Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Przyszłość polskiej ortografii
Gawain napisał(a): Do skalowania zapewne. Na ucho idzie rozróżnić co jest mniejsze albo bliższe.
Ale po co aż tak skalować?
W angielszczyźnie masz John/Johny i szlus.
A u nas Janek, Jaś, Jasieczek, Jasiunio, Jasiuchno, Jaśko, Jasinek - orgia infantylizmu.

PS. Kiedyś czytałem nowe tłumaczenie Kubusia Puchatka, gdzie w przedmowie tłumaczka wspominała o problemach z wyrugowaniem tych infantylizmów, niejako przynależnych literaturze dziecięcej.
Musiała srogo zmagać się z Piotrusiem, tygryskiem, króliczkiem, miodkiem etc.

Czyżby to była emanacja naszego wrodzonego, słowiańskiego infantylizmu?
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
Sofeicz napisał(a): Czyżby to była emanacja naszego wrodzonego, słowiańskiego infantylizmu?

No przepraszam, ale wyjeżdżasz teraz kosmopolitanczykiewiczowym wyśmiewaniem się z polskiego. Zdrobnienia są w Polszczyźnie częścią mowy, dużo częściej używaną, niż w innych mowach. I przede wszystkim, z reguły, zdrobnienia są zabarwione pozytywnie, służą m.in. do podkreślenia przywiązania lub sympatii. Lub poufałości. W Niemieckim przykładowo końcówki zdrobniające -chen und -lein często mają zabarwienie negatywne, ośmieszające. A angielskim, praktycznie, nie posiada ich, tam jest albo -y / -ie, albo "little ...".

I nie zapominajmy, że dzięki zdrobnieniom (i zgrubieniom) język polski potrafi tworzyć różnorodne nazwy własne. Kur to kogut, kurek to kranik. Lalka to zabawka dla dziecka, lala to raczej dla dorosłych facetów. Ciasto się piecze, ciastko raczej wyjmuje z paczki. Uszami się słyszy, ale uszka się zjada w barszczu. Przykładów można mnożyć. A i w poezji zdrobnienia często ułatwiają tworzenie rymów, co zwłaszcza po "sezonie na kolędy" powinno się przypomnieć.

PS:
Cytat:PS. Kiedyś czytałem nowe tłumaczenie Kubusia Puchatka, gdzie w przedmowie tłumaczka wspominała o problemach z wyrugowaniem tych infantylizmów, niejako przynależnych literaturze dziecięcej.

To tam, gdzie miś nazywa się Ferdzia Phi Phi?
Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Spoiler!
Koh 3:1-8 (edycje własne)
Odpowiedz
bert04 napisał(a):
Cytat:PS. Kiedyś czytałem nowe tłumaczenie Kubusia Puchatka, gdzie w przedmowie tłumaczka wspominała o problemach z wyrugowaniem tych infantylizmów, niejako przynależnych literaturze dziecięcej.

To tam, gdzie miś nazywa się Ferdzia Phi Phi?

Czytałem w dzieciństwie, jak wszyscy piśmienni Polacy, Puchatka w tłumaczeniu Ireny Tuwim. I owszem, była to jedna z moich ulubionych książek. W dorosłym wieku przeczytałem oryginał angielski i spodobała mi się jeszcze bardziej. To jest naprawdę zupełnie inny styl. Tłumaczenie Tuwim ten styl po prostu pomija. Nie tak dawno przeczytałem "Fredzię Phi-Phi" w tłumaczeniu Moniki Adamczyk-Garbowskiej i twierdzę z fanatycznym przekonaniem, że ta wersja bije na głowę, rozjeżdża buldożerem i zrzuca napalm na wersję Ireny Tuwim. Spróbuj poczytać taką Ewangelię, w której Jezusa zastąpi się Jezusickiem, a jego Ojca Tacikiem Ponbóckiem, a zrozumiesz o co chodzi. Zupełnie inaczej traktuje się Cristopher Robina, który jest lokalnym Autorytetem, a inaczej jakiegoś Krzysia w dupę kopanego. Niestety, w literaturze pierwszeństwo dominuje nad Dobrem, Prawdą i Pięknem, i pewnie dlatego Fredzia nie będzie nigdy tak popularny jak również w dupę kopany Kubuś.
Odpowiedz
ZaKotem napisał(a): Czytałem w dzieciństwie, jak wszyscy piśmienni Polacy, Puchatka w tłumaczeniu Ireny Tuwim. I owszem, była to jedna z moich ulubionych książek. W dorosłym wieku przeczytałem oryginał angielski i spodobała mi się jeszcze bardziej. To jest naprawdę zupełnie inny styl. Tłumaczenie Tuwim ten styl po prostu pomija. Nie tak dawno przeczytałem "Fredzię Phi-Phi" w tłumaczeniu Moniki Adamczyk-Garbowskiej i twierdzę z fanatycznym przekonaniem, że ta wersja bije na głowę, rozjeżdża buldożerem i zrzuca napalm na wersję Ireny Tuwim.

Ja z ciekawości przeczytałem tylko wstęp, głównie szukając uzasadnienia tej Fredzi. I argumenty owszem, zgrabne i zrozumiałe, gdyby nie to... że Winnie Pooh był "facetem". Stwierdził to sam Krzyś, ten Christopher Milne.

https://ksiazki.wp.pl/tak-wygladal-orygi...7947905g/7

Cytat:Spróbuj poczytać taką Ewangelię, w której Jezusa zastąpi się Jezusickiem, a jego Ojca Tacikiem Ponbóckiem, a zrozumiesz o co chodzi.

Mniej więcej taki dysonans mam, jak porównuję teksty ewangelii pisane w koine z tym, co my posiadamy. Jezusa nie odwiedzają ani królowie, ani nawet mędrcy, ale magowie, żeby dostać się do raju trzeba się "eunuchować", a powodem odejścia od małżonka jest porno... czy jakoś tak. I nie zapominajmy, że mimo "od-wujkowienia" Tysiąclatki, nadal ślady staropolszczyzny się tam odnajdują.

Cytat:Zupełnie inaczej traktuje się Cristopher Robina, który jest lokalnym Autorytetem, a inaczej jakiegoś Krzysia w dupę kopanego.

No pewnie, Christopher to brzmi tak zagramanicznie, jak Christopher Lee, Chistoph Columbus, Chris Rea i de Burgh. Oraz Christopher Street Day, czyli nazwa parad gejowskich w niemieckojęzycznym (tak!) obszarze językowym.

A Krzyś? To jakiś Grześ, Cześ i Ryś, na pewno patologia wielodzietna i 500+ raczkujące.

Cytat:Niestety, w literaturze pierwszeństwo dominuje nad Dobrem, Prawdą i Pięknem

No fakt, w podobnym przypadku tłumaczenia literatury, nominalnie, dziecięcej, zwyciężył Bilbo Baggins z Bags End, zamiast Bilbo Bagosz z Bagoszna, czy z Bagna, sam nie wiem. I choć Łoziński ma swoich zwolenników, to Skibniewska rządzi.

Cytat:, i pewnie dlatego Fredzia nie będzie nigdy tak popularny jak również w dupę kopany Kubuś.

Lepszy hetero Kubuś z mocną dupą, niż jakaś trans-dżenderowa Fredzia ze swoim pedałowatym Christopherem, żydowskimi Iliją, ten, Iijąą, i tym niemieckim Gurkiem, choć wiadomo, że po polsku to jest Ogórek.

<Prawo Poego: To była ironia!>
Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Spoiler!
Koh 3:1-8 (edycje własne)
Odpowiedz
bert04 napisał(a): Ja z ciekawości przeczytałem tylko wstęp, głównie szukając uzasadnienia tej Fredzi. I argumenty owszem, zgrabne i zrozumiałe, gdyby nie to... że Winnie Pooh był "facetem". Stwierdził to sam Krzyś, ten Christopher Milne.
Ależ nikt nie zaprzecza męskości Fredzi. W Oryginale jest to dokładnie wyjaśnione:

When I first heard his name, I said, just as you are going to say, "But I thought he was a boy?"
"So did I," said Christopher Robin.
"Then you can't call him Winnie?"
"I don't."
"But you said--"
"He's Winnie-ther-Pooh. Don't you know what 'ther' means?"
"Ah, yes, now I do," I said quickly; and I hope you do too, because it is all the explanation you are going to get.

Jak na angielskie lata 20, ja tu widzę sporo gendera. Płeć biologiczna to jedno, a role płciowe to drugie. A reszty się domyślcie, bo w Anglii w latach 20 więcej nie będziemy mówić. Tak jest, takimi właśnie podstępnymi drogami tęczowa zaraza wchodzi w dziecięce umysły. A Irena Tuwim zwyczajnie ten fragment pomija. Cenzuruje, żeby niewinnym dzieciątkusiom w umysełkach nie mieszać.

Cytat:No pewnie, Christopher to brzmi tak zagramanicznie, jak Christopher Lee, Chistoph Columbus, Chris Rea i de Burgh. Oraz Christopher Street Day, czyli nazwa parad gejowskich w niemieckojęzycznym (tak!) obszarze językowym.

A Krzyś? To jakiś Grześ, Cześ i Ryś, na pewno patologia wielodzietna i 500+ raczkujące.
Tu nie o Zagramaniczność chodzi, tylko o Oficjalność. Nikt w rubryce "Imię Ojca" nie wpisuje "Krzyś". Bo Ojciec to nie jest tatuś. Żaden Urząd nie pyta o imię tatusia. Krzysztof Robin reprezentuje pewien Autorytet, jeśli nie Kościoła, to przynajmniej Państwa i Prawa. Nawet dla tak poważnych osób, jak Sowa i Królik. Aczkolwiek i dziecko zauważy, że Autorytet ów bywa czasem omylny, na przykład w sprawie ilości biegunów. To wszystko ma znaczenie. A co, gdy Krzysztof Robin zostanie Krzysiem? Wtedy przekaz podprogowy jest kompletnie inny, wręcz przeciwny: "Krzyś się myli, gdyż Krzyś jest malusim dzieciąteczkiem, podobnie jak ty, nasz wczesnoszkolny i przez to nieistotny czytelniczusiu. Gdyby był dorosły, wtedy na pewno byłby nieomylny, jak zawsze dorośli, i w ogóle ludzie ważni".
Odpowiedz
Cytat:Bert
No przepraszam, ale wyjeżdżasz teraz kosmopolitanczykiewiczowym wyśmiewaniem się z polskiego.
Bynajmniej. To naigrywanie się z polskiego 'zdrobnialstwa' ma długą tradycję.

Już w "Karierze Nikodema Dyzmy" jest karykaturalna postać urzędnika, który przybija piecząteczki, redaguje pisemka i wnioseczki, wydaje zaświadczonka.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
Mi zawsze to kojarzy się z salonami fryzjerskimi czy gabinetami kosmetyczek. Bardziej niż wyziewy sprayów, freonów i perfumów mdli tam od tych wszystkich złociutkich skarbeńków, którym jeszcze kremik na rączuńki i troszeńkę kolorku pod oczętka...

Ale to są przykłady przesady. A normą jest, że zdrobnienia są powszechne w polszczyźnie, podczas gdy w angielszczyźnie ich praktycznie nie ma. Nie wiem, czy A. A. Milne mówił do synka Christopher, bo go tak bardzo szanował. Czy wynikało to z angielskiego wychowania, w którym nie okazuje się paniczowi nadmiernej czułości i traktuje surowo, jak następcę rodu.

Jakby nie było, polski ojciec mówiący do własnego syna "Krzysztofie" to nawet za sanacji byłoby dziwactwo. Za mojego dzieciństwa także. A już na pewno ojciec mówiący do syna "Krzysztofie Remigiuszu". Być może dziś to się zmieniło? Nie wiem.
Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Spoiler!
Koh 3:1-8 (edycje własne)
Odpowiedz
Przecież w amerykańskich i brytyjskich serialach i filmach mówią rodzice do dzieci nawet po nazwisku. "Ronaldzie Weasley, możesz mi powiedzieć, dlaczego ukradliście ojcu samochód?!". Itd... U nas już prędzej by przeszło jakby matka dziecko własne skurwysynem określała. To może i dziwne i niewałściwe, ale jednak się zdarza. To pierwsze natomiast... No nie wiem czy taka konstrukcja w ogóle istnieje. Tak nie mówi się nawet oficjalnie.
Sebastian Flak
Odpowiedz
A mnie na skutek wypowiedzi ZaKotem zaczęło zastanawiać, czemu ja mam Wujka Jasia, Rysia i Tadzia, czy Ciocię Melę i Renię. Wiem, że nie mam co pytać, mamy, bo rodzice to intuicyjnie robią. Ale jest to ciekawy przyczynek do rozważań.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
zefciu napisał(a): A mnie na skutek wypowiedzi ZaKotem zaczęło zastanawiać, czemu ja mam Wujka Jasia, Rysia i Tadzia, czy Ciocię Melę i Renię. Wiem, że nie mam co pytać, mamy, bo rodzice to intuicyjnie robią. Ale jest to ciekawy przyczynek do rozważań.

Zdrobnienia zbliżają emocjonalnie dany obiekt, sprawiają, że staje się swojski i bezpieczny. Jest to zupełnie naturalna i pożyteczna funkcja w przypadku członków rodziny, a nawet rzeczy. Nie ma nic zdrożnego w tym, że czyjemuś sercu bliski jest domek czy kawka, albo nawet pieniążki, aby tylko swoje. Gorzej, jeśli to wódeczka.  Ludzie, którzy zdrabniają wszyściutko, jak ten urzędniczek od piecząteczek, sprawiają wrażenie jakichś wylękanych, a ten zabieg pełni funkcję "oznaczania terytorium", żeby je oswoić i mentalnie zabezpieczyć.

Natomiast w przypadku dzieci polskich obowiązuje obleśna konwencja upupiania. Naturalne jest, że dbamy o bezpieczeństwo swoich dzieci, a zazwyczaj i cudzym źle nie życzymy. Ale naprawdę nie jest tak, że dziecko z natury sra że strachu na widok psa lub pszczoły, i koniecznie trzeba je nazwać pieskiem lub pszczółką, żeby dziecko ochronić. Zresztą przecież piesek wciąż ma ząbki, a pszczółka żądełko i fizycznie nic się nie zmienia, po co to durne czarowanie? Kiedy dziecko zacznie posługiwać się językiem polskim, samo załapie regułę i zdrobni sobie to, co samo zechce.
Odpowiedz
Z drugiej strony niezmiernie nas Polaków śmieszy język czeski, jako infantylny, z tymi wszyskimi 'maminkami, szmaticzkami i potrawinkami".
A Czechów z kolei śmieszy język polski, z tymi "sie, nie, cie, zie, pie".
Ogólnie to bardzo śmiesznie być słowianinem Uśmiech
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
ZaKotem napisał(a):
zefciu napisał(a): A mnie na skutek wypowiedzi ZaKotem zaczęło zastanawiać, czemu ja mam Wujka Jasia, Rysia i Tadzia, czy Ciocię Melę i Renię. Wiem, że nie mam co pytać, mamy, bo rodzice to intuicyjnie robią. Ale jest to ciekawy przyczynek do rozważań.

Zdrobnienia zbliżają emocjonalnie dany obiekt, sprawiają, że staje się swojski i bezpieczny. Jest to zupełnie naturalna i pożyteczna funkcja w przypadku członków rodziny, a nawet rzeczy. Nie ma nic zdrożnego w tym, że czyjemuś sercu bliski jest domek czy kawka, albo nawet pieniążki, aby tylko swoje. Gorzej, jeśli to wódeczka.  Ludzie, którzy zdrabniają wszyściutko, jak ten urzędniczek od piecząteczek, sprawiają wrażenie jakichś wylękanych, a ten zabieg pełni funkcję "oznaczania terytorium", żeby je oswoić i mentalnie zabezpieczyć.

Natomiast w przypadku dzieci polskich obowiązuje obleśna konwencja upupiania. Naturalne jest, że dbamy o bezpieczeństwo swoich dzieci, a zazwyczaj i cudzym źle nie życzymy. Ale naprawdę nie jest tak, że dziecko z natury sra że strachu na widok psa lub pszczoły, i koniecznie trzeba je nazwać pieskiem lub pszczółką, żeby dziecko ochronić. Zresztą przecież piesek wciąż ma ząbki, a pszczółka żądełko i fizycznie nic się nie zmienia, po co to durne czarowanie? Kiedy dziecko zacznie posługiwać się językiem polskim, samo załapie regułę i zdrobni sobie to, co samo zechce.

Hmm... To może nie być tylko efekt zbliżający, ale kulturowy myk pozwalający na spokojne istnienie wielokulturowego i demokratycznego społeczeństwa. Skoro widząc dowolnego człowieka i przejaw jego kultury, jesteśmy w stanie przygarnąć go razem, ze wszystkim co przywlókł że sobą, z językiem i kulturą to jest najprostsza droga do tego aby sobie z nami żył spokojnie i Żydóweczka i Cyganeczka... I w zasadzie to miałoby nawet niezłe uzasadnienie źródłowe. Cygańscy królowie szkoli w Rz-plitej niedźwiadki zabawiający i królów i magnatów czy mieszczan. Żydzi jakkolwiek zawsze w Europie budzili niechęć, to tutaj raczej mieli oazę spokoju... Ciekawe też, że o wiele łatwiej zdrobnić nazwę narodową kobiet Cwaniak Coś czuję, że Litwineczki, Bialorusineczki były jakoś szczerzej i radośniej włączane do wspólnoty Duży uśmiech
Sebastian Flak
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości