Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 4
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ateizm a przemijanie
#1
U mnie latka lecą i coraz bardziej myślę o tym, że się starzeje a mój organizm się zużywa. Prędzej czy później trzeba będzie odejść. Czas jest nieubłagany.
U człowieka religijnego to jest proste - umrę a potem będę aniołkiem czy tym co kto wierzy. Po prostu będę istniał.

A jak ateiści sobie radzą z problemem śmierci i przemijania?
Odpowiedz
#2
Nie widzę tu żadnego problemu bo nie boję się śmierci. Będzie tak jak przed moim narodzeniem, albo w czasie głębokiego snu czy całkowitego znieczulenia w czasie operacji. Czego się zatem bać? 
Codziennie zasypiam  i się nie boję. Jedyne czego się boję to cierpienie towarzyszące umieraniu. Dlatego popieram eutanazje i walczę przeciwko kk który każe mi cierpieć zanim umrę.

Przykro mi ale twoje strachy na mnie nie działają. Strach to główne narzędzie kk by trzymać wiernych w posłuszeństwie, ale każdy rozumny człowiek wie ze jest to najgorsze narzędzie przy
podejmowaniu decyzji. Tzw życie wieczne po śmierci jak się chwilę zastanowisz, nie ma żadnego sensu bo niby jaki miałby być tego cel? Zycie doczesne wbrew twierdzeniom kk  o prochu marnym ma natomiast sens i jest nim 
przedłużenie gatunku, wychowanie potomstwa i nie pytaj mnie jaki cel ma trwanie gatunku bo nie wiem i to nieistotne bo moje życie ma cel o którym powiedziałem i sprawia mi to radość. Ty zaś wyraźnie uważasz że twoje nie ma skoro zadajesz takie pytania i czekasz na śmierć i sąd ostateczny. Smutne to twoje życie
Odpowiedz
#3
grownup napisał(a): Nie widzę tu żadnego problemu bo nie boję się śmierci. Będzie tak jak przed moim narodzeniem, albo w czasie głębokiego snu czy całkowitego znieczulenia w czasie operacji. Czego się zatem bać?

A kto mówi o strachu?

grownup napisał(a):Smutne to twoje życie

No właśnie nie jest smutne i stąd ten temat. Ja bym chciał żyć wiecznie a wbrew swojej woli będę musiał odejść. Muszą odejść również wszystkie mi bliskie osoby. Dla mnie to jest problem, jeśli dla Ciebie nie to zazdroszczę.
Odpowiedz
#4
EusMadeus napisał(a): A jak ateiści sobie radzą z problemem śmierci i przemijania?
Ateiści? Musiałbyś każdego z osobna spytać. Nie ma Komitetu Centralnego narzucającego jednomyślność.
Pewnie podobnie jak wierzący. Gdy odejdzie bliska osoba, jest żal, smutek. Trzeba sobie z tym radzić. Nie wiem na ile pomaga wiara, że kiedyś się znów spotkamy. Kogoś brakuje właśnie tu i teraz. Słyszysz czyjeś kroki w pustym już pokoju, rano robisz niepotrzebnie dwie kawy, odruchowo wołasz kogoś, żeby pokazać, że coś fajnego jest w TV. Czy w takich chwilach wierzącym przychodzi z pomocą wizja spotkania w raju? Nie wiem, ale bardzo wątpię. To bardziej sposób na zagłuszenie emocji, niż przeżycie.
Zaś moje przemijanie i śmierć? Raczej obawiam się starości, choroby, bycia bezużytecznym i zależnym on innych. Wiadomo, będzie może czas na przemyślenia. To bym zrobił tak, tamto inaczej. Szkoda, że nie wlazłem na Everest jednak, fajnie byłoby Penelope Cruz przelecieć i takie tam.
A potem zgaśnie światło i już. Nie wiem, co dodać więcej. Kropkę nad "i" stawia moja stopka Oczko
Kiedy człowiek umiera, po pierwsze traci życie. A zaraz potem złudzenia.
Terry Pratchett
Odpowiedz
#5
EusMadeus napisał(a): A jak ateiści sobie radzą z problemem śmierci i przemijania?

Jedyna nadzieja w cyborgizacji, inżynierii genetycznej (jeśli chodzi o wydłużenie życia) oraz w transhumanizmie. Może i nie da wiecznego życia, ale może solidnie je wydłuży.

A z samą śmiercią i przemijaniem po prostu sobie nie radzę. Fakt przemijania jest tym bardziej smutny, im bardziej świadomi jesteśmy krótkości/kruchości życia i tego jak szybko wszystko mija. Chyba tylko w liceum i na studiach czas wolno leciał. Teraz każdy jeden dzień to jak cpyknięcie palcami.
---
Kochaj sztukę, której się nauczyłeś, i w niej znajdź spokój.
Marek Aureliusz
Odpowiedz
#6
lumberjack napisał(a): Fakt przemijania jest tym bardziej smutny, im bardziej świadomi jesteśmy krótkości/kruchości życia i tego jak szybko wszystko mija.

Obawiam się, że większość ludzi zaczyna być świadoma powagi sytuacji w momencie, gdy tego życia już nie zostało za wiele.

Cytat: Chyba tylko w liceum i na studiach czas wolno leciał. Teraz każdy jeden dzień to jak cpyknięcie palcami.

Podobno im człowiek starszy tym subiektywnie czas szybciej mija.
Gdy byłem dzieckiem to dni wydawały mi się bardzo długie. Teraz (35lat) dzień mi mija za dniem. Pamiętam to dobrze, jak runęły 2 wierze WTC, a to było 20 lat temu. Nie wiem kiedy te 20 lat zleciało.
Martwi mnie to, że część ludzi, na których mi zależy odeszło, część jeszcze odejdzie a potem przyjdzie moja kolej. To nie jest strach, tylko jakiś rodzaj cierpienia.
Odchodząc trzeba się pogodzić z tym, że już nigdy się z ważnymi dla mnie osobami nie spotkam. Już nigdy nie będę uprawiał swoich pasji, seksu, nie zjem swojego ulubionego dania. Nigdy nie będę już nic czuł, o niczym myślał. Nie będzie mnie (dla świata żadna strata a dla mnie to problem).

Wydaje mi się, że osobie wierzącej łatwiej jest zaakceptować problem przemijania. Taka osoba wierzy, że dalej będzie istnieć a bliskie osoby, które odchodzą z tego świata to przenoszą się do innego i kiedyś nastąpi spotkanie z nimi. Szczerze pisząc zazdroszczę im tego komfortu psychicznego.
Odpowiedz
#7
EusMadeus napisał(a): Obawiam się, że większość ludzi zaczyna być świadoma powagi sytuacji w momencie, gdy tego życia już nie zostało za wiele.

Na pewno. Ja też przecież na co dzień o tym nie myślę. Każdy człek jest najprawdopodobniej zajęty prozą życia codziennego.

EusMadeus napisał(a): Podobno im człowiek starszy tym subiektywnie czas szybciej mija.

Praca, praca po pracy w domu, dziecko/dzieci, rodzina i jeb - każdy dzień jak bicza strzelił. Z drugiej strony - nie ma czasu na myślenie o przemijaniu Uśmiech

EusMadeus napisał(a): Martwi mnie to, że część ludzi, na których mi zależy odeszło, część jeszcze odejdzie a potem przyjdzie moja kolej. To nie jest strach, tylko jakiś rodzaj cierpienia.

Stoicy twierdzą, że nie należy przejmować się rzeczami, na które nie ma się wpływu. Ale to chyba niemożliwe. Nie da się nie przejmować śmiercią bliskich ani własnym nadchodzącym kresem.

EusMadeus napisał(a): Wydaje mi się, że osobie wierzącej łatwiej jest zaakceptować problem przemijania. Taka osoba wierzy, że dalej będzie istnieć a bliskie osoby, które odchodzą z tego świata to przenoszą się do innego i kiedyś nastąpi spotkanie z nimi. Szczerze pisząc zazdroszczę im tego komfortu psychicznego.

E tam. Myślisz, że takie osoby nie mają kryzysu wiary albo, że nie mają co jakiś czas myśli typowo ateistycznych? Niby walczą z tym, ale jak JP2 kojtnął, to wszyscy Polacy katolicy po nim płakali jakby odszedł na zawsze, a przecież zgodnie z ich wiarą powinni się cieszyć i być pewni, że siedzi sobie żywy i szczęśliwy gdzieś tam w niebie/raju obok Jezusa i że się z nim kiedyś zobaczą. A dupa tam. W obliczu śmierci każdy płacze i cierpi jak ateista.
---
Kochaj sztukę, której się nauczyłeś, i w niej znajdź spokój.
Marek Aureliusz
Odpowiedz
#8
lumberjack napisał(a): Praca, praca po pracy w domu, dziecko/dzieci, rodzina i jeb - każdy dzień jak bicza strzelił. Z drugiej strony - nie ma czasu na myślenie o przemijaniu Uśmiech

Ja za kilka lat napiszę co myślę o przemijaniu leżąc na sali szpitalnego oddziału opieki paliatywnej w zaawansowanym stadium nowotworu.
Wiem, że nic nie wiem...
Odpowiedz
#9
lumberjack napisał(a): Praca, praca po pracy w domu, dziecko/dzieci, rodzina i jeb - każdy dzień jak bicza strzelił. Z drugiej strony - nie ma czasu na myślenie o przemijaniu Uśmiech
I bardzo dobrze, bo nic odkrywczego zapewne byś nie wymyślił (podobnie jak ja czy ktokolwiek inny).
Wszelkie narracje ontologiczne są wg mnie żałosne z założenia.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#10
Sofeicz napisał(a):
lumberjack napisał(a): Praca, praca po pracy w domu, dziecko/dzieci, rodzina i jeb - każdy dzień jak bicza strzelił. Z drugiej strony - nie ma czasu na myślenie o przemijaniu Uśmiech
I bardzo dobrze, bo nic odkrywczego zapewne byś nie wymyślił (podobnie jak ja czy ktokolwiek inny).
Wszelkie narracje ontologiczne są wg mnie żałosne z założenia.
To nie musza być narracje ontologiczne.
Mogą być metafizyczne.. Zdezorientowany
Odpowiedz
#11
Artificial Intelligence napisał(a): Ja za kilka lat napiszę co myślę o przemijaniu leżąc na sali szpitalnego oddziału opieki paliatywnej w zaawansowanym stadium nowotworu.

Już wielu zrobiło to przed tobą.

Sofeicz napisał(a): I bardzo dobrze, bo nic odkrywczego zapewne byś nie wymyślił (podobnie jak ja czy ktokolwiek inny).

Wymyśliłbym, że należy się uchlać w trzy pizdy Uśmiech

To byłaby narracja alkohologiczna.
---
Kochaj sztukę, której się nauczyłeś, i w niej znajdź spokój.
Marek Aureliusz
Odpowiedz
#12
lumberjack napisał(a):
Artificial Intelligence napisał(a): Ja za kilka lat napiszę co myślę o przemijaniu leżąc na sali szpitalnego oddziału opieki paliatywnej w zaawansowanym stadium nowotworu.

Już wielu zrobiło to przed tobą.

O, przypomniało mi się:

Cytat:1 czerwca 2012 roku u księdza Jana Kaczkowskiego zdiagnozowano złośliwy nowotwór mózgu, którym jest glejak wielopostaciowy – jeden z najbardziej złośliwych nowotworów o skrajnie niekorzystnym rokowaniu. Naciekający charakter guza sprawia, że jest on niezwykle trudny do usunięcia w całości. Pomimo chirurgicznej resekcji, naświetlań i agresywnej chemioterapii szybko powraca, rośnie i stopniowo upośledza pracę kolejnych fragmentów mózgu. Książka SZAŁU NIE MA, JEST RAK nie jest kolejnym wyciskaczem łez, przeciwnie, wzmaga apetyt na życie – prawdziwe życie. To nie jest książka o umieraniu, której należy się bać, to książka, która jest wielką apoteozą życia. Ksiądz Jan Kaczkowski, choć przeszedł dwie operacje, i jest poddawany kolejnym chemioterapiom, nadal pracuje na rzecz hospicjum i służy jego pacjentom. Wspiera też swoich dawnych uczniów i wychowanków – niejednemu z nich pomógł wyprostować życie.

https://www.zwrotnikraka.pl/szalu-nie-ma...kowskiego/

W linku jest fragment książki. Kurde, taki ksiądz to jest ksiądz. Takich to ze świecą szukać. Nie to, co te plugawe pasibrzuchy grzmocące nieletnich.
---
Kochaj sztukę, której się nauczyłeś, i w niej znajdź spokój.
Marek Aureliusz
Odpowiedz
#13
lumberjack napisał(a): Nie to, co te plugawe pasibrzuchy grzmocące nieletnich.
Ale te pasibrzuchy pewnie grzmocą z pobudek egzystencjalnych Uśmiech
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#14
Sofeicz napisał(a):
lumberjack napisał(a):Nie to, co te plugawe pasibrzuchy grzmocące nieletnich.
Ale te pasibrzuchy pewnie grzmocą z pobudek egzystencjalnych Uśmiech
Jak to robisz Sofeiczu, że za taki post nie dostajesz ostrzeżenia od zefcia?


Scharakteryzuj pobudki egzystencjalne. Podaj przykłady.
Odpowiedz
#15
geranium napisał(a): Jak to robisz Sofeiczu, że za taki post nie dostajesz ostrzeżenia od zefcia?

Jestem supermoderatorem do k... nędzy Uśmiech

Cytat:Scharakteryzuj pobudki egzystencjalne. Podaj przykłady.

Samotna starość, brak perspektyw na rozmnażanie, milczenie Najwyższego i takie tam.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#16
lumberjack napisał(a): W linku jest fragment książki. Kurde, taki ksiądz to jest ksiądz. Takich to ze świecą szukać. Nie to, co te plugawe pasibrzuchy grzmocące nieletnich.

Się Ci przypomniało - pisząc posta na który odpowiadasz napisałem o wiele więcej, ale postanowiłem większość usunąć poprzestając na jednym zdaniu - chyba więc miałem dobre przeczucie, łącznie z przemilczeniem Twojej pierwszej odpowiedzi.

A to co usunąłem dotyczyło tego, że leżąc na oddziale opieki paliatywnej będę miał pewność, że nawet gdy ktokolwiek zechce mnie odwiedzić, o ile w ogóle, to nikt nie będzie chciał rozmawiać ze mną o śmierci - pielęgniarki zapytają "czy boli" lub "czy duszno", zmienią pieluchę i wymyją raz w tygodniu, bo taka jest ich rola, lekarz na obchodzie coś poględzi, przepisze "legalny narkotyk", ale nic po za tym.

I być może, o ile nie z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, jedyną osobą chcącą porozmawiać o śmierci będzie jegomość ubrany na czarno z instytucji wiadomej.

No i co? Mam mu powiedzieć, żeby "spaślak wyp... gwałcić ministrantów"? Wielu "młodych bogów" pewnie solennie obieca, że tak wowczas zrobią - o ile perspektywa owego miejsca i nieuchronność pewnych zdarzeń nie sprowadzi ich z na ziemię, zanim pod jej powierzchnię trafią.
Wiem, że nic nie wiem...
Odpowiedz
#17
Artificial Intelligence napisał(a):
lumberjack napisał(a):W linku jest fragment książki. Kurde, taki ksiądz to jest ksiądz. Takich to ze świecą szukać. Nie to, co te plugawe pasibrzuchy grzmocące nieletnich.

Się Ci przypomniało - pisząc posta na który odpowiadasz napisałem o wiele więcej, ale postanowiłem większość usunąć poprzestając na jednym zdaniu - chyba więc miałem dobre przeczucie, łącznie z przemilczeniem Twojej pierwszej odpowiedzi.

A to co usunąłem dotyczyło tego, że leżąc na oddziale opieki paliatywnej będę miał pewność, że nawet gdy ktokolwiek zechce mnie odwiedzić, o ile w ogóle, to nikt nie będzie chciał rozmawiać ze mną o śmierci - pielęgniarki zapytają "czy boli" lub "czy duszno", zmienią pieluchę i wymyją raz w tygodniu, bo taka jest ich rola, lekarz na obchodzie coś poględzi, przepisze "legalny narkotyk", ale nic po za tym.

I być może, o ile nie z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, jedyną osobą chcącą porozmawiać o śmierci będzie jegomość ubrany na czarno z instytucji wiadomej.

No i co? Mam mu powiedzieć, żeby "spaślak wyp... gwałcić ministrantów"? Wielu "młodych bogów" pewnie solennie obieca, że tak wowczas zrobią - o ile perspektywa owego miejsca i nieuchronność pewnych zdarzeń nie sprowadzi ich z na ziemię, zanim pod jej powierzchnię trafią.
Zamierzasz zatem spowiadać się przed śmiercią?
Odpowiedz
#18
geranium napisał(a): Zamierzasz zatem spowiadać się przed śmiercią?

1) Nie. 1) Tak. 1) Nie wiem. 1) ...

Numeracja jest zamierzona.
Wiem, że nic nie wiem...
Odpowiedz
#19
Artificial Intelligence napisał(a):
geranium napisał(a):Zamierzasz zatem spowiadać się przed śmiercią?

1) Nie. 1) Tak. 1) Nie wiem. 1) ...

Numeracja jest zamierzona.
"Od nagłej a niespodziewanej śmierci, zachowaj nas Panie"

To pragnienie katolików (chyba). Natomiast ja myślę, że nie musimy kończyć życia na oddziale opieki paliatywnej.
Odpowiedz
#20
Artificial Intelligence napisał(a): A to co usunąłem dotyczyło tego, że leżąc na oddziale opieki paliatywnej będę miał pewność, że nawet gdy ktokolwiek zechce mnie odwiedzić, o ile w ogóle, to nikt nie będzie chciał rozmawiać ze mną o śmierci - pielęgniarki zapytają "czy boli" lub "czy duszno", zmienią pieluchę i wymyją raz w tygodniu, bo taka jest ich rola, lekarz na obchodzie coś poględzi, przepisze "legalny narkotyk", ale nic po za tym.

Może ktoś z bliskich/z rodziny zechce cię odwiedzać i rozmawiać z tobą. Pomyśl o tych wszystkich dziadkach z covidem umierających na oddziałach covidowych, na które nie ma wstępu nikt z rodziny. Ci to mają przerąbane. Umieranie w samotności nawet bez możliwości rozmowy z bliskimi.

Artificial Intelligence napisał(a): I być może, o ile nie z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, jedyną osobą chcącą porozmawiać o śmierci będzie jegomość ubrany na czarno z instytucji wiadomej.

Ale czy taka rozmowa o śmierci jest w ogóle potrzebna/pomocna?

Artificial Intelligence napisał(a): No i co? Mam mu powiedzieć, żeby "spaślak wyp... gwałcić ministrantów"? Wielu "młodych bogów" pewnie solennie obieca, że tak wowczas zrobią - o ile perspektywa owego miejsca i nieuchronność pewnych zdarzeń nie sprowadzi ich z na ziemię, zanim pod jej powierzchnię trafią.

Czyli twierdzisz, że jak trwoga to do Boga i w obliczu nadchodzącej śmierci każdy się obesra ze strachu na tyle, że będzie pragnął rozmowy z księdzem?

A cóż on o śmierci wie? Każdy człowiek wie tyle samo - nic. Katolicyzm, stoicyzm i inne światopoglądy mają jakieś tam swoje wyjaśnienia-wygibasy intelektualne mające nas pocieszyć, dać nadzieję, podnieść na duchu, dać ulgę, sprawić abyśmy się tak bardzo śmiercią nie martwili... nic ponad to.

Opiekowałem się dwoma osobami aż do ich śmierci. Jedną była moja babcia, z którą grałem w karty aż do jej ostatnich sił intelektualnych i fizycznych. Ona nie chciała gadać o śmierci. Chciała sobie pożartować i robić rzeczy, które lubiła robić - na tyle na ile była w stanie. Ostatnie kilka dni życia zaczęła dostawać głupie jasie i wszystko tak się jej pomieszało, że nie było już z nią normalnego kontaktu i normalnej rozmowy.

Drugą osoba był teść z rakiem wątroby. Z nim był w ogóle słaby kontakt i choroba całkiem szybko go załatwiła. Powiedział tyle, że boi się śmierci, a w pewnym momencie stracił kontakt z rzeczywistością i zaczął majaczyć - rzucać tekstami ze swojej pracy. A że był murarzem to kazał mi podawać sznurek murarski, kielnię etc.

W jednym i drugim przypadku ksiądz nie znalazłby zastosowania.

Ksiądz może być pomocny w przypadku osób samotnych, z którymi nie ma kto spędzać czasu. I to też nie wiem na ile takie samotne osoby wolałyby rozmawiać o przemijaniu, a na ile wolałyby porozmawiać o czymś zupełnie innym aby tylko o tym przemijaniu nie myśleć.

I od tego są wolontariusze, o których w ogóle tutaj nie wspomniano, a którzy odwalają dużo dobrej roboty.
---
Kochaj sztukę, której się nauczyłeś, i w niej znajdź spokój.
Marek Aureliusz
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości