Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Channeling zatwardziałego katolika
#1
Z góry bardzo przepraszam, ale chciałbym, muszę i mam potrzebę odreagować. Jest we mnie zatwardziały anankastyczny katolik o mentalności de facto lefebrystycznej i muszę go wyrazić na zewnątrz. Proszę nie mieć mi tego za złe, ale dlaczego tylko ja mam się z nim męczyć? Niech połączy się on ze światem, niech świat zobaczy kogo ja muszę gdzieś tam głęboko w sobie znosić na co dzień.

Nie wiem czy to właściwy dział - jeśli nie, to proszę o przeniesienie. Z góry zaznaczam, że ja jestem tylko gospodarzem, a tutaj przeprowadzam jego channeling. Channeling to jest coś takiego co na przykład robi Darryl Anka, gdy pozwala przez siebie mówić Basharowi. Może to nie do końca to samo, bo ja tutaj jednocześnie obserwuję cały proces, a osoby w channelingu wyglądają jakby dawały się przejąć, ale mniejsza o to. Zaczynajmy.

Jeśli ktoś miałby ochotę z nim podyskutować, przekonać, zadać pytania, itp. to zapraszam, ale z góry uprzedzam że jest on na maksa zatwardziały i okopany w swoich przekonaniach.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

1. Jest piekło.
 
Tak głosi Pismo św., tak nauczają Doktorowie Kościoła. Pismo św. Starego i Nowego Zakonu po wielekroć mówi o piekle, a więc zatwierdza istnienie piekła. Samże Pan Jezus często mówi o piekle. "Pożyteczniej jest, aby zginął jeden z członków twoich, niźliby miało być wrzucone wszystko ciało twoje do piekła". – "Kto nie wierzy będzie potępion" (Mk 16, 16).
 
Toż nauczają Ojcowie Kościoła. Weźcie do rąk księgi ich, a pełno w nich znajdziecie dowodów, że jest piekło. Kościół św. stanowczo naucza: "Którzy źle czynili, pójdą w ogień wieczny" (Symb. Athan.). Rozmaite sobory istnienie piekła jako artykuł wiary ogłaszają.
 
A więc jest piekło. Człowiek lekkomyślny lub niedowiarek niechże sobie mówi, że piekło jest urojeniem tylko; – słowo Boże, jakoby głosem gromu woła: Jest piekło!

2. Męki w piekle są straszliwe.
 
Kościół św. piekło opisuje jako miejsce mąk. Sobór Florencki naucza: "Dusze tych, którzy w stanie grzechu śmiertelnego schodzą ze świata, idą natychmiast do piekła, gdzie rozmaitych mąk doznają". Jakie to są męki – tego Kościół stanowczo nie wie i nie uczy, lecz Pismo św. podaje nam niektóre wskazówki, a te napomknienia – straszliwe. Według Pisma św. potępieni trojakie cierpią męki:

a) Utrata Boga.
 
Pan Jezus rzecze do tych, co po lewicy: "Idźcie ode mnie, przeklęci". Co to za boleść, gdy syn królewski traci prawo do berła i korony i przez całe życie musi siedzieć zamknięty w ciemnym więzieniu, a nigdy nie obaczy oblicza ojcowskiego!... A to cień tylko onych mąk, jakich doznają skazani na utratę Boga. Tomasz św. naucza, że ta męka w pewnym rozumieniu prawie nieskończona, gdyż Dobro utracone jest nieskończone. Z tej przyczyny nauczyciele Kościoła utrzymują, że utrata Boga potępionym większe męki zadaje i gorętsze łzy wyciska, niż wszystkie inne jakie bądź męki. Ta utrata tak wielka, jak Bóg, mówi św. Bernard.

b) Robak sumienia.
 
Prorok Izajasz przepowiada, że w sercu potępionych będzie się gnieździł robak: "Robak ich nie umiera". Toż powtarza Pan Jezus po trzykroć. Co by to była za męka, gdyby w sercu człowieka gnieździło się robactwo i powoli go pożerało!... Nieszczęśliwy człowiek nie znalazłby spokoju ni we dnie ni w nocy – musiałby od zmysłów odchodzić dla niezmiernego bólu. Cóż to więc za męka przez onego robaka w piekle!... Pamięć grzechów popełnionych i wspomnienie na tę nieszczęśliwość z własnej winy jako żarłoczna żmija szarpie wnętrzności, jako ognista strzała przeszywa serce, jako pazur krwiożerczej bestii rozdziera piersi. Papież Innocenty III pisze: "Robak sumienia trojakim sposobem serce rozdziera. Będzie je dręczył pamięcią, będzie męczył karą, będzie szarpał strachem. Wspominając sobie na grzechy, potępieńcy drżeć będą od strachu i wobec tych nieprawości, wołać będą: Cóż za pożytek nam przyniosły? Wszystko przeminęło. Z niepojętym zamieszaniem będą sobie przypominali, co czynili z nieposkromioną rozkoszą, ażeby oścień pamięci męczył tych za karę, których oścień złości do grzechu pobudzał".

c) Kara zmysłów.
 
O tejże karze Pismo św. na wielu miejscach wspomina. Mówi o krainie nędzy i strachu wiekuistego (Job. 10, 22); i o ciemnościach, gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów; o piecu ognistym, w który źli będą wrzuceni; mówi o jeziorze siarki, zgotowanym dla grzeszników. Te wszystkie wyrażenia, choćbyśmy je jak najłagodniej brali, dostatecznie dowodzą, że potępieni wielkie męki na zmysłach ponosić będą. Ojcowie święci mając mówić o mękach piekielnych, nie znajdują słów, by je w całej ich wielkości i okropności przedstawić. Św. Cyryl Aleksandryjski pisze: "Onej nieszczęśliwości nie można opowiedzieć, żaden język nie zdoła mąk piekła wysłowić". "Co Apostoł Paweł św. mówi o Niebie, można powiedzieć i o piekle: Oko nie widziało, ucho nie słyszało i w serce człowiecze nie wstąpiło, co zgotował Bóg tym, którzy Go nienawidzą" (św. Chrys.).

3. Z piekła nie ma wybawienia.
 
Ten to jest artykuł Wiary, który się najbardziej nie podoba ludziom, przeciw któremu najwięcej powstają. Ach, jakże byśmy wszyscy radzi byli, gdybyśmy mogli powiedzieć: "Chrześcijanie, słuchajcie – piekło niejaki tylko czas trwa, a potem wygasną jego płomienie, ustaną łzy jego!". Tedyby piekło przestało być piekłem, tedy byśmy słodki balsam ochłody spuścili na palące rany potępieńców. Lecz nie możem, lecz nie godzi się nam tak uczyć; albowiem jest artykułem Wiary, że piekło jest wieczne. Niechajże mówi sam Pan Bóg, On wiekuiście święty i prawdziwy. Pan Jezus mówi: "Jeśli ręka twoja, albo noga twoja gorszy cię, odetnij ją i zarzuć od siebie. Lepiejże tobie ułomnym albo chromym wnijść do żywota, niźli mając dwie ręce albo dwie nogi, być wrzuconym w ogień wieczny" (Mt. 18, 8). Mówi: "Król tedy rzecze do tych, co po lewicy: Idźcie precz ode mnie w ogień wieczny"; i tak kończy: "I pójdą ci na męki wieczne".
 
Po tych orzeczeniach Boga Zbawiciela, któżby jeszcze mógł wątpić o wieczności kar piekielnych?
 
Z równą stanowczością wyrażają się Apostołowie święci: "Pan Jezus objawi się z nieba z aniołami możności swojej, w płomieniu ognistym oddawając pomstę tym, którzy Boga nie znają, i którzy nie są posłuszni ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa" (II Tes. 1, 7-8). – "Dym mąk ich wstępować będzie po wszystkie wieczności, i nie będą mieli odpoczynku we dnie i w nocy" (Apok. 14, 11).
 
I Kościół św. naucza, że piekło trwa na wieki.
 
W trzecim wieku uczony mąż, Orygenes, utrzymywał, że kiedyś nastąpi wyzwolenie potępieńców i powszechne pojednanie się z Bogiem. Przeciw tej nowości Kościół święty wystąpił stanowczo i na piątym powszechnym soborze potępił tę naukę jako heretycką. Czwarty Sobór Lateraneński ogłosił artykuł wiary: "Wszyscy zmartwychwstaną w ciałach swoich, które teraz mają, iżby wzięli zapłatę według uczynków swoich, dobrych lub złych. Źli wezmą karę wieczną – wraz z szatanem, a dobrzy chwałę z Chrystusem". I Sobór Trydencki niejednokrotnie mówi o wiecznych mękach w piekle: Jeżeliby kto utrzymywał, że sprawiedliwy każdym dobrym uczynkiem swoim grzeszy i dlatego winien jest wiekuistego karania, niech będzie wyklęty.
 
Nie pozostaje nam tedy nic inszego, jak w pokorze schylić głowę, bo gdy Bóg mówi, człowiek nie może się przeciwić. A więc piekło trwać będzie na wieki. Więźnia jęczącego w więzieniu, zbrodniarza przykutego do galery, niewolnika smaganego biczem dozorcy – śmierć przynajmniej wyzwoli; lecz potępieńca nawet śmierć nie wybawi. "Ogień nie pożera tego, co pali, lecz przywraca do życia, co pożera". Dla potępieńców będzie śmierć bez umierania, koniec bez końca, mówi papież Grzegorz święty.

4. Grzech śmiertelny prowadzi do piekła.
 
Łaska uświęcająca wyciska na duszy piętno, że jest dzieckiem Bożym i że do Boga na zawsze należy. Tę pieczęć atoli niweczy grzech śmiertelny, który wyciska pieczęć przekleństwa, i dlatego dusza taka żadną miarą nie może dostać się do Nieba, jeżeli nie będzie czyniła pokuty. To powiedział Pan Jezus mówiąc: "Jeżeli kto nie trwa we mnie, jako latorośl będzie odrzucon i uschnie, i zbiorą ją i wrzucą w ogień, i zgorze" (Jan. 15, 6). Co ją czeka, to powiedziano jest w onej przypowieści o człowieku, który bez szaty godowej chciał wejść na gody królewskie. I usłyszał wyrok: "Związawszy mu ręce i nogi, wyrzućcie go w ciemności zewnętrzne, tam będzie płacz i zgrzytanie zębów" (Mt. 22, 13). Apostoł Paweł św. naucza wyraźnie, że grzesznicy w grzechu śmiertelnym schodzący ze świata, będą wykluczeni od królestwa niebieskiego. "Azali nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiędą królestwa Bożego? Nie łudźcie się. Ani cudzołożnicy, ani bałwochwalcy, ani łakomi, ani porubcy, ani złodzieje, ani grabieżcy nie osięgną królestwa Bożego" (I Kor. 6, 9. 10). Jan św. pisze krótko: "Bojaźliwym, niewiernym, obrzydliwym, mężobójcom, wszetecznikom, bałwochwalcom i wszystkim kłamcom część ich będzie w jeziorze ognia i siarki". I tak też naucza Kościół. Na Soborze Florenckim ogłosił Kościół taki artykuł Wiary: "Dusze tych, którzy w stanie grzechu śmiertelnego schodzą ze świata, idą natychmiast do piekła".

(źródło: http://www.ultramontes.pl/stagraczynski_6.htm )
Why so serious?
Odpowiedz
#2
Chciałem od razu przewinąć do wniosków... A ich tak za bardzo nie ma na dole
I hear the roar of big machine
Two worlds and in between
Hot metal and methedrine
I hear empire down


Odpowiedz
#3
(kontynuuję "channeling")

Dragula napisał(a): Chciałem od razu przewinąć do wniosków... A ich tak za bardzo nie ma na dole
Wniosek jest taki, że powinieneś się nawrócić. No chyba że chcesz być torturowany w piekle przez całą wieczność. Ale sądzę, że jednak nie chcesz.

Pójdź do spowiedzi pojednać się z Bogiem. Jeszcze wciąż nie jest za późno. On tam na Ciebie czeka i wciąż ma nadzieję, że się nawrócisz i nie będzie musiał Cię karać. Pokonaj swój irracjonalny lęk, wyrzeknij się niepotrzebnego grzechu i żyj w zgodzie z Bogiem.
Why so serious?
Odpowiedz
#4
Myślałem, że ty po prostu jakiś dyskurs teologiczny tutaj rozpoczynasz.

W takim wydaniu, to całość mogę skontrować prostym "faktem jest, że samo uznanie czegoś za fakt przez kościół wiosny nie czyni". Poza tym nie jestem bezbożnikiem, o czym pisalem, wiec z czym do ludzi Duży uśmiech
I hear the roar of big machine
Two worlds and in between
Hot metal and methedrine
I hear empire down


Odpowiedz
#5
Dragula napisał(a): Myślałem, że ty po prostu jakiś dyskurs teologiczny tutaj rozpoczynasz.
Nie ma takiej potrzeby. Po co mam przekonywać już przekonanych? Wiadomo, że należy się nawrócić, tylko trzeba by odrzucić swoje irracjonalne mechanizmy obronne, opakowane ucieczkami w racjonalizacje i intelektualizacje.

Dragula napisał(a): W takim wydaniu, to całość mogę skontrować prostym "faktem jest, że samo uznanie czegoś za fakt przez kościół wiosny nie czyni".
To zależy przez jaki kościół, bo Kościół Katolicki reprezentuje Boga na Ziemi. Poza tym gdyby to nie było prawdą, to nie mogliby mówić tego z taką mocą, z taką pewnością, z takim autorytetem, z taką perswazją. Widać i czuć że wiedzą co mówią. Nikt inny nie mówi z taką mocą.

Dragula napisał(a): Poza tym nie jestem bezbożnikiem, o czym pisalem, wiec z czym do ludzi
A to nie wiem, nie kojarzę tego. Czyli jesteś katolikiem? Żyjesz w zgodzie z Bogiem i Kościołem? Jesteś w stanie Łaski Uświęcającej?

Bo jeśli nie, to nie mają większego znaczenia różne szczegóły. "Wszyscy podobnie zginiecie".
Why so serious?
Odpowiedz
#6
neuroza napisał(a):Poza tym gdyby to nie było prawdą, to nie mogliby mówić tego z taką mocą, z taką pewnością, z takim autorytetem, z taką perswazją. Widać i czuć że wiedzą co mówią. Nikt inny nie mówi z taką mocą.
Niewątpliwie mają rację, że mówią z mocą, bo usłyszeli to od samego Boga. Który jest Duchem.

Teraz skup się: cały wic polega na tym, że tych Duchów jest miriada miriad i one są wszędzie, wokół nas i między nami, Logiczne, że w czasach pogańskich odbierały cześć i chwałę od barbarzyńców, jeżeli tylko zechciało im się z nudów zamanifestować. Traf chciał, że akurat na Archipelagu Cesarskim rozpoznano sprawę poprawnie, że te roje Duchów, co zamieszkują sobie nasz świat, widać zajmują się głównie swoimi duchowymi sprawami, a na nas zwrócą może uwagę, jak się je czymś ciekawym zabawi. Natomiast pogańscy barbarzyńcy, barbarzyńcami będąc, tego nie zajarzyli, ale "powyjaśniali" sobie zjawiska nadprzyrodzone zawartością swoich nieszczęsnych łepetyn w których kołatał się głównie lęk paniczny przed ichniejszą doczesną, despotyczną waadzą, co się lubowała w makabrycznych metodach pozbawiania życia..

Otóż obawiam się, że mapowanie wolnych, pospolitych i nie do końca wszechmocnych Duchów na takie despotyczne hierarchie bytów jakichś ponadludzkich, którym śmiertelnik w bojaźni i drżeniu oddaje pokłon, doprowadziło do tego, że jeden z Duchów, pomniejszy w dodatku, postanowił sprawdzić, w co jeszcze gaijin potrafi uwierzyć. No i zaczął sobie robić jaja po prostu, kosztem pewnego plemienia, mało licznego i niezbyt możnego, tyle że ulokowanego w miejscu strategicznym. A że dowcip mu się udał jak jasna cholera, to i bądź, neurozo, świadom tego, że te wypowiedzi Twojego wewnętrznego katolika przyprawiają Duchy - ale Duchy autentyczne, nie jakieś Trójce Przenajświętsze pozmyślane przez tego całego "Jahwego" - o śmiech szczery, potężny, homerycki.

No ryczą Duchy tym śmiechem nad Twoją wiarą i proszą o jeszcze.
In my spirit lies my faith
Stronger than love and with me it will be
For always
- Mike Wyzgowski & Sagisu Shiro
Odpowiedz
#7
@ErgoProxy,

Ok, jeśli masz rację, to jest to dla mnie upokarzające, poniżające i tyle.
Ale co jeśli jednak się mylisz?
Why so serious?
Odpowiedz
#8
No, jeżeli to jest dla Ciebie poniżające, to masz przerąbane i ja Ciebie z tego bagna piekiełkowego nie wyciągnę. Bo sam się jakoś wyciągnąłem i na chwilę obecną wyznaję to, co powyżej. Ale podstawowe pytanie jest, czy Ty naprawdę boisz się piekła - jeśli nie, to niepotrzebnie się odzywałem - i czy chcesz przestać się bać - czyli w gruncie rzeczy, czy masz jeszcze zdrową wolę, czy już nie za bardzo.

Ja miałem prościej, bo mnie katolicyzm upośledził społecznie, więc w końcu zagryzłem zęby i poszedłem wadzić się z Bogiem, o sprawiedliwość. A potem okazało się, że nie było się z kim i o co wadzić. Póki co, jeszcze nie umiem się śmiać ze swojej niegdysiejszej durnoty, że tak mnie "Jahwe" wyprowadził w maliny; jak się nauczę, to będę człowiekiem wolnym. Mam nadzieję.
In my spirit lies my faith
Stronger than love and with me it will be
For always
- Mike Wyzgowski & Sagisu Shiro
Odpowiedz
#9
(Pytanie w takim razie brzmi na ile mogę sobie wobec Ciebie pozwolić na ten bezczelny channeling, bo nie chciałbym Ci zaszkodzić)

ErgoProxy napisał(a): Bo sam się jakoś wyciągnąłem i na chwilę obecną wyznaję to, co powyżej.
Czyli za chwilę możesz znowu zmienić zdanie i się nawrócić?

Teraz bez "channelingu":

ErgoProxy napisał(a): Ale podstawowe pytanie jest, czy Ty naprawdę boisz się piekła - jeśli nie, to niepotrzebnie się odzywałem - i czy chcesz przestać się bać - czyli w gruncie rzeczy, czy masz jeszcze zdrową wolę, czy już nie za bardzo.
Trudno powiedzieć. Stosuję taki szatański trik:



Czyli odpuszczam sobie wszelkie swoje historie, także to o piekle. Podobnie jak John Nash, po prostu ignoruję te myśli. To znaczy pozwalam im być, niech nawet wzbudzają u mnie trudne emocje, a ja uczę się te emocje akceptować i nie wchodzić w to, nie próbować się ich pozbyć. Czyli podejście jakie jest zalecane wobec zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych (nerwicy natręctw).

No, ale skoro samego Jachwe w ten sposób ignoruję, to on na pewno się bardzo wkurza i po mojej śmierci z pewnością postawi na swoim.

W przypadku ZOK taką meta-myśl nazywa się "backdoor spike", można też mówić tutaj o meta-wątpliwości.

Oczywiście że chciałbym być od tego wolny. To jest takie wewnętrzne spinanie się i mam poczucie że jest ono wbrew mojej głębszej naturze, rozluźnionej.
Why so serious?
Odpowiedz
#10
neuroza napisał(a): Jest we mnie zatwardziały anankastyczny katolik o mentalności de facto lefebrystycznej i muszę go wyrazić na zewnątrz. Proszę nie mieć mi tego za złe, ale dlaczego tylko ja mam się z nim męczyć?
Niech połączy się on ze światem, niech świat zobaczy kogo ja muszę gdzieś tam głęboko w sobie znosić na co dzień.

Toż to musi być niewypowiedziana tortura, kiedy taki bredzi ci o jakichś piekłach i innych bytach, a ty musisz to jakoś godzić z fizyczną do bólu rzeczywistością.
Wspólczujemy ci z całego serca, że musisz się męczyć z takim alienem w mózgu.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#11
Zastrzegam, że nie jestem lekarzem, więc jeśli to Twoje spinanie się ma podłoże chorobowe, to ja z kolei mogę Tobie zaszkodzić, mimo niezłośliwych intencji.

Anyway - zazdroszczę. Ja miałem takie napady lękowe, paroksyzmy jakieś mózgowe, z którymi "dogadać się" na zasadzie let it go nie miałem siły. Po prostu odmieniało mi się podłoże emocjonalne dla myślenia i myślenie wekslowało w nieciekawe rejony. Ostatecznie pomogła chemia, piguły.( Trochę też, co może dziwne, praca nad pewnymi starymi zadrami, co "w duszy" siedzą.)

Natomiast jeżeli Jahwe to tylko "Jahwe", trickster taki, nawet nie poltergeist, to w zasadzie nic złego nie powinno nas od niego spotkać, Tylko trzeba w to uwierzyć, że - parabolą mówiąc - każdego teologa, w którego Bóg tchnął, setka diabłów ciągnęła za rękaw. Toteż powychodziły z tego takie zastraszające koszmarki.

Cytat:Czyli za chwilę możesz znowu zmienić zdanie i się nawrócić?
Jest to bardzo mało prawdopodobne.

Natomiast tak naprawdę to o szinto wiem niewiele więcej od zwykłego fana anime, więc muszę się zastrzec, że w miarę poznawania tej drogi moje credo może się zmieniać, w sensie - uaktualniać. Głównie dlatego, że należy się temu wyznaniu szacunek, jak i również wszystkim, którzy w nim uczestniczą. Odebrałem stamtąd pomoc, więc zaciągnąłem dług, który jakoś spłacić, choćby częściowo, należy.
In my spirit lies my faith
Stronger than love and with me it will be
For always
- Mike Wyzgowski & Sagisu Shiro
Odpowiedz
#12
ErgoProxy napisał(a): Anyway - zazdroszczę. Ja miałem takie napady lękowe, paroksyzmy jakieś mózgowe, z którymi "dogadać się" na zasadzie let it go nie miałem siły. Po prostu odmieniało mi się podłoże emocjonalne dla myślenia i myślenie wekslowało w nieciekawe rejony.
No tak. W początkowej fazie nasilenia/wychodzenia z tego to było dużo bardziej intensywne. Rzeczywiście samo "let go" to może być za mało. Według nowych badań istotne jest zaprzęgnięcie kory czołowej do jakiegoś działania.

Czyli do "let go" należy jeszcze dodać kierowanie się swoją radością/ekscytacją.
Parę lat temu (2016-2017) wchodziłem okresowo na kilka dni (gdzieś chyba średnio co miesiąc) w takie "ciemne noce duszy", głębokie stany depresyjno-lękowe. To co mi pomagało, to akceptowanie tych stanów a nawet zaczęcie się nimi cieszyć. Bo zauważyłem, że dają mi one pewne korzyści - ułatwiają odpuszczenie pewnych blokad i zmianę priorytetów. Wykorzystywałem je do podejmowania śmiałych, odważnych kroków, których wcześniej bałem się podjąć ("Desperate times call for desperate measures"). Czyli to było trochę takie "agere contra". Tu mnie jakby zły duch gnębił, abym się skurczył w sobie i się podporządkował, a ja wręcz przeciwnie - akceptowałem stan i kierowałem się swoją ekscytacją, robiłem to co mi sprawiało największą frajdę, wychodząc odważnie ze swojej strefy komfortu. Może trochę takie Aikido, a zarazem Wu-Wei.

Generalnie trudno było mi się w pełni oddać temu wewnętrznemu przymusowi ponownie, widząc wyraźniej przestrzeń spokoju, w której ta kompulsja się wydarzała.

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że te "szatańskie" wątpliwości zostają i mam poczucie, że zawsze i tak się mogę cofnąć i to mi nigdy nie da spokoju.

Sofeicz napisał(a): Toż to musi być niewypowiedziana tortura, kiedy taki bredzi ci o jakichś piekłach i innych bytach, a ty musisz to jakoś godzić z fizyczną do bólu rzeczywistością.
Najgorsze jest to, że nie wiem czy nie ma on jednak przypadkiem racji...nie daje mi to spokoju. Choć mam poczucie pewnej absurdalności w tym, to jednak nie do końca, tym bardziej że jest to wzmacniane autorytetem Kościoła i osób wierzących, które jakby spokojnie grzmią z tą swoją niewzruszoną, niezachwianą pewnością.

Sofeicz napisał(a): Wspólczujemy ci z całego serca, że musisz się męczyć z takim alienem w mózgu.
Dziękuję.
Why so serious?
Odpowiedz
#13
Hm. Jeśli czujesz, że naciskam na Ciebie, żebyś dzielił się czymś, czym się dzielić nie chcesz - zawsze możesz już podziękować za rozmowę. Zdrowa asertywność zawsze w cenie.

Wątpliwości, wewnętrzne przymusy - na ile potrafię sam siebie obserwować, jest to sprawa delikatna. Z jednej strony, są takie procesy w mózgownicy, które nie podlegają woli, i jeśli dajmy na to zejdzie z człowieka ochota, albo animusz, to do działania zmusić się jest bardzo trudno, jeśli w ogóle. Ale wyciąganie z tego wniosku, że jesteśmy automatami, od których woli nic nie zależy, jest toksyczne. Na moje korzystnie jest żywić przekonanie, że wola i to, co bezwolne, uzupełniają się wzajemnie i potrzebują jedno drugiego, żeby cały ustrój banglał jak trza i odnosił sukcesy życiowe. A w sytuacjach konfliktowych winna jednak decydować wola, jako że bliższa koszula ciału., a nasza wola - nam samym.

Zatem określ możliwie kategorycznie swoją wolę i w tym kierunku uparcie podążaj. Ostatecznie każdy z nas jest alpinistą na ścianie, wędrującym wzwyż po takich chwytach, jakie los zdarzył.

A tak w ogóle, to chyba trochę mi się udało podążać Twoją drogą, tylko że w przeciwnym kierunku. Przed atakiem choroby miałem skłonność do bezrefleksyjnego robienia głupot, bo "odrobina szaleństwa nigdy nie zaszkodzi". Natomiast kiedy już zaznałem tej odrobiny, to pod presją lęku uciekałem w zimny rozsądek i analizy wprawdzie podszyte niezłym strachem, ale jednak dające jakieś wrażenie przynajmniej, że teraz już jestem mądrzejszy, niż przedtem byłem. A więc, że sobie z całą tą sytuacją nieciekawą poradzę.

neuroza napisał(a):Najgorsze jest to, że nie wiem czy nie ma on jednak przypadkiem racji...nie daje mi to spokoju. .Choć mam poczucie pewnej absurdalności w tym, to jednak nie do końca, tym bardziej że jest to wzmacniane autorytetem Kościoła i osób wierzących, które jakby spokojnie grzmią z tą swoją niewzruszoną, niezachwianą pewnością.

[Obrazek: Rysunki_full_color_3180927.jpg]
In my spirit lies my faith
Stronger than love and with me it will be
For always
- Mike Wyzgowski & Sagisu Shiro
Odpowiedz
#14
ErgoProxy napisał(a): Hm. Jeśli czujesz, że naciskam na Ciebie, żebyś dzielił się czymś, czym się dzielić nie chcesz - zawsze możesz już podziękować za rozmowę. Zdrowa asertywność zawsze w cenie.
Ok.

ErgoProxy napisał(a): Zatem określ możliwie kategorycznie swoją wolę i w tym kierunku uparcie podążaj.
Moja wola to relaks i swoboda. Uparcie w tym kierunku zdążam, ale mam wątpliwości. To coś we mnie się buntuje, ta gniewna ognista energia kompulsywności, chce abym się jej podporządkował. A ja nie wiem czy może właśnie nie określiłem swojej woli niewłaściwie.

Albo może inaczej:

Chcę relaksu, rozluźnienia i swobody. I są teoretycznie 2 możliwości jak mogę ją uzyskać:

1) Poprzez rozluźnianie się własnie i nie wchodzenie w te spięcia. Granie na własnych warunkach algorytmem zachłannym. Skoro chcę relaksu, rozluźnienia i swobody, to wybieram je już teraz. Jest to podejście duchowości wschodu.

2) Podejście katolickie, chrześcijańskie i pewnie również muzułmańskie. A zarazem podejście anankastyczne...a zresztą pewnie podejście powszechne. To podejście głosi coś takiego: skoro pojawia się we mnie spięcie, to muszę się mu podporządkować. Zrobić to co ono chce i może wtedy ono odpuści i będę mógł się prawdziwie głęboko zrelaksować.

Według podejścia numer 2, podejście numer 1 jest błędne, bo nigdy nie da głębokiego, kompletnego spokoju, gdyż to co męczy nigdy nie odpuści, dopóki nie zostanie rozwiązane. Najpierw trzeba się spiąć, by móc później się rozluźnić. Trochę na zasadzie "cel uświęca środki". Czyli jeśli mam presję, aby wykonać kompulsję tudzież tik nerwowy, to powinienem ją wykonać i potem być wolny.
Analogią katolicką jest tutaj: jeśli masz wątpliwości, to najpierw musisz pójść do spowiedzi (najlepiej generalnej) i wtedy dopiero możesz być wolny. Lepiej nie ryzykować, bo nigdy nic nie wiadomo. Lepiej mieć sprawę z głowy, niż ryzykować całą wieczność. Ostrożności nigdy za wiele w takiej sprawie. Choćbyś nawet całe życie stracił na sprawdzanie w kółko tego samego, to i tak jest to lepsze niż ryzykowanie trafienia do piekła. Przynajmniej dasz z siebie wszystko w słusznej, rozsądnej, racjonalnej sprawie.

Według podejścia numer 1, to podejście numer 2 jest błędne, bo tak można wchodzić i wchodzić i się zatracać w tych spięciach, grając na ich warunkach, oddając im władzę nad sobą, rezygnując ze swojej wolności i godności, właśnie z braku asertywności. Ale podejście numer 1 jest bardziej intuicyjne, trudno jest je racjonalnie argumentować, podejściu numer 2 bardzo łatwo przychodzą argumenty. Dodatkowo rozluźnienie oznacza niewiedzę, a ta może wyzwalać poczucie zagrożenia (może o czymś zapomniałem, muszę coś przemyśleć). I dalej można nauczyć się konsekwentnie wybierać odpuszczenie lub jednak "najpierw sobie wszystko poukładać i gdy wtedy mnie przestaną sprawy męczyć, to dopiero wtedy będę mógł się zrelaksować".

Nie wiem na ile zrozumiale piszę, ale "pierwsze śliwki robaczywki" Oczko

Fajny obrazek, ale może rzeczywiście wiedzą coś więcej? Duży uśmiech
Why so serious?
Odpowiedz
#15
neuroza napisał(a):
Sofeicz napisał(a): Toż to musi być niewypowiedziana tortura, kiedy taki bredzi ci o jakichś piekłach i innych bytach, a ty musisz to jakoś godzić z fizyczną do bólu rzeczywistością.
Najgorsze jest to, że nie wiem czy nie ma on jednak przypadkiem racji...nie daje mi to spokoju. Choć mam poczucie pewnej absurdalności w tym, to jednak nie do końca, tym bardziej że jest to wzmacniane autorytetem Kościoła i osób wierzących, które jakby spokojnie grzmią z tą swoją niewzruszoną, niezachwianą pewnością.

No wiesz. Miliardy radzieckich genetyków przez wiele lat wypędzały diabła burżuazyjnej genetyki propagując jedyny, właściwy, objawiony łysenkizm.
Jesteś w dobrym towarzystwie.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#16
ErgoProxy napisał(a): A tak w ogóle, to chyba trochę mi się udało podążać Twoją drogą, tylko że w przeciwnym kierunku. Przed atakiem choroby miałem skłonność do bezrefleksyjnego robienia głupot, bo "odrobina szaleństwa nigdy nie zaszkodzi".
Hmm...nie wiem na ile to to samo, ale mam dzisiaj coś takiego:

Jest gorąco. Z jednej strony fajnie byłoby się udać na kąpielisko. Ale z drugiej to w sumie fajnie mi się siedzi w domu, relaksując się na fotelu i będąc tutaj na forum. Mam takie przekonania:

Strzałka Siedzenie przed ekranem w taką ładną pogodę? Przecież to absurd. Lepiej byłoby pójść na kąpielisko! Marnujesz bezsensownie czas, chłopie!
Strzałka Ty leniu, rusz tyłek. Chcesz żeby lenistwo wygrało? Jutro już będzie padać, ostatnia szansa dzisiaj. Chcesz ponieść kolejną porażkę?

Tylko że tak naprawdę bardziej się relaksuję w domu. Mam poczucie, że coś tracę, chętnie bym doświadczył tego chwilowego orzeźwienia i radości z jednej strony, ale z drugiej czy warto podejmować dla tej chwili całe to przedsięwzięcie? Mam wewnętrzny konflikt. Z każdą falą upału na moim ciele, z każdym podmuchem gorąca jest poczucie braku tego orzeźwienia. Włącza mi się wyobrażenie że tam jestem, ale to jest niepełne, bo to tylko wyobrażenie. Ale i tak zostaję, chociaż mam ten brak.

Jednak podejście numer 1 głosi że ważniejsze jest aby się zrelaksować, więc pozostaje mi zaakceptowanie moich emocji i uczuć - najwyżej później zmienię jeszcze zdanie, ale na chwilę obecną jest tak. Swoją drogą, gdyby koledze dzisiaj pasowało to razem byśmy poszli, ale co innego iść samemu, jest mniejsza ochota, mniejsza motywacja. Mógłbym też zorganizować wyjście z inną grupą osób, ale tutaj wchodzę w grę kolejne wewnętrzne konflikty. Hmm...czyżbym zaczynał za bardzo schodzić z tematu?

O, i teraz na przykład mam lęk/blokadę przed wysłaniem posta. Ale zarazem ekscytuje mnie wysłanie go, i wiem że da mi to większą wolność niż stchórzenie. Najwyżej się czegoś nauczę, ale taki lęk przed popełnieniem błędu działa u mnie bardzo niefajnie jeśli mu na to pozwalać.

Sofeicz napisał(a): Miliardy radzieckich genetyków przez wiele lat wypędzały diabła burżuazyjnej genetyki propagując jedyny, właściwy, objawiony łysenkizm.
Jesteś w dobrym towarzystwie.
Nie budzą u mnie takiego poczucia autorytetu, wiarygodności, świętości i połączenia z Bogiem jak Kościół...takiego gruntownego ufundamentowienia egzystencjalnego, oparcia na Sile Wyższej...no i ta duchowa hierarchia z tą pokusą by się pokornie podporządkować...
Why so serious?
Odpowiedz
#17
Tak, z komunikowaniem stanów wewnętrznych są zawsze problemy, z braku wspólnych doświadczeń, na których można by ujednoznacznić pojęcia. Uśmiech

Argumentacja za podejściem 1 jest dosyć prosta, jeśli nie prostacka, a głosi ona, że wieczności nie ma. Tak z grubej rury. Jest to argument satanistyczny, a więc nasz, okcydentalny. A jeśli kogoś akurat woła Orient, to w końcu funkcjonuje u nas też i taka maksyma: ex Oriente lux.

Łagodząc nieco: o wieczności pewnych informacji nie ma, a raczej są dziesiątki tysięcy kompletnych gotowców, każdy głoszony z gwarancją nieomylności. Trudno ufać takim tupeciarzom. Zatem o wieczność winniśmy się martwić dopiero, kiedy się w niej znajdziemy i stwierdzimy organoleptycznie, jakie w niej panują reguły. Póki co zaś - lepszy wróbel w garści, tj. życie doczesne.

Tylko nie wiem, czy racjonalna argumentacja ma sens w Twoim przypadku. Racjonalna argumentacja opiera się na aksjomatach, a aksjomaty to jest to, co się podoba siatkom neuronowym, sprofilowanym uprzednio do wymiotowania takimi a nie innymi wynikami. Ktoś się wychował na katolika - ma katolickie odruchy i nawyki myślowe. Te siatki można oczywiście przeprofilować, tylko niekoniecznie na logikę. Raczej właśnie na estetykę - na to, że mnie się relaks po prostu podoba, mam do tego prawo i co mi pan zrobi?

neuroza napisał(a):Fajny obrazek, ale może rzeczywiście wiedzą coś więcej?
Czytałeś Ksenocyd Carda? Tam jest wątek całej planety, na której nerwicę natręctw uważa się za głos bogów. Naprawdę bogów nie ma, a przyczyna posiewu zarazy jest polityczna. W ostatnim rozdziale następuje posiew kontrzarazy, a jedna z głównych postaci odmawia zgody na taki stan rzeczy - chce chorować dalej, albowiem bogowie.
In my spirit lies my faith
Stronger than love and with me it will be
For always
- Mike Wyzgowski & Sagisu Shiro
Odpowiedz
#18
ErgoProxy napisał(a): Zatem o wieczność winniśmy się martwić dopiero, kiedy się w niej znajdziemy i stwierdzimy organoleptycznie, jakie w niej panują reguły. Póki co zaś - lepszy wróbel w garści, tj. życie doczesne.
A nie lepiej zawczasu zapobiec póki jeszcze można? Co jeśli wtedy będzie już za późno?

ErgoProxy napisał(a): Raczej właśnie na estetykę - na to, że mnie się relaks po prostu podoba, mam do tego prawo i co mi pan zrobi?
Haha Szczęśliwy No tak, to wymaga pewnej odwagi. Tylko chodzi o konsekwencje własnie. Żeby nie okazało się: "A no do piekła Cię wyśle, bo u spowiedzi nie byłeś. Te wszelkie kompulsje to właśnie Ja byłem, trzeba było mnie słuchać."

ErgoProxy napisał(a): Ktoś się wychował na katolika - ma katolickie odruchy i nawyki myślowe.
Z jednej strony niby tak, ale ja pochodzę z rodziny mieszanej: rodzina wierząca od strony mamy, ateistyczna od strony taty. Starszy brat też w ateizm poszedł. A nawet to wierzenie od strony mamy to też takie niezbyt gruntownie przemyślane było, po prostu z domu to wyniosła. I babcia od strony mamy też jakby podobne wrażenie sprawiała. Nie wiem jak do końca dziadka od strony mamy tu określić.

Mama dość łatwo porzuciła katolicyzm niedługo po tym gdy zaznajomiłem ją z twórczością Eckharta Tolle, Byron Katie i Neala Donalda Walscha. Mówiła, że w sumie to zawsze tak czuła, oni jej to bardziej unaocznili. Czyli mama była taką nosicielką katolicyzmu wcześniej, nie czuła tego aż tak głęboko. Ja najgłębiej w to wsiąkłem, bo moja struktura psychiczna okazała się bardzo podatna na kręgi, struktury i schematy kościelne. I to paradoksalnie sądzę, że duża część tej podatności na kręgi kościelne wynikała u mnie ze struktur wykształconych pod wpływem ateistycznej części rodziny.

ErgoProxy napisał(a): Czytałeś Ksenocyd Carda? Tam jest wątek całej planety, na której nerwicę natręctw uważa się za głos bogów.
Nie, ale brzmi ciekawie! Duży uśmiech

ErgoProxy napisał(a): W ostatnim rozdziale następuje posiew kontrzarazy, a jedna z głównych postaci odmawia zgody na taki stan rzeczy - chce chorować dalej, albowiem bogowie.
Czuć znajomo.
Why so serious?
Odpowiedz
#19
Co do przedostatniego Twojego postu, przypomina mi się taka powiastka zen o nobilu, którego po dekadzie praktyki i pobierania nauk mistrz raz zawstydził, że jest nieuważny. Poświęcił więc kolejną dekadę na praktykowanie uważności. Tymczasem chodziło w końcu o uważność, czy o oświecenie/przebudzenie? Przecież on lgnął.

Czy i Ty nie lgniesz do kąpieliska, a raczej do durnego przeświadczenia wtłukiwanego nam przez kapitalistów, że na wypoczynek masz wydać te cholerne pieniądze, bo my tak mówimy? Język

neuroza napisał(a):A nie lepiej zawczasu zapobiec póki jeszcze można? Co jeśli wtedy będzie już za późno?
Jacek Dukaj kiedyś analizował na Usenecie Zakład Pascala i wyszło mu, że to jest bez sensu. OIDP głównie dlatego, że nie wiadomo, jak ważyć prawdopodobieństwa, bo skoro podchodzimy do Zakładu poważnie, to musimy wziąć do analizy każdy możliwy wariant zaświatów, a nie jeden tylko katolicki.

Najciekawsze stwierdzenie było takie, że jego zdaniem macierz wskazówek etycznych i tak prawdopodobnie by się wyzerowała.
In my spirit lies my faith
Stronger than love and with me it will be
For always
- Mike Wyzgowski & Sagisu Shiro
Odpowiedz
#20
ErgoProxy napisał(a): Czy i Ty nie lgniesz do kąpieliska, a raczej do durnego przeświadczenia wtłukiwanego nam przez kapitalistów, że na wypoczynek masz wydać te cholerne pieniądze, bo my tak mówimy?
Hmm...raczej nie sądzę by tu chodziło o kapitalizm...bardziej tu widzę takie przekonania, że w ładną pogodę należy wyjść z domu. W sumie to ma dla mnie sens, bo generalnie uważam, że dobrze i fajnie jest wyjść z domu i się dotlenić, nacieszyć się słońcem. W taki upał to się nie chce, więc może jednak nie. Ale siedzenie w domu też wydaje się być trochę bez sensu, jakby jałowe.

Najfajniejsze wydawałoby się dla mnie orzeźwienie w wodzie, gdzie jest radość, gdzie można popływać, itd. Tylko jakby taki prosty, wewnętrzny głęboki relaks wydawał mi się jednak ważniejszy, choćby na bardziej powierzchownym poziomie oznaczał on porażkę w postaci niezbyt fajnego przeżycia upału.

Generalnie odkąd odkryłem, że zamiast próbować "przetrwać upał", można go zaprząc do fajnego spędzenia czasu, cieszyć się nim (super jest na przykład nad morzem), jest chęć wykorzystywania w taki sposób takich okazji. Uwielbiam zwłaszcza te pierwszych kilka chwil cieszenia się wodą. Najlepiej własnie pod chmurką, kryty basen to dla mnie nie to samo.

Idealnie byłoby nad morzem, ale od biedy kąpielisko też by się nadało, ewentualnie może jakieś jezioro. Do tego fajnie byłoby się udać z dobrym towarzystwem. To wszystko razem daje przełączenie mózgu w inny tryb, jest duża odmienność pod kilkoma różnymi względami i to daje upragniony relaks później również ułatwia lepiej funkcjonować.

Dlatego też brak tego daje mi poczucie pewnej doskwierającej porażki i że zawiodłem, gorzej spędziłem dzień niż mogłem. Przynajmniej teoretycznie. Może gdybym chociaż tego pierniczka nie zjadł, to miałbym więcej energii i się tam udał, jednak wytwory mączne w taki upał to może nie być w moim przypadku dobry pomysł. Generalnie zauważyłem duży wpływ jedzenia na poziom energii.

ErgoProxy napisał(a): Poświęcił więc kolejną dekadę na praktykowanie uważności. Tymczasem chodziło w końcu o uważność, czy o oświecenie/przebudzenie? Przecież on lgnął.
Hmm...ale czy to nie chodzi właśnie o to aby właściwie ukierunkować lgnięcie? Czy lgnięcie różni się czymś od intencji?
Why so serious?
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości