Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Za komuny było szczuplej
#1
Widzę, że we wszystkich gazetkach reklamowych z marketów pojawił się nowy dział - z ubraniami "plus size". W TV też lecą reklamy Zalando z grubasami... widocznie ludzie "plus size" stali się już na tyle liczni, że trza się z nimi liczyć. Z całym szacunkiem dla ludzi otyłych z powodów genetycznych - drażni mnie to, że Polska idzie w ślad za krajami Zachodu. Leniwych grubasów wpierdalających śmieciowe żarcie.

Kurna to paradoks jakiś - za komuny były chujowe place zabaw i dziadowskie możliwości, a jednak ludzie byli w przytłaczającej większości chudzi, a teraz gdy dzieci i dorośli mają do dyspozycji od zajebania pięknych kolorowych placów zabaw z ekstra wyposażeniem i siłowni pod gołym niebem, to z tego nie korzystają, bo wolą siedzieć przed kompem, chujfonem albo tabletem. Komunizm nas nie załatwił; technologia i cyfroza nas załatwią.
Odpowiedz
#2
lumberjack napisał(a): za komuny były chujowe place zabaw i dziadowskie możliwości, a jednak ludzie byli w przytłaczającej większości chudzi,
A bo jedzenie też było chujowe.
Mówiąc prościej propedegnacja deglomeratywna załamuje się w punkcie adekwatnej symbiozy tejże wizji.
Odpowiedz
#3
Nom Uśmiech

Ale mniej go też było (bo komuna i bieda, pomarańcze luksusem na święta etc.), a organizm ludzki (chyba) lepiej znosi "niedomiar" jedzenia niż jego nadmiar.
Odpowiedz
#4
InspektorGadżet napisał(a): Dyskryminacja mnie czyli osoby nie używającej kont bankowych. Muszę choćby płacić dodatkowe 5 szylignów przy odbiorze
Według tego toku rozumowania, jeśli nie chce mi się samemu podcierać dupy, to jestem dyskryminowany, gdyż muszę zapłacić zatrudnionemu przeze mnie etatowemu podcieraczowi dupy.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
#5
lumberjack napisał(a): Nom Uśmiech

Ale mniej go też było (bo komuna i bieda, pomarańcze luksusem na święta etc.), a organizm ludzki (chyba) lepiej znosi "niedomiar" jedzenia niż jego nadmiar.

Afrykanie na to: "hold my beer, bro" Duży uśmiech

Niedomiar jest tak samo szkodliwy jak nadmiar. Z jednej strony anemia, szkorbut czy rozpieprzony układ odpornościowy, z drugiej otyłość czy nadciśnienie tętnicze. A problemem naszych rodziców i dziadków był nie tylko niedomiar ilościowy, ale też jakościowy. Co z tego, że jadł pełną michę, jak dostarczał z niej głównie węgle i trochę tłuszczy oraz marnego białka.

Cytat:Komunizm nas nie załatwił; technologia i cyfroza nas załatwią.

Nie tyle załatwią, co "zmodyfikują". Zwalczymy/ograniczymy pewne schorzenia, by na ich miejsce wpuścić inne - choćby otyłość, wady wzroku czy zajechane kręgosłupy. Ale równocześnie rozwija się medycyna i paradoksalnie choć bardziej sobie szkodzimy, to dłużej i - mimo wszystko - lepiej jakościowo żyjemy.
"Gdzie kończy się logika, tam zaczyna się administracja".
Nie cierpię administracji.
Jestem absolwentem administracji.
Chcę zmieniać administrację.
Odpowiedz
#6
kmat napisał(a):
lumberjack napisał(a): za komuny były chujowe place zabaw i dziadowskie możliwości, a jednak ludzie byli w przytłaczającej większości chudzi,
A bo jedzenie też było chujowe.
No nie wiem.
Domowe było całkiem, całkiem.
Faktycznie nie było dostępu do świeżych warzyw w zimie (adio pomidory), nie mówiąc o cytrusach, i innej egzotyce.
Ale prawdziwy koszmar, to była PRLowska gastronomia - powrót go kulinarnego neolitu.
Gorsze rzeczy jadłem tylko na wycieczce do Sojuza.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#7
Sofeicz napisał(a):
kmat napisał(a):
lumberjack napisał(a):za komuny były chujowe place zabaw i dziadowskie możliwości, a jednak ludzie byli w przytłaczającej większości chudzi,
A bo jedzenie też było chujowe.
No nie wiem.
Domowe było całkiem, całkiem.
Faktycznie nie było dostępu do świeżych warzyw w zimie (adio pomidory), nie mówiąc o cytrusach, i innej egzotyce.
Ale prawdziwy koszmar, to była PRLowska gastronomia - powrót go kulinarnego neolitu.
Gorsze rzeczy jadłem tylko na wycieczce do Sojuza.
A ja jedzenie z gs i barów mlecznych wspominam z rozkoszą.
https://lodz.naszemiasto.pl/knajpy-w-sty...11-1073537

Trochę smutno jedzenie ze stołówki studenckiej w stanie wojennym. Szczególnie kompot z suszu. Ciekawe były pyzy ziemniaczane polewane margaryną. Dzisiaj przydałaby mi się taka dietka.

Na Białorusi W 1978 jadłam przepyszną tuszonkę.
 Fraterniazacja w hotelu.
No i super słoninkę z papryką.
Kalmarów Sofeicz nie pamiętasz?
Odpowiedz
#8
lumberjack napisał(a): Ale mniej go też było (bo komuna i bieda, pomarańcze luksusem na święta etc.), a organizm ludzki (chyba) lepiej znosi "niedomiar" jedzenia niż jego nadmiar.
Ale na nadmiar jedzenia w gospodarce można coś, z odrobiną silnej woli, poradzić. A z próżnego i Salomon nie naleje.

Owszem – epidemia otyłości jest związana między innym z faktem, że ludzkość wyewoluowała raczej do radzenia sobie z niedoborami żywnościowymi (jak akurat jest jedzenie to należy się najeść na zapas, na przednówku schudnę). Obecna sytuacja to dość nieoczekiwana presja selekcyjna promująca cechy przez większość historii ludzkości mało potrzebne.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
#9
geranium napisał(a): A ja jedzenie z gs i barów mlecznych wspominam z rozkoszą.

Nie pamiętam tych z PRLu, bo to nie moje czasy, ale jak robiłem w delegacjach, to jadałem w obecnie istniejących barach mlecznych - bardzo dobre żarcie. I zdrowsze niż wszechobecne KFC, McD etc.

Sebrian napisał(a): Afrykanie na to: "hold my beer, bro"

Ale głód i w ogóle totalny brak żywności i radykalne niedożywienie to jeszcze inna sytuacja.

Sebrian napisał(a): Niedomiar jest tak samo szkodliwy jak nadmiar. Z jednej strony anemia, szkorbut czy rozpieprzony układ odpornościowy

Na szkorbut wystarczy witamina C. Na anemię wystarczy żelazo. Rozpieprzony układ odpornościowy jest problemem ale masz go również przy otyłości.

Sebrian napisał(a): Co z tego, że jadł pełną michę, jak dostarczał z niej głównie węgle i trochę tłuszczy oraz marnego białka.

A teraz co masz w megapopularnym KFC? Węgle (frytki), chujowe tłuszcze nasycone i tłuszcze trans, chujowe białko z klatkowych kurczaków brojlerów intensywnie tuczonych, sól, cukier, a wszystko głęboko smażone we fryturze.

Sebrian napisał(a): Nie tyle załatwią, co "zmodyfikują". Zwalczymy/ograniczymy pewne schorzenia, by na ich miejsce wpuścić inne - choćby otyłość, wady wzroku czy zajechane kręgosłupy.

Ale te nowe choroby są niewspółmierne do tych wynikających z chudości/niedożywienia.

Otyłość to nadciśnienie - wylewy i zawały. Otyłość to też cukrzyca - z definicji kilka lat życia mniej + problemy z gojeniem ran, niewydolność nerek i neuropatia.

Otyłość to mniejsza sprawność fizyczna. Mało ruchu = słaba gęstość kości = łamliwość i kruchość kości.

Jak dla mnie otyłość to problem większy niż jakieś emisje CO2. Z emisją CO2 się niby walczy, a otyłość zaczyna się po prostu akceptować i tolerować, a krytyka grubości zaczyna uchodzić za brak kultury, empatii i wychowania. Pojebane.

Szkoda, że takie KFC nie umie zachęcić ludzi chociaż do tego, żeby do tych kurczaków brali se kaszę gryczaną, jęczmienną, bulgur, ryż brązowy, soczewicę etc.
Odpowiedz
#10
lumberjack napisał(a): A teraz co masz w megapopularnym KFC? Węgle (frytki), chujowe tłuszcze nasycone i tłuszcze trans, chujowe białko z klatkowych kurczaków brojlerów intensywnie tuczonych, sól, cukier, a wszystko głęboko smażone we fryturze.

No dobrze, ale ja przytoczyłem "michę" przeciętnego Polaka z tamtego okresu, a Ty mi waszmość w ripoście z KFC wyskakujesz Oczko KFC czy McDonald's nie stanowi jeszcze (na szczęście) standardowego posiłku.

Cytat:Ale te nowe choroby są niewspółmierne do tych wynikających z chudości/niedożywienia.

No i tu właśnie bym polemizował. Wszystkie przytoczone przez Ciebie, mroczne strony otyłości są jak najbardziej prawdziwe. Nie masz jednak wrażenia, że nie dostrzegasz jednocześnie problemów niedożywienia, bo... ten problem nas, jako świata rozwiniętego, praktycznie nie dotyczy? I chwała cywilizacji za to! Spójrzmy jednak nawet nie na tę "oklepaną" Afrykę, a na okresy wielkiego głodu w Europie czy wojen światowych. Niedożywienie jest ogromnym problemem i to, że się z nim uporaliśmy (stając teraz do walki z jego odpowiednikiem w drugim narożniku) nie oznacza, że jest "lepsze". Zawsze bardziej odczuwalne jest to, co dotyka nas bezpośrednio, nie powinno to jednak deprecjonować wroga, który na szczęście nas opuścił, ale wciąż zbiera śmiertelne żniwo w innych częściach świata.

Cytat:Jak dla mnie otyłość to problem większy niż jakieś emisje CO2. Z emisją CO2 się niby walczy, a otyłość zaczyna się po prostu akceptować i tolerować, a krytyka grubości zaczyna uchodzić za brak kultury, empatii i wychowania. Pojebane.

No tu żeś waćpan już pojechał po bandzie. Bo jak zgadzam się w pełni z negatywnym zjawiskiem "poprawności otyłości", tak CO2 zdecydowanie bardziej grozi nam, jako całej ludzkości. No chyba, że masz na myśli wyłącznie walkę - w wielu sferach nieudolną lub zbyt wolną - z emisją CO2, a nie fakt globalnego ocieplenia i jego skutki.
"Gdzie kończy się logika, tam zaczyna się administracja".
Nie cierpię administracji.
Jestem absolwentem administracji.
Chcę zmieniać administrację.
Odpowiedz
#11
Sebrian napisał(a): No tu żeś waćpan już pojechał po bandzie. Bo jak zgadzam się w pełni z negatywnym zjawiskiem "poprawności otyłości", tak CO2 zdecydowanie bardziej grozi nam, jako całej ludzkości. No chyba, że masz na myśli wyłącznie walkę - w wielu sferach nieudolną lub zbyt wolną - z emisją CO2, a nie fakt globalnego ocieplenia i jego skutki.

Emisja CO2 bierze się z otyłości Uśmiech

Żarłoczne grubasy obżerają się zdecydowanie nadmierną ilością hamburgerów i kurczaków. Żeby McD mógł sprostać ludzkiemu nieumiarkowaniu w jedzeniu rolnicy karczują lasy pod pastwiska (wylesianie); do tego dochodzi produkcja paszy, nawozu, stworzenie całej infrastruktury potrzebnej do masowej hodowli bydła etc. - wszystko to generuje emisję CO2. No i same krowy też coś tam emitują CO2 i metan. Walka z obżarstwem i otyłością to walka o niższą emisję CO2.

Sebrian napisał(a): Niedożywienie jest ogromnym problemem i to, że się z nim uporaliśmy (stając teraz do walki z jego odpowiednikiem w drugim narożniku) nie oznacza, że jest "lepsze". Zawsze bardziej odczuwalne jest to, co dotyka nas bezpośrednio, nie powinno to jednak deprecjonować wroga, który na szczęście nas opuścił, ale wciąż zbiera śmiertelne żniwo w innych częściach świata.

Tak, ale niedożywienie w PRLu nie było takim samym niedożywieniem jakie mają ludzie w Afryce. Bym postawi trochę inną tezę - w diecie PRLowskiej problemem nie był brak jedzenia czy jakaś jego straszna niby jakość tylko alkoholizm.

Sebrian napisał(a): No dobrze, ale ja przytoczyłem "michę" przeciętnego Polaka z tamtego okresu, a Ty mi waszmość w ripoście z KFC wyskakujesz Oczko KFC czy McDonald's nie stanowi jeszcze (na szczęście) standardowego posiłku.

Odnoszę wrażenie (będę musiał poszukać statystyk), że KFC i inne fast foody są juz standardową michą przeciętnego Polaka. Jeszcze jak były galerie otwarte, to bardzo częstym widokiem było parę osób przed makiem, parę przed kebabem etc. i kilkanaście/kilkadziesiąt w kolejce do KFC.
Odpowiedz
#12
lumberjack napisał(a): Emisja CO2 bierze się z otyłości Uśmiech

Żarłoczne grubasy obżerają się zdecydowanie nadmierną ilością hamburgerów i kurczaków. Żeby McD mógł sprostać ludzkiemu nieumiarkowaniu w jedzeniu rolnicy karczują lasy pod pastwiska (wylesianie); do tego dochodzi produkcja paszy, nawozu, stworzenie całej infrastruktury potrzebnej do masowej hodowli bydła etc. - wszystko to generuje emisję CO2. No i same krowy też coś tam emitują CO2 i metan. Walka z obżarstwem i otyłością to walka o niższą emisję CO2.

Jeśli chodzi o krówki to nawet nie "coś tam", a całkiem sporo.

Ale Lumber, na bogów, nie upraszczaj Duży uśmiech Ja, mimo praktycznego przejścia na fleksitarianizm, też w związku z tym dziabnę czasem mućkę lub kuraka z McDonald's czy lokalnej burgerowni. Był czas, że robiłem to nawet bardzo często (trenowałem na siłowni i zażerałem się kurczakami do przysłowiowego porzygu), a nigdy, ale to nigdy nie uznałbyś mnie grubasem. Ba - rodzina uważa mnie nawet nie za szczupłego, a chudego Oczko Więc jeśli już, to samo spożywanie przez ludzi mięsa zwiększa drastycznie emisję gazów cieplarnianych (gdzie ogromna liczba tych ludzi wcale nie jest otyła). No i jeszcze możemy tu ująć konsumpcjonizm, który też nie zawsze idzie w parze z otyłością. Grubasy są istotnym elementem tego ekosystemu, ale wcale nie dominującym. Po prostu - za dobrze nam się żyje...

Cytat:Tak, ale niedożywienie w PRLu nie było takim samym niedożywieniem jakie mają ludzie w Afryce. Bym postawi trochę inną tezę - w diecie PRLowskiej problemem nie był brak jedzenia czy jakaś jego straszna niby jakość tylko alkoholizm.

No nie było, celowo zwiększyłem zakres. Szczerze to nie wiem jak się jadło za PRL, bo urodziłem się u jego schyłku Uśmiech Opieram się na relacjach starszyzny plemiennej. Według nich owszem, było co jeść, ale dupy to nie urywało (mowa oczywiście o produktach sklepowych, bo jak ktoś miał rodzinę na wsi, to owoce, warzywa, nabiał czy wędzonki prezentowały dobrą jakość). Co do wódy - pełna zgoda. Dopieszczenie destylacji przez Arabów przyniosło chyba więcej szkody niż pożytku.

Cytat:Odnoszę wrażenie (będę musiał poszukać statystyk), że KFC i inne fast foody są juz standardową michą przeciętnego Polaka. Jeszcze jak były galerie otwarte, to bardzo częstym widokiem było parę osób przed makiem, parę przed kebabem etc. i kilkanaście/kilkadziesiąt w kolejce do KFC.

Poszukaj. Ja opieram się na własnych obserwacjach - w tych miejscach widać sporo ludzi, ale uważam, że to nadal nie jest reprezentatywna próba by wyciągać tak daleko idące wnioski.
"Gdzie kończy się logika, tam zaczyna się administracja".
Nie cierpię administracji.
Jestem absolwentem administracji.
Chcę zmieniać administrację.
Odpowiedz
#13
Sebrian napisał(a): Więc jeśli już, to samo spożywanie przez ludzi mięsa zwiększa drastycznie emisję gazów cieplarnianych (gdzie ogromna liczba tych ludzi wcale nie jest otyła).

Tak, ale dla mnie nie jest problemem mięsożerstwo. Krytykuję obżarstwo z pozycji zdrowotnej oraz chrześcijańskiej Duży uśmiech Język Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu jest jednym z grzechów głównych nie bez powodu i negatywne postrzeganie pasibrzuchostwa jak najbardziej ma sens jeśli tylko zależy nam na zdrowiu. A przy okazji zmniejszyłoby to konsumpcję m.in. mięsa - gdyby tylko ludzie podeszli na serio do tematu.

Ale tak, masz rację - problemem nie jest wyłącznie widoczna otyłość, która pojawia się tylko u niektórych pasibrzuchów (chociaż tych i tak zrobiło się całkiem sporo), a samo obżarstwo i brak aktywności fizycznej.

Sebrian napisał(a): No nie było, celowo zwiększyłem zakres. Szczerze to nie wiem jak się jadło za PRL, bo urodziłem się u jego schyłku

Me too.

Sebrian napisał(a): Opieram się na relacjach starszyzny plemiennej. Według nich owszem, było co jeść, ale dupy to nie urywało (mowa oczywiście o produktach sklepowych, bo jak ktoś miał rodzinę na wsi, to owoce, warzywa, nabiał czy wędzonki prezentowały dobrą jakość).

Moje ojce opowiadały mi różne historie - o stanie wojennym np. mówili mi, że lepiej w życiu nie jedli  i tyle żarcia sobie skądś pozałatwiali, na czarnym rynku oczywiście, że hej.

Sebrian napisał(a): Poszukaj. Ja opieram się na własnych obserwacjach - w tych miejscach widać sporo ludzi, ale uważam, że to nadal nie jest reprezentatywna próba by wyciągać tak daleko idące wnioski.

https://noizz.pl/spoleczenstwo/jakie-uzy...20/ld51x3b

Cytat:Narodowy Test Zdrowia Polaków to największe internetowe badanie zdrowia, w ramach którego wypełniono około 400 tysięcy ankiet dotyczących m.in stosunku do używek, fast-foodów i napojów energetycznych.

[...]Dane przedstawione przez respondentów nie pozostawiają wątpliwości, że Polacy lubią jedzenie na mieście i często sięgają po pizzę, hamburgery i hot-dogi. Do korzystania z fast-foodów raz w miesiącu lub rzadziej przyznało się 59 proc. respondentów, zaś co czwarty z nich je niezdrowo nawet kilka razy w miesiącu. Największy odsetek osób korzystających z fast-foodów stanowią ludzie młodzi między 18. a 24. rokiem życia (36 proc.). Dogania ich kolejna grupa wiekowa (25-34), jednak dane z obu przedziałów są porównywalne. Czternaście proc. Polaków nigdy w życiu nie odwiedziło fast-foodu.

https://superbiz.se.pl/wiadomosci/ta-gru...-yB4f.html

Cytat:Kto najczęściej do nich zagląda i zajada się hamburgerami, frytkami czy zapiekankami? Okazuje się, że konsumenci w grupie wiekowej od 25 do 34 lat najliczniej odwiedzają fast foody. Stanowią oni blisko połowę ich klienteli. Kolejna aktywna grupa mieści się w przedziale od 35 do 44 lat – przeszło 20%. Za nią są osoby od 45. do 54. roku życia – niespełna 16%. Co ciekawe, daleko w tym zestawieniu są klienci mający od 18 do 24 lat – stanowią prawie 14%. Na końcu zestawienia są Polacy powyżej 55. roku życia – łącznie ok. 4%. Tak wynika z ogólnopolskiego badania firmy Proxi.cloud, przeprowadzonego na podstawie obserwacji blisko 3 mln wizyt w tego typu restauracjach.

Załóżmy, że co czwarty lub co piąty Polak je fast foody.

Do tego dochodzi cyfroza:

Cytat:W wyniku wprowadzonych rok temu obostrzeń w minionym roku średnio o 1,5 godziny więcej dziennie spędziliśmy przed ekranem komputera lub telewizora, a średni przyrost masy ciała w całej populacji wyniósł niemal 2 kg.

[...]Narodowa kwarantanna oraz obostrzenia, w tym zdalny tryb pracy i edukacji negatywnie wpłynęły na masę ciała Polaków. Z badania zrealizowanego w ramach kampanii "Porozmawiajmy szczerze o otyłości" wynika, że średni przyrost masy ciała w całej populacji wyniósł 1,8 kg. Istotnie wyższy wynik odnotowano w grupie osób już chorujących na otyłość - 3,2 kg oraz osób z nadwagą - 1,98 kg. Średnio o pół godziny tygodniowo więcej niż przed pandemią COVID-19 poświęcamy na aktywność fizyczną w domu. Odbywa się to jednak kosztem aktywności na świeżym powietrzu, na którą Polacy przeznaczają średnio o 1,2 godziny mniej niż przed pandemią. Ostatecznie więc bilans aktywności fizycznej jest ujemny.

W efekcie mamy:

Cytat:Ok. 53 proc. kobiet i 68 proc. mężczyzn w Polsce ma nadmierną masę ciała, a 25 proc. Polaków choruje na otyłość – wskazują eksperci w przypadającym 4 marca Światowym Dniu Otyłości. W ocenie specjalistów pandemia COVID-19 i związane z nią obostrzenia jedynie pogorszyły sytuację.

Źródło: Puls Medycyny
https://pulsmedycyny.pl/swiatowy-dzien-o...la-1110087

Ilość regularnie odwiedzających fast foody jako tako zgadza się czy też koreluje z ilością otyłych aczkolwiek trzeba przyznać rację, że nie wszystko jest dziełem kurczaków z kfc tylko efektem braku ruchu oraz objadania się "zwykłym" jedzeniem.
Odpowiedz
#14
Pozwoliłem sobie wydzielić. Mam nadzieję, że lumber się nie obrazi za tytuł wątku.

lumberjack napisał(a): Na szkorbut wystarczy witamina C. Na anemię wystarczy żelazo.
Na pelagrę „wystarczy” B3. Na zaburzoną gospodarkę lipidowę „wystarczą” NNKT. Na kwashiorkor „wystarczy” odpowiednia ilość białka.

A jak te wszystkie „wystarczy” zsumujemy, to nam wychodzi, że aby być zdrowym, to „wystarczy” mieć bogatą, zbilansowaną, różnorodną dietę. Taką dietę jest łatwiej ułożyć w warunkach obfitości żywności, niż jej niedoboru.

Cytat:Szkoda, że takie KFC nie umie zachęcić ludzi chociaż do tego, żeby do tych kurczaków brali se kaszę gryczaną, jęczmienną, bulgur, ryż brązowy, soczewicę etc.
Może to trochę wynika z kwestii wizerunkowych. Znasz powiedzenie „pójść do maca na sałatkę, to jak iść do burdelu się przytulać”. Więc może rozwiązaniem jest właśnie nakłonienie fastfoodów, by były zdrowsze i zmiana ich wizerunku, niż ich potępianie.

lumberjack napisał(a): Tak, ale niedożywienie w PRLu nie było takim samym niedożywieniem jakie mają ludzie w Afryce. Bym postawi trochę inną tezę - w diecie PRLowskiej problemem nie był brak jedzenia
No nie. Gdyby nie brakowało jedzenia, to by nie trzeba było go racjonować. Zatem brakowało. Oczywiście nie była to sytuacja „jak w Afryce”. Były to raczej niedobory jakościowe – kluchami, czy innym źródłem skrobi Polak mógł się zapchać zawsze.

W skrócie – mamy dwie możliwości:
  • Modlić się o katastrofę cywilizacyjną, która nas cofnie do bardziej „naturalnych” czasów, gdy problemem będą różne niedobory ilościowe i jakościowe jedzenia.
  • Nauczyć się zdrowo odżywiać w warunkach nadmiaru.
Dla mnie opcja 2 jest atrakcyjniejsza.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
#15
lumberjack napisał(a): Kurna to paradoks jakiś - za komuny były chujowe place zabaw i dziadowskie możliwości, a jednak ludzie byli w przytłaczającej większości chudzi

Często życie pokazuje coś innego niż ludzie wcześniej zakładali. Takich paradoksów jest wiele.

Rządzący myślą, że jak dadzą ludziom pieniądze to będzie rodzić się więcej dzieci. A życie pokazuje, że najwięcej dzieci rodzi się w krajach biednych. Wynika to z tego, że jeśli człowiek ma ubezpieczenie zdrowotne, emerytalne i fajne życie to nie potrzebuje już tak dzieci jak człowiek, który tego nie ma.
Ja osobiście uważałem, że prywatne gabinety lekarskie zaczną więcej zarabiać przez covid19. Trąbiono, że wirus jest groźny zwłaszcza dla osób z chorobami współistniejącymi. Także mogłoby się wydawać, że Polacy zaczną więcej kasy wydawać na swoje własne zdrowie. O dziwo w pierwszej fazie epidemii pacjentów w prywatnych gabinetach lekarskich było dużo mniej niż zawsze. Wynika to z tego, że ludzie bali się wychodzić z domu.

Podobnie jest teraz z otyłością. Jedzenie jest tanie i dobre. Rozrywka dla wielu to głównie komputer.
Moim zdaniem w szkole jest za dużo bzdurnych przedmiotów a za mało lekcji wf-u. To właśnie podczas wf-u młodzi ludzie powinni być zaznajamiani z wieloma różnymi aktywnościami sportowymi. W mojej szkole zazwyczaj była piłka, siatkówka, kosz, biegi i siłownia. Wszystkie te aktywności lubiłem (biegi najmniej), ale byli uczniowie, którzy akurat nie przepadali za żadną z tych dyscyplin. Gdyby było więcej godzin to młodzież mogłaby mieć możliwość poznania różnych sportów a potem uczestniczenia na wybrane zajęcia nawet z osobami młodszymi i starszymi od siebie. Także byłaby grupa, która lubi np. tylko piłkę, inni np. jazdę rowerem górskim, kolejni pływanie kajakami itd. Młodzież trzeba zainteresować sportem a przecież każdy człowiek jest inny i co innego mu sprawia przyjemność.
Dla mnie w tej chwili jedyny sport który lubię to jazda motocyklem enduro oraz w dużo mniejszym stopniu siłownia (do niej to się czasami przymuszam). Inne aktywności na tą chwilę mnie nie interesują. Nie dziwię się, że jeśli kto jest zmuszany na wf-ie do aktywności fizycznej, której nie lubi, to potem ma uraz do sportu.
Odpowiedz
#16
EusMadeus napisał(a): Rozrywka dla wielu to głównie komputer.

Tutaj muszę się oburzyć. Dla niektórych to praca.

Z drugiej strony, czy koniecznie rozrywka z użyciem komputera implikuje brak ruchu. Jakby załatwić sobie sprzęt z kamerką wychwytującą ruch, to nagle rozrywka ta staje się dosyć męcząca. Machanie mieczem świetlnym w celu niszczenia sześcianów w rytm muzyki potrafi zrobić swoje.

Cytat:Moim zdaniem w szkole jest za dużo bzdurnych przedmiotów a za mało lekcji wf-u.

Można to rozwinąć? Co jest "bzdurnym przedmiotem" w szkole, nie licząc braku ewentualnych kompetencji u nauczycieli?

Cytat:To właśnie podczas wf-u młodzi ludzie powinni być zaznajamiani z wieloma różnymi aktywnościami sportowymi. Gdyby było więcej godzin to młodzież mogłaby mieć możliwość poznania różnych sportów a potem uczestniczenia na wybrane zajęcia nawet z osobami młodszymi i starszymi od siebie.

Teoretycznie jest chyba możliwość zgłoszenia się do klasy sportowej, gdzie godzin wf jest około 10 w tygodniu. Poza tym mamy też koła sportowe, więc zasoby w zasadzie są na miejscu, brakuje tylko motywacji i/lub odpowiedniego marketingu.

Cytat:Nie dziwię się, że jeśli kto jest zmuszany na wf-ie do aktywności fizycznej, której nie lubi, to potem ma uraz do sportu.

To nie jest aż tak bardzo oczywiste. Niektórzy (być może ja również) potrzebują swego rodzaju "nadzoru", aby w ogóle coś robili.
"Carl nie chciał po prostu wierzyć: on chciał wiedzieć."
- Ann Druyan
Odpowiedz
#17
Query napisał(a): Tutaj muszę się oburzyć. Dla niektórych to praca.
Chyba Ci się kwadrat logiczny pokićkał.

Cytat:Poza tym, jakby załatwić sobie komputer z kamerką wychwytującą ruch, to nagle rozrywka ta staje się dosyć męcząca.
Można też bardziej tradycyjnie – matę taneczną. Ale to jednak nie dla wszystkich.

Cytat:Teoretycznie jest chyba możliwość zgłoszenia się do klasy sportowej, gdzie godzin wf jest około 10 w tygodniu.
Ale przecież nie chodzi o osoby, które idą do klas sportowych. Chodzi właśnie o to, żeby kultura fizyczna była powszechna. Żeby każdy, kto ma siedzącą pracę jakoś tam się ruszał. Tak jak lubi i tak jak mu pasuje do trybu życia. Mam jednak wrażenie, że W-F się zatrzymał na etapie pruskim i jest siekierą odrąbany od rzeczywistości dzisiejszej kultury fizycznej. Z jednej strony mamy ludzi ćwiczących jogging, kalistenikę, jogę, czy nawet wspomniane przez Ciebie aktywności z wykorzystaniem sprzętu komputerowego. Z drugiej – skoki zawrotne i odwrotne. Nie ma przełożenia z jednego na drugie, więc ciężko wynieść kulturę fizyczną z lekcji WF. Zaznaczam, że mogę się mylić, bo trochę czasu minęło, od kiedy chodziłem do szkoły.

Cytat:To nie jest aż tak bardzo oczywiste. Niektórzy (być może ja również) potrzebują swego rodzaju "nadzoru", aby w ogóle coś robili.
No tak. Ale zamiast kazać ludziom rzucać śmierdzącą piłką na śmierdzącym materacu można np. motywować ich i nagradzać za indywidualną aktywność fizyczną.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
#18
zefciu napisał(a): Chyba Ci się kwadrat logiczny pokićkał.

Szczęśliwy Rzeczywiście. Wyszło w sumie rozsądnie, że dla niektórych rozrywka to praca. Nie to miałem na myśli. Zmienię to za moment.
"Carl nie chciał po prostu wierzyć: on chciał wiedzieć."
- Ann Druyan
Odpowiedz
#19
Query napisał(a): Można to rozwinąć? Co jest "bzdurnym przedmiotem" w szkole, nie licząc braku ewentualnych kompetencji u nauczycieli?

Zdecydowana większość. Za dużo jest godzin lekcyjnych, na których ludzie uczą się rzeczy, które im się nigdy w życiu nie przydadzą. To może i miało jakiekolwiek (w sensie, że można by było się o to ze mną spierać) uzasadnienie przed dobą internetu. Natomiast obecnie każdy człowiek ma ze sobą telefon a w telefonie odpowiedzi na wszystkie pytania. W każdej chwili może pozyskać wiedzę, na każdy temat.

Moim zdaniem w szkole powinna być przekazywana podstawowa wiedza z różnych dziedzin nauki tak aby młodzi ludzie mogli zainteresować się danym zagadnieniem. Mnie np. w ogóle nie interesują tematy związane z muzyką. Nie potrafię i nie lubię śpiewać, grać na żadnym instrumencie itd. Ale musiałem trochę czasu stracić na lekcje muzyki, po co to? Pobiegał bym w tym czasie z chłopakami po boisku za piłką, byłbym zdrowszy a kto wie może po szkole dalej bym się spotykał z kolegami pokopać w piłkę. Natomiast osoba, która jest uzdolniona muzycznie oczywiście nie powinna biegać za piłką, uczyć się fizyki, wosu itd, tylko mieć dużo godzin muzyki o ile to ją interesuje.
Także ja jestem za personalizacją zajęć w szkole, natomiast wraz z zaznajamianiem młodzieży z różnymi działami nauki warto byłoby zaznajomić ją również z różnymi rodzajami aktywności fizycznej po to aby mogli ją uprawiać już w życiu dorosłym.
Odpowiedz
#20
EusMadeus napisał(a): Natomiast obecnie każdy człowiek ma ze sobą telefon a w telefonie odpowiedzi na wszystkie pytania. W każdej chwili może pozyskać wiedzę, na każdy temat.
Tylko najpierw musi się nauczyć pozyskiwać wiedzę, a nie teorie spiskowe. Szkoła jest nieprzystosowana do nowoczesności dlatego właśnie, że nie uczy korzystania ze źródeł, a nie dlatego, że jest za dużo lekcji.
Cytat:Natomiast osoba, która jest uzdolniona muzycznie oczywiście nie powinna biegać za piłką, uczyć się fizyki, wosu itd, tylko mieć dużo godzin muzyki o ile to ją interesuje.
I być pokrzywionym pokurczem, który nie umie liczyć, nie wie jak działają podstawowe rzeczy naokoło i daje się wykorzystywać demagogom.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości