Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Tak zwany rozwód kościelny
#1
Błąd 
Coraz częściej wierzący biorą tzw rozwód kościelny.

Między innymi nijaki Kurski.

Co tym myślicie??

Ja uważam , że to może być niezłe ku......wo
Trzeba podważyć wszystko co da się podważyć, gdyż tylko w ten sposób można wykryć to, co podważyć się nie da. T.K.
Odpowiedz
#2
Już opisywałem pierepałki mojej ślubnej, której ex po latach nagle się objawił z propozyją unieważnienia ich ślubu kóścielnego (bo rozwód kościelny de facto nie istnieje).
Cyrk na kółkach i obraza boska w jednym.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#3
Rozwód jak rozwód, zwykła rzecz. Mnie tylko rozśmiesza katolicka kazuistyka. "Małżeństwo jest nierozerwalne, ale w razie potrzeby możemy stwierdzić, że wcale go nie było". No rewelacja. Produkt, który sprzedaje firma, jest według niej absolutnie niezniszczalny. A jeśli ktoś przyniesie do reklamacji jego smutne szczątki, to firma mówi, że to się nie liczyło, bo to tak naprawdę nie był ten produkt.
Odpowiedz
#4
Lektura obowiązkowa w temacie:
https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/...rskie.html
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
#5
ZaKotem napisał(a): Rozwód jak rozwód, zwykła rzecz. Mnie tylko rozśmiesza katolicka kazuistyka. "Małżeństwo jest nierozerwalne, ale w razie potrzeby możemy stwierdzić, że wcale go nie było".
To akurat wcale nie jest katolicki wynalazek. Unieważnienie małżeństwa jest też przewidziane w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym i jest czymś całkiem innym niż rozwód.
- Myślałem, że ty nie znasz lęku.
- Mylisz się. Lęku nie zna tylko głupiec.
- A co robi wojownik, kiedy czuje strach?
- Pokonuje go. To jest w każdej bitwie nasz pierwszy martwy wróg.
Odpowiedz
#6
Nic dodać, nic ująć Uśmiech


Cytat:Umyślnie mówię „rozwód”; mimo iż wiadomo, że rozwodu w Kościele katolickim nie ma, głos ludu nigdy inaczej nie mówi tylko „rozwód”. I w rezultacie, ma rację. Po prostu, skoro w małżeństwie jest żądanie rozwodu, szuka się nieformalności celem unieważnienia małżeństwa; nie kijem, to pałką, dla pacjenta wszystko jedno, jak się nazywa. Różnica jest ta, że gdy rozwód jest w zasadzie rzeczą rzetelną i poważną, unieważnienie bywa najczęściej dość gorszącą komedyjką.
Znałem blisko pewnego kanonika-filozofa, który mawiał, że najlepiej już przy ślubie dać w łapę zakrystianowi, aby popełnił jaką nieformalność, zapalił o jedną świeczkę mniej niż trzeba, czy coś podobnego, a w potrzebie można mieć za to unieważnienie małżeństwa.
Tenże kanonik mawiał, iż akta takich spraw mają to do siebie, że każda kartka powinna być przekładana grubym banknotem.
Ach, gdyby tak móc zajrzeć do tych aktów, co za cuda by się tam znalazło, co za materiał dla komediopisarza. Na przykład świadectwa lekarskie niezdolności „skonsumowania” małżeństwa, wystawiane kobietom, które żyły parę lat z mężem i miały kilku zdrowych kochanków. Bo każdy, kto się w jakikolwiek sposób zetknie ze sprawą „unieważnienia”, musi kłamać.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#7
Iselin napisał(a): To akurat wcale nie jest katolicki wynalazek. Unieważnienie małżeństwa jest też przewidziane w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym i jest czymś całkiem innym niż rozwód.
Stosuje się go w bardzo rzadkich, ściśle określonych przypadkach i nie jest on ersatzem rozwodu. Natomiast rozwód kościelny, który jest rozwodem jakkolwiek by się ksiądz nie pultał, żeby rozwodu rozwodem nie nazywać, uzyskuje się kiedy małżonek "nie czuł się gotowy do małżeństwa".

Sofeicz napisał(a): Nic dodać, nic ująć Uśmiech
Myślę, że można by sporo ująć. Dziś uzyskanie rozwodu kościelnego jest znacznie łatwiejsze, niż w przed wiekiem i dużo mniej upokarzające. Postęp jest.
Odpowiedz
#8
ZaKotem napisał(a): Stosuje się go w bardzo rzadkich, ściśle określonych przypadkach i nie jest on ersatzem rozwodu. Natomiast rozwód kościelny, który jest rozwodem jakkolwiek by się ksiądz nie pultał, żeby rozwodu rozwodem nie nazywać, uzyskuje się kiedy małżonek "nie czuł się gotowy do małżeństwa".
Bo kryteria są bardziej rozmyte Duży uśmiech Jeśli ktoś miał już żonę albo był małoletni w czasie zawierania małżeństwa, jest to raczej jednoznaczne, w przeciwieństwie do braku dojrzałości do małżeństwa Duży uśmiech
- Myślałem, że ty nie znasz lęku.
- Mylisz się. Lęku nie zna tylko głupiec.
- A co robi wojownik, kiedy czuje strach?
- Pokonuje go. To jest w każdej bitwie nasz pierwszy martwy wróg.
Odpowiedz
#9
zefciu napisał(a):Lektura obowiązkowa w temacie:
https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/...rskie.html
Czytałam to w latach 80. Teraz jak zapewne wiesz autor jest na cenzurowanym.
http://www.netkultura.pl/1295/rafal-klan...j-prawicy/

Swoją drogą jak czują się dzieci nieślubne z takiego unieważnionego małżeństwa.
Trzeba podważyć wszystko co da się podważyć, gdyż tylko w ten sposób można wykryć to, co podważyć się nie da. T.K.
Odpowiedz
#10
cyd napisał(a): Swoją drogą jak czują się dzieci nieślubne z takiego unieważnionego małżeństwa.
To pewnie zależy od tego, jak traktują katolicyzm. Jeśli poważnie – jak nieślubne dzieci. Jeśli nie – jak każde inne dzieci rozwiedzionych rodziców.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
#11
zefciu napisał(a):
cyd napisał(a):Swoją drogą jak czują się dzieci nieślubne z takiego unieważnionego małżeństwa.
To pewnie zależy od tego, jak traktują katolicyzm. Jeśli poważnie – jak nieślubne dzieci. Jeśli nie – jak każde inne dzieci rozwiedzionych rodziców.
Tu następny przykład hipokryzji kościoła... czy wiernych?
https://www.wp.pl/?s=https%3A%2F%2Fkobie...rc01=d3f2c

Płacz

Kupowanie zaświadczeń..
Trzeba podważyć wszystko co da się podważyć, gdyż tylko w ten sposób można wykryć to, co podważyć się nie da. T.K.
Odpowiedz
#12
To należy do zjawisk, których zrozumieć nie umiem. Rozumiem religijność, rozumiem brak religijności. Nie potrafię jednak rozgryźć ludzi, którzy tak jak ja mają głęboko katolickie nauki, ale poświęcają czas i wysiłek (bo pieniądz to czas i wysiłek) na udawanie, że są katolikami.
Odpowiedz
#13
ZaKotem napisał(a): To należy do zjawisk, których zrozumieć nie umiem. Rozumiem religijność, rozumiem brak religijności. Nie potrafię jednak rozgryźć ludzi, którzy tak jak ja mają głęboko katolickie nauki, ale poświęcają czas i wysiłek (bo pieniądz to czas i wysiłek) na udawanie, że są katolikami.
Bo żyjesz w świeckiej społeczności. I nie dostrzegasz, że są w Polsce miejsca, gdzie Kościół to nie tylko prywatna religijność, ale siła spajająca społeczeństwo.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
#14
Dokładnie - to jest rzymskie postrzeganie religii, jako zestawu obowiązkowych rytuałów i danin, jakie ma wypełniać ktoś, kto aspiruje do bycia Obywatelem.
A sama wiara, to sprawa drugorzędna.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#15
zefciu napisał(a):
ZaKotem napisał(a):To należy do zjawisk, których zrozumieć nie umiem. Rozumiem religijność, rozumiem brak religijności. Nie potrafię jednak rozgryźć ludzi, którzy tak jak ja mają głęboko katolickie nauki, ale poświęcają czas i wysiłek (bo pieniądz to czas i wysiłek) na udawanie, że są katolikami.
Bo żyjesz w świeckiej społeczności. I nie dostrzegasz, że są w Polsce miejsca, gdzie Kościół to nie tylko prywatna religijność, ale siła spajająca społeczeństwo.
Tak bywa w niektórych branżach. Może bycie politykiem też wymaga postawy hipokryckiej...
Trzeba podważyć wszystko co da się podważyć, gdyż tylko w ten sposób można wykryć to, co podważyć się nie da. T.K.
Odpowiedz
#16
Sofeicz napisał(a): Już opisywałem pierepałki mojej ślubnej, której ex po latach nagle się objawił z propozyją unieważnienia ich ślubu kóścielnego (bo rozwód kościelny de facto nie istnieje).
Cyrk na kółkach i obraza boska w jednym.
Jednak brałeś drugi ślub tylko w cywilu?

Kurski brał jeden i drugi w krk.

Piłsudskiemu chciało się chociaż zmienić wyznanie. Duży uśmiech Oczko

https://wpolityce.pl/polityka/132476-joz...l-wyznanie
Odpowiedz
#17
Sama możliwość stwierdzenia, że to co nierozerwalne nigdy nie miało miejsca nie umniejsza "powagi sakramentu". To jest świetny wynalazek. Działa w przypadkach choćby zatajenia chorób, zawarcia poprzedniego małżeństwa, posiadania dzieci z poprzednich związków i tym podobnych poważnych sytuacji. Zupełnie czym innym jest praktyka gdzie rzeczywiście często stwierdzenie nieważności staje odpowiednikiem rozwodu. Zresztą jeżeli ludzie kłamią dla świstka papieru to i tak wg doktryny małżeństwo miało i ma miejsce. Tutaj pretensje do choćby formalnych wyznawców, a nie do samego mechanizmu. Jestem ciekawy czy jak w sądzie biskupim lub kancelarii kanonicznej czy jak to się tam nazywa trafi się akurat naprawdę wierzący człowiek to są momenty, ze zadrży mu ręka przed złożeniem podpisu.

Sam fakt, że "wierzący niepraktykujący" (czyli de facto niewierzący) lub jawnie niewierzący czy nawet ludowo-polsko-płytko-wierzący biorą udział w takich przedstawieniach i naprawdę mocno to przeżywają nie oburza mnie, ani nie powoduje zdziwienia. Kiedyś co prawda uważałem inaczej. Trzeba wziąć pod uwagę czynniki społeczne, kwestie kulturowe, przywiązanie, tożsamość, religijność może być płytka, a jednocześnie głęboko zakorzeniona, oparta na emocjach, obrazach. Tak samo chrzciny czy komunie, ślub w kościele gdzie będzie ołtarz, ksiądz, organy i rodzina w ławkach. Niektórzy w komentarzach powyżej też to widzą i rozumieją.
Stop andromedyzacji Drogi Mlecznej!
Odpowiedz
#18
Panzer Division napisał(a):Sama możliwość stwierdzenia, że to co nierozerwalne nigdy nie miało miejsca nie umniejsza "powagi sakramentu". To jest świetny wynalazek. Działa w przypadkach choćby zatajenia chorób, zawarcia poprzedniego małżeństwa, posiadania dzieci z poprzednich związków i tym podobnych poważnych sytuacji. Zupełnie czym innym jest praktyka gdzie rzeczywiście często stwierdzenie nieważności staje odpowiednikiem rozwodu. Zresztą jeżeli ludzie kłamią dla świstka papieru to i tak wg doktryny małżeństwo miało i ma miejsce. Tutaj pretensje do choćby formalnych wyznawców, a nie do samego mechanizmu. Jestem ciekawy czy jak w sądzie biskupim lub kancelarii kanonicznej czy jak to się tam nazywa trafi się akurat naprawdę wierzący człowiek to są momenty, ze zadrży mu ręka przed złożeniem podpisu.

Sam fakt, że "wierzący niepraktykujący" (czyli de facto niewierzący) lub jawnie niewierzący czy nawet ludowo-polsko-płytko-wierzący biorą udział w takich przedstawieniach i naprawdę mocno to przeżywają nie oburza mnie, ani nie powoduje zdziwienia. Kiedyś co prawda uważałem inaczej. Trzeba wziąć pod uwagę czynniki społeczne, kwestie kulturowe, przywiązanie, tożsamość, religijność może być płytka, a jednocześnie głęboko zakorzeniona, oparta na emocjach, obrazach.  Tak samo chrzciny czy komunie, ślub w kościele gdzie będzie ołtarz, ksiądz, organy i rodzina w ławkach. Niektórzy w komentarzach powyżej też to widzą i rozumieją.
Czyli nie odbierasz tego jako hipokryzję tylko taki lokalny rys kulturowy. Ja to też dostrzegam, marzenia o ślubie w białej sukni, muzyka, dzwony itp itd. Potem przychodzi proza życia. Co sprawiło, że zmieniłeś zdanie?
Odpowiedz
#19
Jeszcze znalazłem ryskę.

cyd napisał(a): Coraz częściej wierzący biorą tzw rozwód kościelny.

Skąd wiadomo, że naprawdę wierzący, a jak już to pytanie w co.
Stop andromedyzacji Drogi Mlecznej!
Odpowiedz
#20
geranium napisał(a): Jednak brałeś drugi ślub tylko w cywilu?

Kurski brał jeden i drugi w krk.

Piłsudskiemu chciało się chociaż zmienić wyznanie. Duży uśmiech Oczko
Tutaj nie ma porównania. Piłsudski zmieniał wyznanie, gdy nie było jeszcze w Polsce ujednoliconego świeckiego kodeksu rodzinnego. Dlatego państwo uznawało status małżeński taki, jaki uznawała wspólnota religijna danej osoby. Obecnie jest inaczej – kościoły mają jedyne przywilej organizacji ceremonii zaślubin, ale potem to już władza sądownicza decyduje, czy małżeństwo trwa. Zatem dzisiaj sprawa unieważnień nie budzi już tak wielkich emocji, jak za Boya.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości