Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Teologia presupozycyjna
Lampart napisał(a): Chcą mieć dzieci, bo genetycznie mają zapisany w sobie instynkt macierzyński.
Nie twierdzę, że interesują się stricte genami, jako podwójną helisą, tak jak w moim awku ;d

Czyli tak jak widzisz, rozwój cech prożyciowych i rozumnych, był u człowieka naturalny, geny nie programujące takich cech, po prostu odpadały - nie przechodziły do potomnych, a nie dlatego że Bóg sobie upodobał i zaplanował takich ludzi.

Cały czas w Twojej wypowiedzi się przewija pęd ku życiu, tylko z poziomu organizmu żywego przenosisz go na poziom genu, co jest (tak w ogóle) bardzo głupie. Ponieważ poza ewolucją biologiczną, są też inne ewolucje np. gwiazd, Wszechświata, a z tego co wiem, te genów nie posiadają.

Dużo prostszym i bardziej intuicyjnym wytłumaczeniem jest, że to nie gen chce przetrwać, tylko organizmy żywe chcą przetrwać. A doskonalenie genetyczne się odbywa przy okazji.

ZaKotem napisał(a):
towarzyski.pelikan napisał(a): Ale te, ktore chca, to czemu chca? Co moga kobiete interesowac jakies geny?

Kobiety nie obchodzą geny, natomiast obchodzą je pozytywne emocje związane z macierzyństwem, które równoważą niedogodności fizyczne ciąży i porodu. Rodzenie dzieci jest więc aktem hedonizmu.

Dawno nie czytałam większej bredni. Rodzenie dzieci jest dla kobiety aktem najwyższego poświęcenia - aktem heroizmu. Kobieta, stając się matką, oddaje swoje życie na rzecz dziecka.

Ale masz prawo tego nie wiedzieć, bo z jakiegoś powodu nie zamieściłam na ateiście mojego programowego tematu Prokreacja jako akt samobójczy

Cytat:W tym temacie chciałabym przedstawić kontrintuicyjną tezę, że prokreacja często bywa aktem samobójczym. Teza dlatego jest kontrintuicyjna, ponieważ znakomita większość ludzi jest dokładnie odwrotnego zdania. Wyobrażamy sobie bowiem, że sprowadzając na świat dziecko, niejako przedłużamy nasze własne życia, a niektórzy są jeszcze większymi optymistami sądząc, że prokreacja gwarantuje im nieśmiertelność. 
Jak jednak jest naprawdę?

Jeżeli rozpatrywać tę kwestię jedynie z biologicznego (genetycznego) punktu widzenia, to myślę, że trudno nie przyznać racji tym, którzy w akcie prokreacji dopatrują się przedłużenia życia. Dość jasne, że potomkowie przechowują geny swoich rodziców i jak dobrze pójdzie, to przekażą je dalej swoim dzieciom itd. Co prawda, te nasze doczesne geny z każdym kolejnym transferem będą coraz bardziej rozmyte, ale będą.

Problem zaczyna się, kiedy rozważania będziemy koncentrować nie na materialnej stronie człowieka, ale na jego psyche. Co się dzieje z życiem duchowym człowieka, który postanowił się rozmnożyć? Na pierwszy rzut oka trudno dostrzec jakieś wielkie zmiany. Życie rodzica na pewno ulega diametralnej zmianie, pojawia się nowa istota wymagająca uwagi, trzeba przeorganizować swoje codzienne funkcjonowanie, no ale pod względem psychicznym chyba wszystko pozostaje po staremu? Jeżeli takie pytanie zadaje sobie mężczyzna, to najczęściej można sobie pozwolić na uspokajające „Będzie jak dawniej”. Dziecko w życiu mężczyzny, choć jest istotą ważną, wartościową, której poświęca uwagę, w większości przypadków pozostaje odrębną istotą. O ile ojciec na tyle dobrze zarabia, że nie musi zapieprzać kosztem swojego czasu wolnego, żeby utrzymać rodzinę, to taki mężczyzna będzie mógł beż żadnych szkód psychicznych pogodzić rolę ojca ze swoimi pasjami, ścieżką rozwoju czy to prywatnego, czy zawodowego. Sprawy zaczynają się jednak komplikować, kiedy na warsztat weźmiemy kobietę. Najwyższa pora zmienić akapit.

Dziecko w życiu kobiety najczęściej nie prowadza się do tej ważnej, wartościowej, godnej uwagi istoty (jak to ma miejsce w przypadku ojców), lecz zajmuje w jej życiu dużo więcej miejsca. Nie bez powodu zresztą w odniesieniu do kobiet mówi się o zjawisku zwanym „instynktem macierzyńskim”. Kobieta już od małości dąży do bycia matką. Zaczyna się niewinnie od bawienia się lalkami i przytulania pluszaków, później swój instynkt macierzyński będzie próbowała zaspokoić w innych relacjach – znajdzie sobie psiapsiółkę od serca, która zawsze będzie mogła na nią liczyć (jak w późniejszej fazie własne dziecko). Przyjdzie czas, że przyjaciółka pójdzie w odstawkę, kiedy kobieta się zakocha i swój instynkt macierzyński przeleje na swoją sympatię/partnera. Partner (o ile nadal będzie w związku z tą kobietą) nie będzie się jednak zbyt długo rozkoszował pozycją rozpieszczanego maluszka. Wszystko się zmieni, kiedy na arenę ich sielanki wkroczy dziecko, czyli właściwy i docelowy obiekt instynktu macierzyńskiego. O ile w poprzednich relacjach instynkt ten jedynie dochodził czasem do głosu, tak w tej relacji rozkwitnie jak najcudowniejszy kwiat. Wszystkie inne relacje pójdą w odstawkę albo stracą na sile. 

Dziecko zajmuje centralne miejsce w życiu przeciętnej matki. Tak jak pisałam wcześniej, że o ile ojciec ma na tyle dobrą sytuację materialną, że nie dziecko nie kosztuje go całkowitego poświęcenia, tak matka, niezależnie od jej sytuacji (czy ma bogatego męża, sama dobrze zarabia, ma 1 dziecko czy 5), będzie chciała żyć życiem swojego dziecka. Porzuci (lub zaniedba w jakimś stopniu) swoje pasje, ambicje, zainteresowania, przyjaciół, angażując się na 100% w dziecko. Jej największą pasję, jej życie. I to nie dlatego, że zmuszą ją do tego życie, ona tego pragnie, to dawno życie już jej nie pociąga. Któż nie kojarzy wywiadów z celebrytami i nagłówków i zwierzeń a la „Przede wszystkim jestem mamą”, „Kocham swoją pracę, ale dziecko jest dla mnie najważniejsze”, ‘Cudownie jest być mamą” etc.? Co ważne, to zjawisko współistotności życie matki-życie dziecka wcale nie mija, kiedy dziecko zostanie odchowane. Owszem, bywa, że taka kobieta wróci do swoich dawnych pasji, więcej czasu poświęci karierze czy życiu towarzyskiemu, ale tan głęboko w sercu zawsze przede wszystkim będzie mamą. Motyl nie może wrócić do fazy poczwarki. Macierzyństwo to kwintesencja kobiecości.

No dobrze. Właśnie doszliśmy do wniosku, że dziecko zmienia życie kobiety o 180 st. (czasami to będzie trochę mniej). Ale co na Boga ma to wspólnego z samobójstwem łypiącym z tytułu tego wywodu? Ano, skoro życie duchowe kobiety, która staje się matką, ulega tak niebotycznej zmianie, to można powiedzieć, że w pewnym sensie akt prokreacji jest równoznaczny dla kobiety z aktem samobójczym. Zabija swoje dawne „Ja”, roztapiając się w dziecku. Powstaje nowe „ja”, hybryda „jej” i „dziecka”. 
Kobiety w znakomitej większości wcale nie chcą, żeby żyć w dziecku (jak pragnie tego wielu mężczyzn), lecz chcą, aby dziecko żyło w nich. Pod względem duchowym kobieta nigdy nie „wypluwa” dziecka, noszonego w łonie. Kobieta składa siebie w ofierze. Musi umrzeć, żeby narodziło się nowe.
Nie chcę tajemnic ani stanów duszy, ani rzeczy niewymawialnych, nie jestem dziewicą ani księdzem, żeby się bawić w życie wewnętrzne. 
- Jean-Paul Sartre
Odpowiedz
Ojeżu. Ewolucje wykonują też łyżwiarze na lodowisku; wskaż geny w ich tańcu i nie argumentuj więcej w taki durny sposób. Bo wyszło Ci właśnie, że świat jest pochodną tego, co człowiek o nim powie, ergo człowiek jest Bogiem-Stwórcą.

Naprawdę zaś gen niczego nie chce; gen się tylko powiela. Z tego powielania się wynika, że organizm chodzący na tych genach chce żyć, o ile w ogóle rozporządza taką qualią jak chcenie (czy bakteria chce? a czy drzewo chce?). Ale to wynika parę pięter organizacji materii wyżej. Doczytałeś o tej emergencji?
In my spirit lies my faith
Stronger than love and with me it will be
For always
- Mike Wyzgowski & Sagisu Shiro
Odpowiedz
Pelikan

Cytat:Cały czas w Twojej wypowiedzi się przewija pęd ku życiu, tylko z poziomu organizmu żywego przenosisz go na poziom genu, co jest (tak w ogóle) bardzo głupie. Ponieważ poza ewolucją biologiczną, są też inne ewolucje np. gwiazd, Wszechświata, a z tego co wiem, te genów nie posiadają.

Dużo prostszym i bardziej intuicyjnym wytłumaczeniem jest, że to nie gen chce przetrwać, tylko organizmy żywe chcą przetrwać. A doskonalenie genetyczne się odbywa przy okazji

Ani razu nie stwierdziłem, że gen chce przetrwać, gen nic nie chce moim zdaniem, ale warunkuje za to możliwości i chęci organizmów do przetrwania. Jest to naturalny proces niewymagający planowania Boga.
Bóg w ogóle nie jest potrzebny do wyjaśnienia czegokolwiek we wszechświecie.
Myśleć to co prawdziwe, czuć to co piękne i kochać co dobre – w tym cel rozumnego życia.

Platon
Odpowiedz
Pelikan
Cytat:poza ewolucją biologiczną, są też inne ewolucje np. gwiazd, Wszechświata, a z tego co wiem, te genów nie posiadają.

Wszechświat ewoluuje i ewoluował będzie, taki już jest.
Myśleć to co prawdziwe, czuć to co piękne i kochać co dobre – w tym cel rozumnego życia.

Platon
Odpowiedz
towarzyski.pelikan napisał(a): Dziecko zajmuje centralne miejsce w życiu przeciętnej matki. Tak jak pisałam wcześniej, że o ile ojciec ma na tyle dobrą sytuację materialną, że nie dziecko nie kosztuje go całkowitego poświęcenia, tak matka, niezależnie od jej sytuacji (czy ma bogatego męża, sama dobrze zarabia, ma 1 dziecko czy 5), będzie chciała żyć życiem swojego dziecka. Porzuci (lub zaniedba w jakimś stopniu) swoje pasje, ambicje, zainteresowania, przyjaciół, angażując się na 100% w dziecko. Jej największą pasję, jej życie. I to nie dlatego, że zmuszą ją do tego życie, ona tego pragnie, to dawno życie już jej nie pociąga. Któż nie kojarzy wywiadów z celebrytami i nagłówków i zwierzeń a la „Przede wszystkim jestem mamą”, „Kocham swoją pracę, ale dziecko jest dla mnie najważniejsze”, ‘Cudownie jest być mamą” etc.? Co ważne, to zjawisko współistotności życie matki-życie dziecka wcale nie mija, kiedy dziecko zostanie odchowane. Owszem, bywa, że taka kobieta wróci do swoich dawnych pasji, więcej czasu poświęci karierze czy życiu towarzyskiemu, ale tan głęboko w sercu zawsze przede wszystkim będzie mamą. Motyl nie może wrócić do fazy poczwarki. Macierzyństwo to kwintesencja kobiecości.

No właśnie, sama potwierdzasz, że dla kobiet decydujących się na rozmnażanie macierzyństwo to największa podnieta z możliwych. To działa jak narkotyk, także pod względem fizjologii. Czysty hedonizm, dążenie do spełnienia własnych potrzeb emocjonalnych.
Odpowiedz
Pelikan na podstawie opinii nadopiekuńczych mamusiek tworzy normę społeczną, której powinny się podporządkować wszystkie kobiety. Każda w miarę inteligentna kobieta jest świadoma tego, że skupienie całej swojej uwagi na rodzinie jest ryzykowne. Każdy facet może zacząć stosować przemoc, zdradzać czy po prostu odejść z inną, zabierając swoje zasoby. Każda kobieta musi być na to przygotowana.Uśmiech
Odpowiedz
ZaKotem napisał(a): No właśnie, sama potwierdzasz, że dla kobiet decydujących się na rozmnażanie macierzyństwo to największa podnieta z możliwych. To działa jak narkotyk, także pod względem fizjologii. Czysty hedonizm, dążenie do spełnienia własnych potrzeb emocjonalnych.

Musisz się posługiwać jakąś osobliwą definicją hedonizmu, która obejmuje każdą postawę życiową, której celem jest spełnienie.

Rodica napisał(a): Pelikan na podstawie opinii nadopiekuńczych mamusiek tworzy normę społeczną, której powinny się podporządkować wszystkie kobiety.

Teraz niech Rodica przypomni Pelikanowi, w którym miejscu tworzy normę społeczną, której powinny się podporządkować wszystkie kobiety.

Tekst Pelikana nie ma charakteru dydaktycznego. Jest opisem zjawiska, który Pelikan obserwuje. Ponadto, Pelikan napisała ten tekst w czasie, kiedy gardziła madkami... Był ironiczny. Dopiero z czasem zauważyła, że napisała niechcący coś prawdziwego.

Cytat: Każda w miarę inteligentna kobieta jest świadoma tego, że skupienie całej swojej uwagi na rodzinie jest ryzykowne. Każdy facet może zacząć stosować przemoc, zdradzać czy po prostu odejść z inną, zabierając swoje zasoby. Każda kobieta musi być na to przygotowana.Uśmiech

Każda kobieta nie musiałaby się tak tego obawiać, gdyby ogół mężczyzn był ukształtowany w duchu katolickim. Nie wiedzieć czemu, te "inteligentne" kobiety walczą z chrześcijaństwem, jego etyką, otwarcie opowiadając się za laickim światem bez zobowiązań. Tak bardzo siebie samych nienawidzą, czy może ktoś...nimi manipuluje?
Nie chcę tajemnic ani stanów duszy, ani rzeczy niewymawialnych, nie jestem dziewicą ani księdzem, żeby się bawić w życie wewnętrzne. 
- Jean-Paul Sartre
Odpowiedz
tp:
Cytat:Każda kobieta nie musiałaby się tak tego obawiać, gdyby ogół mężczyzn był ukształtowany w duchu katolickim. Nie wiedzieć czemu, te "inteligentne" kobiety walczą z chrześcijaństwem, jego etyką, otwarcie opowiadając się za laickim światem bez zobowiązań. Tak bardzo siebie samych nienawidzą, czy może ktoś...nimi manipuluje?
Chyba faktycznie Bóg Cię opuścił. Gdyby było możliwe ingerowanie w ludzką naturę w stopniu jakim chce tego duch katolicki, musiałabyć zgodzić się na bezwględną przynależność do męża, niższą pozycję w hierachii, instrumentalny seks służący wyłącznie płodzeniu dzieci. Nawet na dyskusje z mężczyznami nie mogłabyś sobie pozwolić, gdyż przyzwoita kobieta nie otwiera ust bez pozwolenia męża, tylko uważnie słucha i grzecznie kiwa glówką.
Odpowiedz
Rodica napisał(a): Chyba faktycznie Bóg Cię opuścił. Gdyby było możliwe ingerowanie w ludzką naturę w stopniu jakim chce tego duch katolicki, musiałabyć zgodzić się na bezwględną przynależność do męża, niższą pozycję w hierachii, instrumentalny seks służący wyłącznie płodzeniu dzieci. Nawet na dyskusje z mężczyznami nie mogłabyś sobie pozwolić, gdyż przyzwoita kobieta nie otwiera ust bez pozwolenia męża, tylko uważnie słucha i grzecznie kiwa glówką.

Seksizm nie jest katolicki, Rodico, czego dowód masz na tym forum. Nawet tęczowe lewaki płci obojga tam głęboko w sercu wierzą, że co wolno facetowi, to kobiecie nie przystoi. Początkowo irytowało mnie, że nazywa mnie się tutaj Brajankiem, bo to straszny seksizm, ale dojrzałam w końcu do tego, że ten seksizm to bardzo zdrowy objaw. Dla kobiet lepiej, żeby mężczyźni nie traktowali ich jak równych sobie, ponieważ przeciętna kobieta mężczyźnie równa nie jest i nigdy nie będzie. Oczywiście, są wyjątki, jednak zauważ, że i tutaj jest jakieś wyjście. Po prostu taka kobieta, którą chce być równa mężczyznom i ma ku temu podstawy, musi się zrzec godności (parasola ochronnego) przysługującej kobiecie i wówczas może z mężczyznami nawiązać relację partnerską. Ja nawet tego nie musiałam robić, mężczyźni sami mi ją odebrali. Żeby traktować mnie bez taryfy ulgowej, musieli mi zmienić płeć na męską. A ja, jako istota podległa mężczyźnie, powinnam chyba nawet sobie zmienić płeć w profilu. Skoro mężczyzna mówi mi, że jestem mężczyzną, to co ja mam do gadania?
Nie chcę tajemnic ani stanów duszy, ani rzeczy niewymawialnych, nie jestem dziewicą ani księdzem, żeby się bawić w życie wewnętrzne. 
- Jean-Paul Sartre
Odpowiedz
tp:
Seksizm jest cechą każdej religii, w której Bogiem jest facet.  Jej zadaniem jest po prostu wzmacnianie i utrwalanie naturalnego seksizmu.
W moim odczuciu seksizm w wykonaniu tęczowych lewaków jest łagodny nie powoduje nadmiernego stresu i dezintegracji psychicznej. Jest w tej etykietce pewna doza akceptacji i uznania dla twojego intelektu.

Seksizm jest równie naturalny jak rasizm, i należy go tępić, podobnie jak rasizm. Skoro czlowiek może nauczyć się dostrzegać w murzynie czlowieka, może też nauczyć się dostrzegać go w kobiecie albo w dziecku, uwzględniając pewne różnice biologiczne, takie jak np. słabszy ukad nerwowy. Trzeba być naprawdę tępym, opornym i nieludzkim, żeby tego nie dostrzegać.
Odpowiedz
Rodico,

Jeśli przez seksizm rozumiesz separatyzm płciowy, to masz rację. Choć moim zdaniem to idiotyzm do worka seksizm/rasizm wrzucać poszanowanie różnic pomiędzy ludźmi i to w imię tolerancji dla różnorodności. To jest jeden z tych lewackich absurdów, których nie pojmuję. 

Czym jest ten człowiek, którego chce się dostrzegać w Murzynie, kobiecie lub dziecku? Jakimś abstrakcyjnym, ideologicznym tworem, wyjętym z wszelkich kontekstów, do którego chce się naginać rzeczywistych ludzi, sugerując, że im się przez to robi przysługę. Zobrazuję to przykładem psa. Pies ma taką naturę, że jest trochę niewolnikiem. Spełnia się jako pies, kiedy służy swojemu panu. I wyobraźmy sobie, że przychodzi do psa jakiś emancypator z propozycją wyzwolenia go spod jarzma niewoli, w której jest traktowany niepsio. Psu się należy taka sama pozycja jak człowiekowi. Niech pies sam sobie swobodnie wchodzi w związki, jak chce niech sobie żyje w pojedynkę, dyktuje warunki etc. Pies, który jak dotąd był szczęśliwy w roli psa i do głowy mu nie przyszło, że jest jakoś zniewolony, nagle poczuł wielką krzywdę i postanowił się zerwać z łańcucha za radą oświeconego emancypatora. I tak sobie biedak lata, bezdomny, bezpański i nikt go nie chce przywiązać do łańcucha, nawet jakby chciał, to nie może na to liczyć, bo przecież potencjalny pancio złamałby w ten sposób prawa psa. Jest skazany na los tego ideowego psa, który wcale nie odpowiada jego potrzebom.

Tak samo widzę sytuację wyzwolonych dzieci, kobiet, Murzynów etc. Albo się szanuje konkretnych ludzi (a tym samym stawia na różnorodność), albo abstrakcyjną ideę człowieka (a tym samym tępi się różnorodność na rzecz równości).
Nie chcę tajemnic ani stanów duszy, ani rzeczy niewymawialnych, nie jestem dziewicą ani księdzem, żeby się bawić w życie wewnętrzne. 
- Jean-Paul Sartre
Odpowiedz
towarzyski pelikan:
Popełniasz jeden zasadniczy błąd logiczny. Dla Ciebie facet jest Bogiem, co wynika bezpośrednio z religii, skoro Bóg jest facetem to facet jest jego ziemską emanacją siły i rozumu.
Według Ciebie facet jest suwerenną, niezależną istotą, która posiada indywidualną wolność wyboru i może ingerować w wolność i integralność ludzi od niego zależnych lub nawet niezależnych, których posądza o brak przyrodzonego rozumu.
To, że funkcje umysłowe kobiet w większym stopniu zależą od zdrowia psychicznego, nie jest powodem, żeby uważać je za istoty upośledzone na miarę psa, którego trzeba tresować i pilnować na każdym kroku.
Bóg czy facet, który nie szanuje wolności wyboru w zakresie doskonalenia swojego życia to Bóg który umniejsza i wykorzystuje. Nie wspiera, nie pomaga tylko zamyka w klatce schematów.
Odpowiedz
Rodica:

Nigdzie nie zalecam tresowania kobiet, ani nie twierdzę, ze facetowi przysluguje jakas wieksza niezaleznosc, czy suwerennosc z racji bycia facetem. Po prostu zwracam uwagę na to, że ludzie są różni i mają rożne potrzeby. To co jest dobre dla faceta, nie musi być dobre dla kobiety, to co jest dobre dla dorosłego nie musi być dobre dla dziecka, to co jest dobre dla człowieka, nie musi być dobre dla psa.

Wiele kobiet dalo sobie wmówic, ze potrzebuja czegos, czego wcale nie potrzebuja np. robienia kariery zawodowej i że nie potrzebuja czegoś, czego potrzebują - posiadania potomstwa, co dociera do tych kobiet dość późno. Podczas gdy przecietny facet po osiągniecu róznych sukcesów zawodowych czuje się spełniony zyciowo, przeciętna kobieta nie będzie w ten sposób wynagrodzona, tak jakby pracowala na cudze szczescie, a nie swoje. 

Ten odwrót od natury nie tylko nie przynosi szczęścia jednostkom, ale również rodzi fatalne skutki społeczne, poniewaz swiat dziala najlepiej wtedy, kiedy ludzie skupiaja sie na tym, co im wychodzi najlepiej, a predyspozycje/talenty są ściśle związane z naturalnymi zaintersowaniami/potrzebami. Ideologowie natomiast próbują nagiąć te naturalne zdolności pod jakąś ich wizję nowego wspaniałego świata, gdzie wzsyscy mają mieć takie same zainteresowania i potrzeby niezależnie od płci, narodowości, wieku etc. Jesteś kobietą? Interesują Cię przede wszystkim ludzie i relacje? Zapomnij o macierzyństwie, psychologii, pracy społecznej, już dziś zapisz się na kurs programowania. Jak tylko 50% programistów bedzie płci zenskiej, świat stanie sie bardziej przyjaznym miejscem do życia. Ja rozumiem poswięcenie, ale tylko wtedy, kiedy ono ma sens i przede wszystkim, kiedy idzie w parze z potrzebami osoby, która się poświęca. Rezygnacja z wlasnych talentow, szczescia na rzecz parytetu, który ani nie słuzy samej ziantersowanej, ani spoleczenstwu, jest najzwyczajniej głupia i niepotrzebna.
Nie chcę tajemnic ani stanów duszy, ani rzeczy niewymawialnych, nie jestem dziewicą ani księdzem, żeby się bawić w życie wewnętrzne. 
- Jean-Paul Sartre
Odpowiedz
towarzyski pelikan :
Cytat:Wiele kobiet dalo sobie wmówic, ze potrzebuja czegos, czego wcale nie potrzebuja np. robienia kariery zawodowej i że nie potrzebuja czegoś, czego potrzebują - posiadania potomstwa, co dociera do tych kobiet dość późno. Podczas gdy przecietny facet po osiągniecu róznych sukcesów zawodowych czuje się spełniony zyciowo, przeciętna kobieta nie będzie w ten sposób wynagrodzona, tak jakby pracowala na cudze szczescie, a nie swoje.

Ten odwrót od natury nie tylko nie przynosi szczęścia jednostkom, ale również rodzi fatalne skutki społeczne, poniewaz swiat dziala najlepiej wtedy, kiedy ludzie skupiaja sie na tym, co im wychodzi najlepiej, a predyspozycje/talenty są ściśle związane z naturalnymi zaintersowaniami/potrzebami. Ideologowie natomiast próbują nagiąć te naturalne zdolności pod jakąś ich wizję nowego wspaniałego świata, gdzie wzsyscy mają mieć takie same zainteresowania i potrzeby niezależnie od płci, narodowości, wieku etc. Jesteś kobietą? Interesują Cię przede wszystkim ludzie i relacje? Zapomnij o macierzyństwie, psychologii, pracy społecznej, już dziś zapisz się na kurs programowania. Jak tylko 50% programistów bedzie płci zenskiej, świat stanie sie bardziej przyjaznym miejscem do życia. Ja rozumiem poswięcenie, ale tylko wtedy, kiedy ono ma sens i przede wszystkim, kiedy idzie w parze z potrzebami osoby, która się poświęca. Rezygnacja z wlasnych talentow, szczescia na rzecz parytetu, który ani nie słuzy samej ziantersowanej, ani spoleczenstwu, jest najzwyczajniej głupia i niepotrzebna.

Masz generalnie rację, ale nie jestem pewna czy głównym powodem wybierania niewłaściwej ścieżki życiowej jest odgórnie narzucona ideologia, chyba częściej jest to perspektywa w miarę stabilnego zatrudnienia.
Moją karierą pokierował mój patriarchalny ojciec, wcisnął mnie na kierunek, który niezbyt mnie interesował. Nie pytał się o moje zdanie, moje preferencje. Musiałam spelnić jakieś jego wyimaginowane oczekiwania.
Gdybym miała wybór może zostałabym projektantką mody, biżuterii i perfum. Dla niego tego typu zainteresowania były zbyt babskie, zbyt mało ambitne i infantylne.
Aktywizacja kobiet na polu zawodowym powinna opierać się na gruntownym zbadaniu swoich potrzeb, mozliwości właściwym obraniu celów. To nie jest możliwe, jeśli od dziecka jesteś poddana męskiej kurateli.
Odpowiedz
towarzyski.pelikan napisał(a):
ARHIZ napisał(a): Według Tenzina Gjaco człowiek dobiera sobie religię przez swoje unikalne preferencje, u Ciebie jest to raczej geograficzne. 

Racja, ze człowiek sobie dobiera religie przez preferencje, ale preferencje mozna rozumiec na dwa sposoby:

a) egoistyczna, interesowna preferencja - wybieram sobie religie x, bo mi bardziej pasuje, fajniejsze wnioski z niej plyna, jest bardziej ciekawa intelektualnie, lepiej mi sie kojarzy
b) naturalna - podporządkowuje się religii, która zostala mi dana, niezaleznie od tego, czy mi sie ona podoba czy nie

Dlaczego ta naturalna jest wlasciwa, a ta egoistyczna nie? Ponieważ ta druga postawa jest postawa pokory, posluszenstwa. Liczy sie dla mnie Prawda, nawet jesli jest nieprzyjemna, nawet jesli jej nie rozumiem, nawet jesli mi ciazy. Mamy tutaj nastawienie na obiektywizm.

Natomiast w pierwszym przypadku wybieram sobie religie, ktora bedzie dla mnie wygodna, niczym towar w sklepie albo danie w restauracji. Jest to wybór nie tyle etyczny, jak w sytuacji powyzej, tylko estetyczny. Liczy sie dla mnie prawda subiektywna (egoistyczna), jedna z wielu.

Cytat:Czy chrześcijanin wychowany przez buddystów nie dotrze do Boga? Czym jest to pogubienie?
Skoro byl wychowany przez buddystow, to jakim cudem jest chrzescijaninem? Czemu wybral chrzescijanstwo?

Pogubienie polega na tym, ze obcych kulturowo religii nie rozumiemy, nigdy nie wejdziemy gleboko w taka religie, nie jest z nami kompatybilna. I to co sie dzieje np. z Polakami przechodzacymi na buddyzm to przejecie takiej płytkiej, niezobowiazujacej warstwy duchowosci. Ci ludzie sa strasznie naiwni, oderwani od rzeczywistosci, a niekiedy niebezpieczni. Czasem ich buddyzm przechodzi wrecz w psychopatie.

I kiedys myslalam, ze to ten buddyzm jest taki straszny, ale teraz mysle, ze problem nie lezy w buddyzmie, tylko przyjeciu go w spłyconej formie. Gdyby delikwent mial rzeczywiscie ten buddyzm przyjac w jego całym bogactwie, toby szybko sie okazalo, ze to chrzescijanstwo wcale nie jest jakies "gorsze", trudniejsze.

Lampart napisał(a): Ja uważam, że podmiot jest kreowany przez pracę mózgu, który lokalizuje bodźce względem działa i konstruuje na tej podstawie odpowiednio doświadczenie. Dlatego jak się leży na łóżku to ma się doświadczenie, że się leży na łóżku.

Tylko, ze Ty cały czas piszesz o ciele. A mnie interesuje podmiot. Gdzie jest podmiot, a nie jak powstaje i ze sie utozsamia ze swoim cialem.

Z tego co piszesz wynika, że właśnie prawda nie ma żadnego znaczenia. Jeżeli nie ma Boga prócz Allah i jednocześnie tylko baptyści wierzą w prawdziwego Boga, to ktoś musi się mylić. Tymczasem Ty oczekujesz, by każdy obstawał bezmyślnie przy swoim bez względu na treść. Z pewnością jest to wygodne, ale czy dobre?
ॐ नमः शिवाय

"Wachlarzem o aloes", czyli mój blog literacki o fantasy i science-fiction: 
http://wachlarzemoaloes.blogspot.com 
Odpowiedz
ARHIZ napisał(a): Z tego co piszesz wynika, że właśnie prawda nie ma żadnego znaczenia. Jeżeli nie ma Boga prócz Allah i jednocześnie tylko baptyści wierzą w prawdziwego Boga, to ktoś musi się mylić.

Masz rację przy założeniu, że Bóg muzułmanów i Bóg batystów jest innym Bogiem. Ja jestem zdania, że jedni i drudzy wierzą w tego samego Boga, tylko inaczej. Częściowo, to są różnice formalne, a częściowo jakościowe (wiara dojrzała vs. niedojrzała). Ja np. poznając buddyzm dopiero zaczęłam odkrywać głębie chrześcijaństwa, buddyzm mi otworzył oczy na te aspekty chrześcijaństwa, które mi wcześniej umykały z powodu nadmiernego przywiązania do formy. Ludzi poznający różne religie, kulty zawsze dochodzą w końcu do wniosku, że w rdzeniu wszystkie religie są o tym samym.
Nie chcę tajemnic ani stanów duszy, ani rzeczy niewymawialnych, nie jestem dziewicą ani księdzem, żeby się bawić w życie wewnętrzne. 
- Jean-Paul Sartre
Odpowiedz
A widzisz, to o to chodzi. Tu się zgadzam. Sam co prawda przerabiam teraz Mahabharatę, ale w kolejce czeka Biblia i Koran do opracowania.

Czym jest wiara dojrzała i niedojrzała?

Ale jaką zatem na wartość pogląd, że należy wyznawać religię urodzenia, skoro rdzeń każdej to prawdziwy Bóg? Co jeśli jakiemuś Ahmedowi z Syrii łatwiej jest dotrzeć do Boga przez nauki Buddy czy Jezusa?
ॐ नमः शिवाय

"Wachlarzem o aloes", czyli mój blog literacki o fantasy i science-fiction: 
http://wachlarzemoaloes.blogspot.com 
Odpowiedz
ARHIZ napisał(a): Czym jest wiara dojrzała i niedojrzała?

W zasadzie powinnam była napisać religia dojrzała/niedojrzała, a nie wiara - bo wiara może być dojrzała i niedojrzała w ramach każdej religii, a mnie tutaj chodziło o dojrzałość samego wyznania, np. jakieś prymitywne wierzenia nieucywilizowanych ludów, które dla swoich bogów robią ofiary z ludzi są mniej dojrzałą formą religii niż islam, natomiast islam jest mniej dojrzały niż chrześcijaństwo czy buddyzm. Te ostatnie religie uważam za względnie równe sobie pod względem dojrzałości. Przez dojrzałość rozumiem odejście od kultu abstrakcyjnego Boga żądającego krwawych ofiar, religii uprzedmiotawiającej człowieka na rzecz Boga obecnego w świecie, w tym nade wszystko w człowieku, religii upodmiotawiającej człowieka.

Cytat:Ale jaką zatem na wartość pogląd, że należy wyznawać religię urodzenia, skoro rdzeń każdej to prawdziwy Bóg? Co jeśli jakiemuś Ahmedowi z Syrii łatwiej jest dotrzeć do Boga przez nauki Buddy czy Jezusa?
Chodzi o to, że rodzima religia pozwala na głębsze wejście w relacje z Bogiem. Porównałabym to do rodzimego języka. Nawet zaawansowana znajomość języka obcego nie gwarantuje np. wnikliwego zrozumienia literatury pięknej stworzonej w tym języku. Żeby zrozumieć bardziej ambitne, czy bardziej osadzone w obcej kulturze teksty, trzeba niejako wcielić się rodzimego użytkownika tego języka, co jest szalenie trudne, przez co nieosiągalne dla większości ludzi.
Zwykle taka zmiana religii jest podyktowana bardziej atrakcyjną formą, a co za tym idzie oznacza porzucenie religii w jej głębi, która jest dla nas niezrozumiała na rzecz jej spłyconej wersji, która przez tę płytkość lepiej nam leży, jest jakaś taka bardziej logiczna, sensowna. Natomiast uparte trwanie przy rodzimej religii skłania do wysiłku. Moja religia jest dla mnie trudna, ale zamiast iść na skróty do Boga, biorę tę trudność na klatę, małymi krokami odkrywając kolejne jej warstwy. Przygoda z inną religią sama w sobie może być taką próbą zrozumienia własnej, ale często ludzie już nie wracają do tej rodzimej, tylko zadowalają się tą formą przejściową.
Nie chcę tajemnic ani stanów duszy, ani rzeczy niewymawialnych, nie jestem dziewicą ani księdzem, żeby się bawić w życie wewnętrzne. 
- Jean-Paul Sartre
Odpowiedz
towarzyski.pelikan napisał(a): W zasadzie powinnam była napisać religia dojrzała/niedojrzała, a nie wiara - bo wiara może być dojrzała i niedojrzała w ramach każdej religii, a mnie tutaj chodziło o dojrzałość samego wyznania, np. jakieś prymitywne wierzenia nieucywilizowanych ludów, które dla swoich bogów robią ofiary z ludzi są mniej dojrzałą formą religii niż islam, natomiast islam jest mniej dojrzały niż chrześcijaństwo czy buddyzm. Te ostatnie religie uważam za względnie równe sobie pod względem dojrzałości. Przez dojrzałość rozumiem odejście od kultu abstrakcyjnego Boga żądającego krwawych ofiar, religii uprzedmiotawiającej człowieka na rzecz Boga obecnego w świecie, w tym nade wszystko w człowieku, religii upodmiotawiającej człowieka.
Zgodzę się co do określania konkretnych przypadków jako dojrzałe lub niedojrzałe, ale trudno już tutaj mówić o całych religiach. Jedne plemię może składać ofiary z ludzi, ale drugie może postrzegać go jako wszechogarniającego Manitou, który przenika wszystko. Buddyzm może prowadzić do oświecenia, ale myanmarscy mnisi nawołujący do mordowania muzułmanów w imię religii to także jakieś oblicze buddyzmu. Tak samo przepełnieni miłością sufi i morderczy członkowie Daesh. U Chrześcijan podobnie, są wśródch także baptyści, dla których czyny nie mają większego znaczenia [wbrew temu co mówią] a Bóg skaże na potępienie 98% populacji.


Cytat:Chodzi o to, że rodzima religia pozwala na głębsze wejście w relacje z Bogiem. Porównałabym to do rodzimego języka. Nawet zaawansowana znajomość języka obcego nie gwarantuje np. wnikliwego zrozumienia literatury pięknej stworzonej w tym języku. Żeby zrozumieć bardziej ambitne, czy bardziej osadzone w obcej kulturze teksty, trzeba niejako wcielić się rodzimego użytkownika tego języka, co jest szalenie trudne, przez co nieosiągalne dla większości ludzi.
Zwykle taka zmiana religii jest podyktowana bardziej atrakcyjną formą, a co za tym idzie oznacza porzucenie religii w jej głębi, która jest dla nas niezrozumiała na rzecz jej spłyconej wersji, która przez tę płytkość lepiej nam leży, jest jakaś taka bardziej logiczna, sensowna. Natomiast uparte trwanie przy rodzimej religii skłania do wysiłku. Moja religia jest dla mnie trudna, ale zamiast iść na skróty do Boga, biorę tę trudność na klatę, małymi krokami odkrywając kolejne jej warstwy. Przygoda z inną religią sama w sobie może być taką próbą zrozumienia własnej, ale często ludzie już nie wracają do tej rodzimej, tylko zadowalają się tą formą przejściową.
Mogłoby to być prawdziwe, ale tylko wtedy, gdyby każda osoba podająca się za wyznawcę religii była faktycznie religijna. Co w sytuacji przemocy domowej, gdzie pijany ojciec uważa się za osobę wierzącą, a jednocześnie pierze swoje dziecko przy każdej okazji? Także z powodu tego, że dziecko nie chce iść do kościoła? Czy takie dziecko wyniesie z domu nauki Chrystusa? Albo co z klasyczną polską katolicką rodziną, w której Biblię czyta się raz w roku lub wcale, a do kościoła chodzi okazjonalnie... lub wcale?
I tak, prawdą jest, że egzotyka może przyciągać. Z drugiej strony wrodzone ciągotki do pewnych rzeczy możemy potraktować jako opatrzność, może Bóg chce, by dany wyznawca poszedł tą konkretną drogą? Oczko
Za młodu uważałem, że wszystkie religie są równe, teraz jednak coraz bardziej skłaniam się do poglądu, że religie dharmiczne górują nad pozostałymi, ponieważ jako jedyne zawierają jednocześnie zestaw wartości moralnych oraz konkretne wskazówki prowadzące do rozwoju fizycznego i duchowego, z czym wiąże się poczucie szczęścia. Jednak biorę pod uwagę, że to, co mnie wydaje się najlepsze nie musi być najlepsze dla Pelikana.
Ale wracając do Twoich poglądów. Jako Polak od co najmniej siedmiu pokoleń [według drzewa rodowego] powinienem być związany z religijnością katolicką/chrześcijańską [choć w rodzinie były różne wyznania]. Z grubsza z doktryną katolicką spotkałem się w szkole na religii, na którą zresztą zawsze chętnie uczęszczałem. Gdy o tym słuchałem miałem jakieś siedem lat. I pomyślałem sobie "ej, to jest bez sensu". Jednocześnie, gdy czytałem w domu Iengara, mając niewiele więcej lat, opisane tam rzeczy wydawały mi się oczywiste. Co o tym sądzisz biorąc pod uwagę Twoje podglądy odnośnie wychowania w konkretnej religii. Dodam jeszcze, że u mnie w domu, pomimo jakiejś tam tradycji religijnej, tak chrześcijaństwo jak śiwaizm znane są bardzo pobieżnie, praktycznie wcale.
ॐ नमः शिवाय

"Wachlarzem o aloes", czyli mój blog literacki o fantasy i science-fiction: 
http://wachlarzemoaloes.blogspot.com 
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości