15.12.2021, 18:29
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.12.2021, 18:34 przez Ayla Mustafa.)
(15.12.2021, 17:40)bert04 napisał(a):(15.12.2021, 17:02)Mustafa Mond napisał(a): Ojciec potrzebuje ludzi do:
- uszczęśliwiania ich (zapewniania jak największej sumy szczęścia),
- werbowania wojowników do walki ze zbuntowanymi aniołami o Zamek (stąd potrzebuje istoty zdyscyplinowane jak Abraham, silne, kochające (by stworzyć raj bez krzty egoizmu), do cna altruistyczne i wierzące, że Boga trzeba się słuchać),
- bycia kochanym, by polepszyć swój stan wewnętrzny (stąd mamy się modlić i sławić Boga).
Punkt pierwszy i trzeci to jakieś wzajemne uszczęśliwianie. Brzmi fajnie, ale nie do końca można osadzić w chrześcijaństwie (na którym jednak bazujesz). U nas na krzyżu Bóg w postaci Jezusa raczej nie sprawia wrażenia uszczęśliwionego. U nas do Nieba nie idą szczęśliwnicy, ale raczej na odwrót, męczennicy. Chrześcijaństwo podobnie jak buddyzm ma cierpienie jako centralny temat, jednak w odróżnieniu od niego (i paru innych religii) nie pokazuje wyzwolenia od niego w jakiejś perspektywie bliższej niż Sąd Ostateczny. I nawet przy całej tej koncepcji "Boga niedoskonałego", to tworzenie milardów stworzeń tylko po to, żeby sobie poprawić humor, to nawet jak na standardy tego tematu zbyt bluźniercze chyba.
Ludzie będą uszczęśliwiani w wiecznej euforii, gdy przyjdzie na to czas - gdy już pokona się zbuntowane anioły i będzie bezpiecznie. Uszczęśliwianie jest celem Boga, bo według kalkulacji moralnych jest to najwyższy cel. Ludzie nie mają być szczęśliwi na Ziemi ani podczas walki ze zbuntowanymi aniołami. Ten okres to "szukanie rekruta" i pokananie armii Szatana. Potem będzie szczęście bez końca, a i tak okres Ziemi i czas Walki nie będą nawet procentem wobec tej ciągle rosnącej szczęśliwości, która zapewne nastanie.
Bóg też potrzebuje szczęścia - potrzebuje opieki, życzliwości, braku krzywd i zdrad, by już nigdy nikt go nie zniszczył.
(15.12.2021, 17:40)bert04 napisał(a): Punkt drugi natomiast brzmi nieco jak jakieś koncepcje SF / fantasy, gdzie po śmierci nie czeka nas wieczna szczęśliwość, ale wieczna walka. A życie to taki boot camp dla zdobycia rekruta. W sumie dla chrześcijanina taka perspektywa byłaby nieco rozczarowująca, bardziej pasuje do pewnych wojowniczych koncepcji pogańskich.Nie wieczna walka, tylko walka aż do pokonania zbuntowanych aniołów. Potem w Niebie zostaną tylko istoty dobre, pełne miłości (ceniące szczęście każdej innej istoty, tak jak swoje), posłuszne Ojcu, o silnej wierze w dobro Ojca - będzie raj.
(15.12.2021, 17:40)bert04 napisał(a):(15.12.2021, 17:02)Mustafa Mond napisał(a): Ojciec w zasadzie nie chce być kochany za bycie potężnym stwórcą, tylko za... bycie "takim, jakim jest", bo tkwi w nim w pewnym zakresie złe przeświadczenie, że jest istotą skażoną, która nie powinna królować w Zamku. W Jezusie ukazał wszelkie swoje cechy: otwarcie płakał, współczuł, walczył. W zasadzie już za bardzo nie ma, co ujawniać.
Imię "taki, jaki jest" ukazuje też, że Ojciec nie wie, jaki jest.
... OK, to już jest nieco ciekawsze. Czyli zamiast pawłowego "uniżył się", Jezus jest w tym wydaniu prawdziwszy od Boga prawdziwego, bardziej pokazuje Jego naturę, niż cały Stary Testament razem wzięty?
Naszła mnie jedna myśl przy dumaniu nad Twoją koncepcją i pewnymi jej aspektami. Jest długa tradycja filmów romatycznych, w których bogaty miliarder rozczarowany kobietami, które lecą tylko na jego władzę i pieniądze postanawia udawać zwykłego człowieka z ulicy, żeby znaleźć prawdziwą miłość. Oczywiście porównanie takiego miliardera do Boga w chrześcijaństwie jest nie na miejscu, jest bluźniercze. Ale w Twojej koncepcji? Po pewnych adaptacjach, złożenie Wszechmocy, odrzucenie chwały?
Bóg w Starym Testamencie jest straszliwie emocjonalny i chaotyczny. To wręcz stadium upadku psychicznego. Próbuje niczym dyktator wypalić żelazem zło. Nawet Potop jest historią o wielkim i brutalnym resecie, który ma sprawić, że nowa ludzkość będzie lepsza. Impulsywność, nieufność, brutalność i groteskowa żądza uwielbienia są w zasadzie skutkiem ciągle zagrożonego i targanego wnętrza oraz przekładania taktyk wojennych z Zamku na ludzkość. Bóg dostrzega jednak w końcu, że jest to droga donikąd, a udawanie niezniszczalnego, groźnego, surowego i silnego mocarza, którego "nic nie rusza", by podporządkować wszystkich, nie daje dobrych efektów. Ojciec wtedy zbiera się w sobie i ukazuje swoje prawdziwe wnętrze ludziom w desperackim akcie prośby o wybaczenie, miłość i współczucie.
Analogia z filmami romantycznymi mi się podoba. Ja w ogóle lubię herezje.
Sam w swoim życiu dostrzegłem raz, że byłem wobec jednego przyjaciela groteskowo wylewny, by sprawdzić, czy dalej będzie mnie szanował i o mnie dbał. A gdy okazało się, że po zrzuceniu praktycznie wszystkiego, on nie zmienił do mnie stosunku, to się ogromnie do niego przywiązałem i uwierzyłem bardziej, że nie jestem tak zły, jak o sobie myślałem.

