Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Zasadność zadawania prac domowych w szkole i na studiach
#1
Wiem, że ostatnimi czasy wokół prac domowych pojawiło się wiele kłótni i kontrowersji. Jednak jak to jest? Dziecko od szóstego czy siódmego roku życia tresuje się, że jego sensem życia jest praca za darmo, w zasadzie bez jakichkolwiek nagród. Wstaje rano do szkoły, tam musi cały czas mieć wytężony umysł by jak najwięcej i jak najdłużej zapamiętać narastające z każdym rokiem tony materiału, potem, po wielu godzinach spędzonych w hałasie przychodzi do domu coś zjeść i zasiada do odrabiania prac domowych. Robi je często po kilka godzin. Codziennie. Oprócz tego są kartkówki, klasówki, odpytywania. 

Czy ludzie, grono naukowców, decydentów, psychologów tego nie widzi, że dzieci obecnie (to, że kiedyś to było to inna sprawa, były wtenczas inne czasy, inne zapatrywania społeczne i mniej nauki) są niemożebnie przepracowane już w momencie nauki na początku szkoły średniej lub jeszcze pod koniec podstawówki? Jaka jest zasadność w ogóle zadawania prac domowych? Pańszczyzna skończyła się w XIX wieku, więc dlaczego w szkolnictwie ciągle jeszcze panuje pogląd, który mówi, że jak dzieci nie będą robiły prac domowych to będą durniami. Moim zdaniem, w obecnych czasach brakuje umiaru. Umiar jest rzeczą ważną, a w szkolnictwie tego nie ma. A jeśli chodzi o studia, to jest wprost zdumiewające, że tam też są prace domowe. Pytanie, po co? W celu wyrobienia sobie systematyczności tak jak to uważają nauczyciele w szkołach podstawowych? Czy nauczyciele akademiccy sądzą, że bez prac domowych studenci sami nie zainteresowaliby się tematem na kierunku, którzy sami wybrali? Uważam, że niepotrzebne jest zarządzanie czyimś czasem. Jeśli dzieci są tresowane, że nie mają innego wyboru, że ciągle coś muszą dla kogoś robić, to trudno oczekiwać wyrobienia sobie krytyczności umysłu i strategii podejmowania decyzji w dorosłym życiu. Uważam, że byłoby lepiej zaniechać zadawania obowiązkowych prac domowych, kosztem zwiększenia liczby godzin lekcyjnych. Umysł dziecka nauczyłby się, że jest czas na naukę, ale jest też czas wolny po przyjściu do domu. Czy istnieje jakiś prawny obowiązek odrabiania prac domowych w Polsce? Dlaczego w debacie publicznej unika się tego tematu?
Odpowiedz
#2
Masz w tym samym dziale temat o szkole. Tak, edukacja dzisiejszych dzieci powinna wyglądać inaczej. Powinno się kłaść większy nacisk na zrozumienie i konkretne umiejętności, a mniej na pamięciówki i głupie zadania. Prace domowe nie są zupełnie bez sensu. Wielokrotne powtarzania materiału pomaga lepiej go zapamiętać, zrozumieć i stworzyć odpowiednie skojarzenia pomiędzy zjawiskami. Wszystko to powinno być odpowiednio przekazywane i przy uwzględnieniu wartości służących całemu społeczeństwu.

Temat o szkole:
https://ateista.pl/showthread.php?tid=9345
The Phillrond napisał(a):(...)W moim umyśle nadczłowiekiem jawi się ten, kogo nie gnębi strach przed nieuniknionym i kto dąży do harmonijnego rozwoju ze świadomością stanu rzeczy
.
Odpowiedz
#3
Widziałem temat o szkole, jednak zdecydowałem się założyć nowy, gdyż temat prac domowych był tam bardzo lekko tylko zaznaczony. Jeśli jest to możliwe, to proszę o połączenie (merging) tego tematu z tematem o szkole.
Odpowiedz
#4
Standardowym wymiarem pracy jest 40 godzin tygodniowo. Dzieciaki nie mają tyle lekcji. Zatem nawet jak zrobią coś w domu, to i tak zostaje na odpoczynek więcej, niż standardowemu sararimanowi.

A z tą „pracą za darmo” to już zupełnie bez sensu. Kto niby miałby dziecku płacić za naukę? Dla dorosłego standardem jest, że jeśli się chce od kogoś uczyć, to nauczycielowi płaci. Dziecko dostaje coś od społeczeństwa za friko. Pracuje dla siebie i tylko dla siebie.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
#5
zefciu napisał(a): Dziecko dostaje coś od społeczeństwa za friko. Pracuje dla siebie i tylko dla siebie.

Pod warunkiem wszelako, że owo "darmowe" edukowanie, nie jest w istocie zwykłą indoktrynacją i ciepłym chowem narodowych pokurczów o religijnym autoramencie, których najważniejszym z późniejszych, rozlicznych obowiązków jest oprócz wiernopoddańczej lojalności, także sowite dokładanie się do budżetu.
Zefciu nie jest przecież już dzieckiem i wiedzieć powinien, że w narodowo-socjalistycznych społeczeństwach ta reguła nie zna wyjątków a prawda o tej zasadzie, jest wręcz obscenicznie naga.
Skoro jednak śmierć ustanawia porządek świata, może lepiej jest dla Boga, że się nie wierzy w niego i walczy ze wszystkich sił ze śmiercią, nie wznosząc oczu ku temu niebu, gdzie on milczy.
Albert Camus
Odpowiedz
#6
Zadaniem prac domowych jest przerzucenie materialu przerabianego rano w szkole z pamieci krotkiej do dlugiej przez powtorzenie tego, czesto w troche innym kontekscie np teorii w zadaniach.
Mysle ze mozna by to zorganizowac w inny sposob, np robiac prace domowa w szkole nastepnego dnia.
Zeby to osiagnac trzeba by zdecydowanie zmniejszyc ilosc materialu pamieciowego ktora podaje sie dzieciom w szkole, ktory w wiekszosci zapominaja po ukonczeniu szkoly.

Z drugiej strony nie bardzo rozumiem pretensji o "prace domowe" na studiach, zawsze rozumialem ze studenci maja za zadanie samodzielnie opanowac material danego zagadnienia z dostepnych materialow i ew przedyskutowac wyniki na cwiczeniach czy seminaruim. W tym wypadku wyklad jest tylko zaznaczeniem punktow na ktorych zalezy wykladowcy, czy ktore nie sa objete zrodlami.
Odpowiedz
#7
zefciu napisał(a): Standardowym wymiarem pracy jest 40 godzin tygodniowo. Dzieciaki nie mają tyle lekcji. Zatem nawet jak zrobią coś w domu, to i tak zostaje na odpoczynek więcej, niż standardowemu sararimanowi.

A ile trwa zrobienie czegoś i jak to policzyłeś?
Odpowiedz
#8
Poligon. napisał(a): Pod warunkiem wszelako, że owo "darmowe" edukowanie, nie jest w istocie zwykłą indoktrynacją i ciepłym chowem narodowych pokurczów
Ale przecież wątek jest nie o tym. To czy szkoła uczy tego, czego powinna uczyć i to czy szkoła zadaje zadania domowe to sprawy ortogonalne.

Cytat:których najważniejszym z późniejszych, rozlicznych obowiązków jest oprócz wiernopoddańczej lojalności, także sowite dokładanie się do budżetu.
Ale tutaj mamy pewną sprzeczność. Narodowy pokurcz wniesie do budżetu mniej, niż osoba, która nauczyła się w szkole jakiejś przydatnej umiejętności.

Cytat:A ile trwa zrobienie czegoś i jak to policzyłeś?
Kieruję się w tym względzie osobistym doświadczeniem. Nigdy nie miałem tyle czasu, ile w trakcie mojej nauki szkolnej i akademickiej.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
#9
zefciu napisał(a):
Cytat:A ile trwa zrobienie czegoś i jak to policzyłeś?
Kieruję się w tym względzie osobistym doświadczeniem. Nigdy nie miałem tyle czasu, ile w trakcie mojej nauki szkolnej i akademickiej.

No to właśnie błąd, bo my chodziliśmy do szkół w zupełnie innych czasach. Należy się kierować doświadczeniem współczesnych małolatów, a nie ludzi, którzy byli małolatami w starożytności. I kiedy właśnie porównuję to, ile czasu spędzają nad lekcjami młodociani z mojej rodziny z moimi własnymi doświadczeniami, to wychodzi mi duża różnica. Średnio zdolny uczeń żeby mieć czwórki - co chyba nie jest jakąś superhiperambicją - pracuje łącznie w szkole i poza szkołą jakieś 50-60 godzin tygodniowo. W tym niedziele i święta. To jest jakaś stachanówka. O uczniach szczególnie ambitnych - lub, co gorzej, mających szczególnie ambitnych rodziców - nawet nie wspominam.

Uczniowie nie uczą się w szkole już w ogóle. Za moich czasów nauczyciele jeszcze coś wykładali i tłumaczyli, jedni lepiej, inni gorzej. Ale obecnie lekcje polegają na sprawdzeniu zadań domowych, odpytywania, kartkówkach i zadaniu nowych zadań. Nie ma już czasu na nic innego. To nie ma żadnego sensu. Nauczyciele powinni zmienić nazwę swego zawodu na "sprawdzaciele". Nauka, w której uczeń sam musi się wszystkiego nauczyć, bez pomocy mistrza, jest po prostu nieefektywna. Dlatego trwa dłużej i przynosi gorsze rezultaty w przeliczeniu na jednostkę czasu. A na gorsze rezultaty nauczyciele reagują zwiększeniem ilości prac domowych i tym samym jeszcze większym ograniczeniem ich własnego udziału w nauczaniu. Tego błędnego koła nie da się przerwać oddolnie, bo nauczyciel, który by z tego systemu zrezygnował, uzyskałby krótkoterminowo gorsze rezultaty i za to by go oceniono. To można przerwać tylko administracyjnym nakazem, realną reformą edukacji.
Odpowiedz
#10
ZaKotem napisał(a): Tego błędnego koła nie da się przerwać oddolnie, bo nauczyciel, który by z tego systemu zrezygnował, uzyskałby krótkoterminowo gorsze rezultaty i za to by go oceniono. To można przerwać tylko administracyjnym nakazem, realną reformą edukacji.

W jaki sposób nauczanie bardziej efektywne spowodowałoby spadek rezultatów krótkoterminowych jak i długoterminowych? Nauczyciel, który mniej zadaje ale lepiej tłumaczy będzie miał zawsze lepsze rezultaty niż taki, który tylko zadaje. Pomijam już to skąd Twoje przekonanie, że tak wygląda nauczanie w szkołach - bo mi to trochę w głowie się nie mieści aby to był standard a nie jakieś przypadki w których dzieciak miał pecha i trafił na niekompetentnego nauczyciela. Zresztą to jest idotyzm, bo coś takiego oznacza nie tylko więcej pracy dla ucznia ale również dla nauczyciela, który musi sprawdzić to co pozadawał.

Natomiast co do liczby godzin spędzanych na naukę to może ona być faktycznie duża. Wystarczy zerknąć sobie na rozkłady zajęć - w szkołach ponadpodstawowych zazwyczaj jest to cały tydzień od 8 do 15 (czasem zdaża się, że kończą trochę wcześniej). Do tego nawet bez zadań trzeba przecież nauczyć się na kolejny dzień (jakaś pamięciówka zawsze być musi) załóżmy że to minimum jedna lub dwie godziny na dzień. I spokojnie wychodzi pełny 40h etat na naukę. Ale z tego co kojarzę nauczyciele od lat apelują o odchudzenie programów nauczania bo jest tam po prostu za dużo wszystkiego.
"Dosyć — mówił — naszukałem się po lesie i ledwie tego smolnego pniaka zdybałem, ale czem wy, moje dzieci, będzieta kiedyś świecić, skoro lasy się umykają, i coraz trudniej o smolny kawałek drzewa?”.








Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości