Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Kiedy nienawidzisz postaci w lustrze
#1
 O mechanizmie obronnym zwanym projekcją z pewnością każdy coś słyszał. Polega na tym, że innym osobom przypisujemy swoje własne cechy, których nie akceptujemy. Tratujemy je jak lustro, na które rzucamy swoje odbicie,  żeby je sobie zobiektywizować, unaocznić. Rozpoznanie u siebie projekcji łatwe nie jest, ale od czego ma się przyjaciół i … wrogów? Jak raz usłyszymy, że projektujemy na kogoś swoje cechy, to pewnie olejemy, jak usłyszymy o tym parę razy, to zaczniemy się poważnie zastanawiać, a jeśli stanie się to naszym regularnym zachowaniem (czy wręcz stylem bycia), wówczas najczęściej po prostu przychodzi nam się zmierzyć ze skrywaną prawdą o sobie.

Jednak są osoby, które są szczególnie upośledzone pod tym względem, mają chorobliwie zaburzony obraz JA, do tego stopnia, że mogą 1000 razy usłyszeć, że projektują na kogoś złe cechy, a i tak sobie to zracjonalizują, że to tylko pyskówka. Wychodzą z założenia, że te osoby, które im przypisują projekcję, po prostu nie chcą znieść prawdy o sobie. Błędne koło. Ten problem dotyczy np. osób z borderline. 

Bliskie osoby cierpiącej na borderline często same lądują u psychologów, mają zszargane nerwy, czują się jak śmieci, nienawidzą tej chorej osoby, zwyczajnie sobie nie radzą, bo ta „ofiara” choroby w rzeczywistości odgrywa rolę kata. To ona katuje społeczeństwo swoją chorobą, wyssanymi z palca oskarżeniami, pretensjami, pomyjami. Nie robi tego celowo, świadomie. Ona w ten sposób szuka swojej tożsamości. Nie umie jakby zajrzeć do środka, wejrzeć w siebie w sposób obiektywny, tylko właśnie musi wywalić swoje cechy na jakieś lustro. Dramat polega na tym, że nie dokonuje się w niej ten krok, który u zdrowych osób ma prędzej czy później miejsce – utożsamienie się z postacią z lustra. A to jest właśnie ten moment, kiedy przestajemy katować inne osoby.

Jest pewna osoba, u której podejrzewam borderline i której bardzo bym chciała pomóc, ale nie mam pojęcia, jak do niej dotrzeć. Sama jestem dla niej jednym z luster i to chyba jednym z ulubionych, tzn. szczególnie sobie mnie upodobała. Może jakoś się ze mną utożsamia, widzi jakieś punkty wspólne, a może z jakiegoś innego powodu przywiązała się do mnie emocjonalnie. W każdym razie nie wierzę, żeby posłuchała moich namów, żeby się udała do specjalisty, bo sama nie widzi ze sobą problemu. Ilekroć próbuję jej to uzmysłowić, to wmawia mi, że to ja mam problem. Siła też nie mogę jej tam zabrać, więc trzeba w inny sposób nią wstrząsnąć.

Zastanawiam się, czy jako lustro jestem w stanie zrobić coś, żeby do niej trafić? 

I tradycyjnie soundtrack:
Nie chcę tajemnic ani stanów duszy, ani rzeczy niewymawialnych, nie jestem dziewicą ani księdzem, żeby się bawić w życie wewnętrzne. 
- Jean-Paul Sartre
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości