, zrzutki etc.) ale dużo agresji i nieprzewidywalności. Lubią proste wyjaśnienia i dlatego dają sobą manipulować i przekupywać."

Tak można napisać o każdym. Przeciętny Brytyjczyk zachowuje się podobnie, ponadto marnie wykształcony ponieważ studia są cholernie drogie a publiczne szkoły podstawowe to żart.  Charytatywność , dużo agresji, nieprzewidywalność, proste wyjaśnienia, podatność na manipulację - w którym europejskim kraju tego nie ma?
Czy to jest oparte na jakichś badaniach?

To co cytujesz to komentarz do artykułu, ne zaś sam artykuł. Ale prawdą jest, że nie potrafimy jako państwo działać jako całość. Dlatego Sienkiewicz wyraził się tak: "Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje – dlatego, że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność." CBDO.
"Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty tak, by swoim pojmowaniem istoty sprawy nie peszyć przełożonego" - ukaz cara Rosji Piotra I z 9 grudnia 1708 roku
 "Cudów nie ma" - Józef Stalin
Odpowiedz
#7
(22.05.2018, 13:32)Wron NIEmiecki napisał(a):
(22.05.2018, 08:26)Osiris napisał(a): Strasznie dużo ogółników i intelektualnego mumbo-jumbo.  Można wstawić  zamiast Polski co najmniej połowę krajów europejskich i wychodzą te same wnioski.
Na przykład:
"Realizm jest nudny bo wymaga pracy intelektu. Mają wielkie serce do pomagania, spontanicznego (WOŚP, Caritas, zrzutki etc.) ale dużo agresji i nieprzewidywalności. Lubią proste wyjaśnienia i dlatego dają sobą manipulować i przekupywać."

Tak można napisać o każdym. Przeciętny Brytyjczyk zachowuje się podobnie, ponadto marnie wykształcony ponieważ studia są cholernie drogie a publiczne szkoły podstawowe to żart.  Charytatywność , dużo agresji, nieprzewidywalność, proste wyjaśnienia, podatność na manipulację - w którym europejskim kraju tego nie ma?
Czy to jest oparte na jakichś badaniach?

To co cytujesz to komentarz do artykułu, ne zaś sam artykuł. Ale prawdą jest, że nie potrafimy jako państwo działać jako całość. Dlatego Sienkiewicz wyraził się tak: "Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje – dlatego, że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność." CBDO.

A które państwo istnieje w innym sensie niż teoretycznym? To przecież fikcyjne formy organizacji społeczeństwa. I kolejna mądrość :
"państwo polskie nie istnieje dlatego, że działa fragmentami, nie rozumiejąc, że jest całością"
Państwo jako organizacja nie ma rozumu - jeśli już ktoś chciałby zmierzać w tym kierunku to może wybrać jedną z autokracji. Które państwa działają ze zdumiewającą skutecznością? Pewnie Hitlerowskie Niemcy są dobrym przykładem skuteczności - ale nie takim jakiego byśmy oczekiwali.
Odpowiedz
#8
Poniższy artykuł jest dowodem na niedobór kapitału intelektualnego w RP.


Cytat:Praca większości Polaków jest mało wydajna. Grozi nam los Grecji i Włoch

26 proc. Polaków wypracowuje połowę PKB – alarmuje ”Rzeczpospolita”. Oznacza to, że praca zaledwie 5,6 mln zatrudnionych jest faktycznie efektywna.

Około 10 mln pracowników w Polsce zatrudnionych jest w mało wydajnych sektorach: mikroprzedsiębiorstwach, w rolnictwie, w sektorze publicznym czy pracując na własny rachunek - pisze ”Rzeczpospolita” powołująca się na analizy Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju FOR.

Czytaj również: Bruksela chce europejskiego urzędu pracy. To może uderzyć w pracowników z Polski

Produktywne jest zaledwie 26 proc. zatrudnionych. To ta część wypracowuje połowę PKB. Jak zaznacza ekspert FOR cytowany przez dziennik, to w spółkach kapitałowych produktywność jest średnio kilkukrotnie wyższa niż w mikrobiznesie czy w rolnictwie.

https://www.money.pl/gospodarka/wiadomos...11524.html
The Phillrond napisał(a):(...)W moim umyśle nadczłowiekiem jawi się ten, kogo nie gnębi strach przed nieuniknionym i kto dąży do harmonijnego rozwoju ze świadomością stanu rzeczy
.
Odpowiedz
#9
(20.07.2018, 18:11)Żarłak napisał(a): Poniższy artykuł jest dowodem na niedobór kapitału intelektualnego w RP.


Cytat:Praca większości Polaków jest mało wydajna. Grozi nam los Grecji i Włoch

26 proc. Polaków wypracowuje połowę PKB – alarmuje ”Rzeczpospolita”. Oznacza to, że praca zaledwie 5,6 mln zatrudnionych jest faktycznie efektywna.

Około 10 mln pracowników w Polsce zatrudnionych jest w mało wydajnych sektorach: mikroprzedsiębiorstwach, w rolnictwie, w sektorze publicznym czy pracując na własny rachunek - pisze ”Rzeczpospolita” powołująca się na analizy Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju FOR.

Czytaj również: Bruksela chce europejskiego urzędu pracy. To może uderzyć w pracowników z Polski

Produktywne jest zaledwie 26 proc. zatrudnionych. To ta część wypracowuje połowę PKB. Jak zaznacza ekspert FOR cytowany przez dziennik, to w spółkach kapitałowych produktywność jest średnio kilkukrotnie wyższa niż w mikrobiznesie czy w rolnictwie.

https://www.money.pl/gospodarka/wiadomos...11524.html

Byłeś kiedyś za granicą, ja nie wiem jak oni tą wydajność mierzą. Może ja mam takie doświadczenie, ale na zachodzie wcale nie pracują bardziej optymalnie. Pieprzą głupoty i nabijają godziny zamiast robić robotę. Normalnie lecą w kulki bez chowania się. Wiem, w Polsce w sektorze państwowym jest to samo, ale w prywatnym sobie nie wyobrażam bo zaraz ktoś Ci siądzie na kark.  

Moje doświadczenie to statystyka N=1 ale nie wiem, wcale mnie etyka pracy na zachodzie nie zachwyciła, byłem pierwszy raz to myślałem, że owszem trzeba dobrze robić. Niestety później przychodzi rzeczywistość...
Życie - to sztuka wyciągania wystarczających wniosków z niewystarczających przesłanek. Samuel Butler
Odpowiedz
#10
(08.08.2018, 00:43)TouchDown napisał(a): Byłeś kiedyś za granicą, ja nie wiem jak oni tą wydajność mierzą. Może ja mam takie doświadczenie, ale na zachodzie wcale nie pracują bardziej optymalnie. Pieprzą głupoty i nabijają godziny zamiast robić robotę.

Chyba w ogóle nie rozumiesz, czym jest wydajność. Jeśli z jednej strony masz dziesięciu chłopa z łopatami, którzy w pocie czoła w ciągu czterech godzin kopią rów, a z drugiej strony koparkę z operatorem, który pieprzy głupoty i nabija godziny, robiąc taki sam rów w tym samym czasie, to kto twoim zdaniem pracuje wydajniej?

Jak ci się taki fikcyjny przykład nie podobie, bo przecież Polska to nie jakiś Tiutiurlistan i już nie kopiemy łopatami, to podam prawdziwy.

Mój znajomy był przedstawicielem handlowym w dużej międzynarodowej firmie. Jeździł po hipermarketach i wciskał towar ich dyrektorom. Pewnego razu przyjechała do nich kierownica z centrali z Niemiec i dziwowała się wielce, że w Polsce pracuje ich aż pięciu na obszarze, który w Niemczech obsługuje jeden przedstawiciel. Polacy z kolei doznali zdziwienia, jak to jest możliwe, żeby jeden człowiek wykonał pracę ich pięciu, wcale przecież nie dysponując jakąś uber germańską lepszą techniką, teleporterem, wehikułem czasu czy cóś. W końcu ustalili fakty. W Niemczech przedstawiciel jedzie do dyrektora hipermarketu, negocjuje i zawiera umowę, jedzie do drugiego hipermarketu, potem do trzeciego etc. W Polsce przedstawiciel jedzie do dyrektora hipermarketu, negocjuje i zawiera umowę, jedzie do drugiego hipermarketu, wraca do pierwszego aby przypilnować przestrzegania umowy, jedzie do trzeciego, wraca do drugiego żeby zwrócić uwagę dyrektora na nieprzestrzeganie warunków umowy, wraca do pierwszego żeby renegocjować warunki umowy, etc...

Na podstawie tego spróbuj określić, z czego wynika zmniejszenie wydajności:
a) z lenistwa;
b) z zacofania;
c) ze skłonności do nieprzestrzegania umów.
Odpowiedz
#11
(08.08.2018, 06:12)ZaKotem napisał(a): a) z lenistwa;
b) z zacofania;
c) ze skłonności do nieprzestrzegania umów.

d) z żydobanderowskoniemieckiego spisku dławiącego Polskę, polskość i Polaków.
Demokracja jest sprzeczna z prawami fizyki - J. Dukaj

Jest inaczej Blog człowieka leniwego
Odpowiedz
#12
(08.08.2018, 00:43)TouchDown napisał(a): Byłeś kiedyś za granicą, ja nie wiem jak oni tą wydajność mierzą.

Byłem. I też nie wiem jak mierzą wydajność.

(08.08.2018, 00:43)TouchDown napisał(a): Może ja mam takie doświadczenie, ale na zachodzie wcale nie pracują bardziej optymalnie.

Nie wiem. Może w niektórych branżach jest większe zautomatyzowanie.

(08.08.2018, 00:43)TouchDown napisał(a): Wiem, w Polsce w sektorze państwowym jest to samo, ale w prywatnym sobie nie wyobrażam bo zaraz ktoś Ci siądzie na kark.

W różnych firmach pracowałem i widziałem ludzi, którzy do perfekcji potrafili opanować umiejętność opierdalania się kiedy nie ma szefa lub udawania pracy kiedy gdzieś w pobliżu jest szef.

(08.08.2018, 00:43)TouchDown napisał(a): wcale mnie etyka pracy na zachodzie nie zachwyciła

Mnie też nie. Ogólnie jak byłem chwilę w UK to zauważyłem tylko, że Polacy, Hindusi i ogólnie jacyś obcokrajowcy pracują lepiej niż sami Anglicy.

A kolega pracujący w Niemczech na budowach żali się, że bardzo często są niezapowiedziane inspekcje ichniejszego PIPu, bo nie można pracować więcej niż 8h, a Polacy mają tendencję do 10h. Także w Niemczech urzędnicy bardzo mocno dbają o mniejszą wydajność pracownika.
Odpowiedz
#13
Różnica pewnie jest widoczna przy masowej produkcji. O ile kebabiarz z Londynu raczej nie pokaże nic więcej niż kebabiarz z Lądka Zdroju, to już na poziomie jakichś wielkich fabryk może to wyglądać inaczej.
Mówiąc prościej propedegnacja deglomeratywna załamuje się w punkcie adekwatnej symbiozy tejże wizji.
Odpowiedz
#14
(08.08.2018, 20:39)lumberjack napisał(a):  Także w Niemczech urzędnicy bardzo mocno dbają o mniejszą wydajność pracownika.

I dlatego w Niemczech pracownik wytwarza w ciągu godziny 68 dolarów PKB a w Polsce tylko 33 dolary.  Cwaniak

kmat


Cytat:Różnica pewnie jest widoczna przy masowej produkcji.

Różnica jest w sposobie organizacji. Pracownik niemiecki, nawet w kebabie, wykonuje dużo mniej zbędnych czynności niż pracownik polski - dokładnie według schematu opisanego przez Zakotem.
Demokracja jest sprzeczna z prawami fizyki - J. Dukaj

Jest inaczej Blog człowieka leniwego
Odpowiedz
#15
(09.08.2018, 10:19)pilaster napisał(a): I dlatego w Niemczech pracownik wytwarza w ciągu godziny 68 dolarów PKB a w Polsce tylko 33 dolary. Cwaniak

W Polsce pracownik dostaje na dzień dobry taką stawkę godzinową, że od razu wszystkiego się odechciewa Język

(08.08.2018, 12:47)pilaster napisał(a):
(08.08.2018, 06:12)ZaKotem napisał(a): a) z lenistwa;
b) z zacofania;
c) ze skłonności do nieprzestrzegania umów.

d) z żydobanderowskoniemieckiego spisku dławiącego Polskę, polskość i Polaków.

e) z katolickozwiązkowosolidarnościowego spisku dławiącego mobilność pracujących Polaków.

Człowiek chce se jechać do pracy, a tu albo pielgrzymka i se idą i se śpiewajo albo strajk związkowców i se ido i se krzyczo; po prostu masakra jakaś.
Odpowiedz
#16
(08.08.2018, 06:12)ZaKotem napisał(a):
(08.08.2018, 00:43)TouchDown napisał(a): Byłeś kiedyś za granicą, ja nie wiem jak oni tą wydajność mierzą. Może ja mam takie doświadczenie, ale na zachodzie wcale nie pracują bardziej optymalnie. Pieprzą głupoty i nabijają godziny zamiast robić robotę.

Chyba w ogóle nie rozumiesz, czym jest wydajność. Jeśli z jednej strony masz dziesięciu chłopa z łopatami, którzy w pocie czoła w ciągu czterech godzin kopią rów, a z drugiej strony koparkę z operatorem, który pieprzy głupoty i nabija godziny, robiąc taki sam rów w tym samym czasie, to kto twoim zdaniem pracuje wydajniej?

Jak ci się taki fikcyjny przykład nie podobie, bo przecież Polska to nie jakiś Tiutiurlistan i już nie kopiemy łopatami, to podam prawdziwy.

Mój znajomy był przedstawicielem handlowym w dużej międzynarodowej firmie. Jeździł po hipermarketach i wciskał towar ich dyrektorom. Pewnego razu przyjechała do nich kierownica z centrali z Niemiec i dziwowała się wielce, że w Polsce pracuje ich aż pięciu na obszarze, który w Niemczech obsługuje jeden przedstawiciel. Polacy z kolei doznali zdziwienia, jak to jest możliwe, żeby jeden człowiek wykonał pracę ich pięciu, wcale przecież nie dysponując jakąś uber germańską lepszą techniką, teleporterem, wehikułem czasu czy cóś. W końcu ustalili fakty. W Niemczech przedstawiciel jedzie do dyrektora hipermarketu, negocjuje i zawiera umowę, jedzie do drugiego hipermarketu, potem do trzeciego etc. W Polsce przedstawiciel jedzie do dyrektora hipermarketu, negocjuje i zawiera umowę, jedzie do drugiego hipermarketu, wraca do pierwszego aby przypilnować przestrzegania umowy, jedzie do trzeciego, wraca do drugiego żeby zwrócić uwagę dyrektora na nieprzestrzeganie warunków umowy, wraca do pierwszego żeby renegocjować warunki umowy, etc...

Na podstawie tego spróbuj określić, z czego wynika zmniejszenie wydajności:
a) z lenistwa;
b) z zacofania;
c) ze skłonności do nieprzestrzegania umów.
Zeit ist Geld. A wszystko się rozbija o procesy w obrębie przedsiębiorstw. Bez ich zrozumienia, nie da się stworzyć algorytmów ani dokonać automatyzacji etapów, w których czynnik ludzki jest istotnym źródłem błędów.
d) Brak zrozumienia procesów w przedsiębiorstwie.
"Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty tak, by swoim pojmowaniem istoty sprawy nie peszyć przełożonego" - ukaz cara Rosji Piotra I z 9 grudnia 1708 roku
 "Cudów nie ma" - Józef Stalin
Odpowiedz
#17
(12.08.2018, 00:59)Wron NIEmiecki napisał(a):
(08.08.2018, 06:12)ZaKotem napisał(a):
(08.08.2018, 00:43)TouchDown napisał(a): Byłeś kiedyś za granicą, ja nie wiem jak oni tą wydajność mierzą. Może ja mam takie doświadczenie, ale na zachodzie wcale nie pracują bardziej optymalnie. Pieprzą głupoty i nabijają godziny zamiast robić robotę.

Chyba w ogóle nie rozumiesz, czym jest wydajność. Jeśli z jednej strony masz dziesięciu chłopa z łopatami, którzy w pocie czoła w ciągu czterech godzin kopią rów, a z drugiej strony koparkę z operatorem, który pieprzy głupoty i nabija godziny, robiąc taki sam rów w tym samym czasie, to kto twoim zdaniem pracuje wydajniej?

Jak ci się taki fikcyjny przykład nie podobie, bo przecież Polska to nie jakiś Tiutiurlistan i już nie kopiemy łopatami, to podam prawdziwy.

Mój znajomy był przedstawicielem handlowym w dużej międzynarodowej firmie. Jeździł po hipermarketach i wciskał towar ich dyrektorom. Pewnego razu przyjechała do nich kierownica z centrali z Niemiec i dziwowała się wielce, że w Polsce pracuje ich aż pięciu na obszarze, który w Niemczech obsługuje jeden przedstawiciel. Polacy z kolei doznali zdziwienia, jak to jest możliwe, żeby jeden człowiek wykonał pracę ich pięciu, wcale przecież nie dysponując jakąś uber germańską lepszą techniką, teleporterem, wehikułem czasu czy cóś. W końcu ustalili fakty. W Niemczech przedstawiciel jedzie do dyrektora hipermarketu, negocjuje i zawiera umowę, jedzie do drugiego hipermarketu, potem do trzeciego etc. W Polsce przedstawiciel jedzie do dyrektora hipermarketu, negocjuje i zawiera umowę, jedzie do drugiego hipermarketu, wraca do pierwszego aby przypilnować przestrzegania umowy, jedzie do trzeciego, wraca do drugiego żeby zwrócić uwagę dyrektora na nieprzestrzeganie warunków umowy, wraca do pierwszego żeby renegocjować warunki umowy, etc...

Na podstawie tego spróbuj określić, z czego wynika zmniejszenie wydajności:
a) z lenistwa;
b) z zacofania;
c) ze skłonności do nieprzestrzegania umów.
Zeit ist Geld. A wszystko się rozbija o procesy w obrębie przedsiębiorstw. Bez ich zrozumienia, nie da się stworzyć algorytmów ani dokonać automatyzacji etapów, w których czynnik ludzki jest istotnym źródłem błędów.
d) Brak zrozumienia procesów w przedsiębiorstwie.

Tutaj jestem się w stanie zgodzić, że na zachodzie zaufanie jest więcej warte, więc c) u nas nadal kręci się przeświadczenie z lat 90, że faktur nie trzeba płacić i coś się wykombinuje...
Życie - to sztuka wyciągania wystarczających wniosków z niewystarczających przesłanek. Samuel Butler
Odpowiedz
#18
No nie do konca tak. Z tego co ja widzialem gdy mialem wielka nieprzyjemnosc pracowac w hipermarketach, to szef okregu bedac w danym sklepie zawieral umowe z firma x, ze jej produkt bedzie wyeksponowany w tym miejscu przez miesiac, a trzy dni pozniej zawieral kontrakt z zupelnie inna firma ze w tym samym miejscu postawi coś innego i to pierwsze jechało na drugi koniec sklepu.
I hear the roar of big machine
Two worlds and in between
Hot metal and methedrine
I hear empire down


Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości