Terry Pratchett przyrównał swoją pierwszą lekturę cyklu Narnii do "najedzenia się opłatków". Zazwyczaj spotykałem się z krytyką Lewisa za jego ciężkoapologetyczny styl i wciskanie "katolickiej nauki społecznej" na siłę i bez polotu - zupełnie inaczej niż Tolkien, który też był wierzącym katolikiem i też trochę wciskał, ale sposób subtelny i w zasadzie nieodczuwalny dla czytelnika. Chociaż sam "Narnię" czytałem pacholęciem będąc, i zupełnie nie wyłapałem oczywistych aluzji do Chrystusa, to już wtedy, w wieku około dziesięciu lat, wydawała mi się ta opowieść przeraźliwie przesłodzona i naiwna, że wystarczy mieć dobre intencje i czyste serce a Zło od tego pierzcha w popłochu, ble ble ble.
Ale żeby, w mordę jeża, oskarżać Lewisa o jakiejś... wychwalanie agresji? Seksizm? ...rasizm? To już chyba trzeba mocno upaść na łeb. No, dał dzieciom broń do ręki, ten niby Chrystus. Chłopcom i dziewczynkom, co w latach 50. wcale nie było takie oczywiste. A co miał im dać - ptasie mleczko? W obliczu wroga broń to jedna z lepszych rzeczy, jakie można mieć.
Ale żeby, w mordę jeża, oskarżać Lewisa o jakiejś... wychwalanie agresji? Seksizm? ...rasizm? To już chyba trzeba mocno upaść na łeb. No, dał dzieciom broń do ręki, ten niby Chrystus. Chłopcom i dziewczynkom, co w latach 50. wcale nie było takie oczywiste. A co miał im dać - ptasie mleczko? W obliczu wroga broń to jedna z lepszych rzeczy, jakie można mieć.

