03.11.2022, 12:52
W Starym Testamencie Bóg-Ojciec jest bliski Szatanowi, choć nie idzie tak daleko jak on. Weźmy historię Wielkiego Potopu. W niej Ojciec chciał zrestartować świat, bo uznał, że świat a tak wielkie wady, że musi być rozpoczęty raz jeszcze. Oczywiście Ojciec nie poszedł w woli oczyszczania tak daleko jak Szatan. Ojciec pozostawił przecież na Ziemi rodzinę Noego i w niej widział nadzieję na nowy, lepszy świat. Szatan długofalowo chce zabić wszystkich ludzi.
W Starym Testamencie Królestwo Niebieskie i faszystowski Szatanat mają wojnę, lecz Ojciec rządzący Królestwem Niebieskim sam miewa tendencje faszystowskie. Potem jednak się stabilizuje, a wysłanie Jezusa w nasz świat pomaga mu zmienić wnętrze na lepsze.
Dlaczego Ojciec w Starym Testamencie jest tak brutalny? I jemu emocje się przepalały. Chciał groźbami, karami, niszczeniem zła, przymuszaniem i innymi takimi ostrymi zagrywkami wyplenić zło. Tym bardziej, że męczą go ciągle poczucie winy, wstyd, a jego samoocena jest zaniżona. Z tej ostatniej przyczyny choćby nadwrażliwie reagował na każdą krytykę, niepodporządkowanie, czy inne obrazoburstwo.
Dziękuję za pochwalenie postów.
Z tą próbą nawrócenia Szatana na dobro jest jedna ciekawa sprawa, moim zdaniem.
Zawsze dziwiłem się bowiem dwóm fragmentom z Biblii:
- przypowieści o Synu Marnotrawnym,
- przypowieści o jednej owcy, dla której ratunku pasterz postanawia zostawić inne owce.
Zwłaszcza ta druga przypowieść wydawała mi się nielogiczna z moralnego, utylitarnego punktu widzenia. Po co zostawiać inne owce dla jednej? Przecież można doprowadzić do powstania nowych owiec. Po co wracać po zagubioną? Tym bardziej, że zostawia się wtedy inne owce bez opieki, a wtedy może im się wydarzyć krzywda.
Tyle że… ta przypowieść nie jest chyba głównie do ludzi. Tylko głównie do i dla Szatana. W czym rzecz? Szatan jest „synem zbuntowanym” i „zagubioną owcą”. Bóg-Ojciec zdecydował się pewnie zmienić strategię wobec Szatana na bardziej miłosierną (ta stricte brutalna pewnie nie dawała za dobrych rezultatów w wojnie) i obiecał mu, że… jeżeli kiedykolwiek zechciałby powrócić do Królestwa Niebieskiego, to wszyscy dopełnią wszystkich starań, by czuł się jak najlepiej i by wszystko zostało mu wybaczone. Wszyscy mają mu wtedy służyć pomocą, by go odratować. Te zapewnienie ma przekonać Szatana, że Ojciec jest tak naprawdę dobry. Tylko Szatan nie chce mu uwierzyć i zaufać, bo ma swoją fanatyczną wiarę.
Ta powyższa taktyka przypomina pewne stymulowanie ludzkich działań w prawie karnym:
https://sip.lex.pl/akty-prawne/dzu-dzien...83/art-252
Paragrafy 4 i 5 powyższego przepisu są zadziwiająco łagodne wobec porywacza. Dlaczego? Żeby zachęcić go do poddania się, bo poddanie się pomoże zakładnikowi/zakładnikom.
Bóg-Ojciec musi być dość zdesperowany, że do takiej propozycji (jeżeli jest szczera) sięgnął. W końcu taka oferta na przyszłość zachęca innych, by się buntowali, próbowali coś zyskać dla siebie, a jeżeli okaże się, że przeszarżują jednak z buntem, móc liczyć na preferencyjne odratowanie niczym „królewska owieczka”. Choć oczywiście nie jest tak, że bunt jest całkowicie niegroźny dla buntującego się. Można od tego zostać zabitym wojennie lub… być ukaranym (nagroda za nawrócenie jest tylko, jeżeli z własnej woli się wróci, a nie np., gdy zostanie się pojmanym nie ze swej woli). Jezus w końcu nie tylko zachęca Szatana do powrotu „marchewką”, ale też straszy „kijem” w razie braku powrotu. Grożeniem jest w końcu wspominane przez Jezusa „płacz i zgrzytanie zębów”.
Tu dochodzi jeszcze jedna ciekawa rzecz. Myślę, że społeczność niebiańska składała się pierwotnie z samych skrajnych ENFJ, a taka społeczność działa jak "altruistyczny rój", gdzie nikt siebie nie broni (przez skrajny ekstrawertyzm energetyczny), więc jeżeli jakiś anioł zostałby wyeksploatowany, to najwyżej, by się go skasowało i powołało nowego na jego miejsce. Tyle że te podejście okazało się błędne, bo nie zawsze "popsuty anioł" pozwala się wyrzucić z istnienia. Szatan, któremu psychika się popsuła, się zbuntował i prowadzi wojnę. Poza tym Ojciec przez własną skłonność do niechronienia siebie sam ma poważne problemy wewnętrzne i jest wyniszczony. Stąd społeczność niebiańska stworzyła też potem w swych szeregach istoty z introwertyzmem, by one chroniły niebiańską społeczność od takich zagrożeń. Nastąpiła więc zmiana strategii. I ta przypowieść o zagubionej owcy wpisuje się w tę zmianę strategii, bo zakłada, że zagubiona, "zepsuta" owieczka ma nie być zostawiona sama sobie, by umarła lub żeby zdziczała i zaatakowała dawnego pasterza, tylko chce się ją uchronić, uleczyć, uratować. Wraz z dokooptowaniem w swoje szeregi istot, które mają w sobie jakiś poziom introwertyzmu, niebiańska społeczność nie działa już na zasadzie bezwzględnego kasowania wyeksploatowanych i popsutych istot, lecz także chce te istoty obronnie leczyć i ratować.
Piszesz, że przeciętni ludzie nie pasują do niebiańskiej społeczności, jeżeli się nie zmienią. Ja się z tym zgadzam. O to też pewnie chodziło Jezusowi, gdy mówił, że drzwi do Królestwa Niebieskiego są wąskie, czyli dla nielicznych. Jezus ogółem był rewolucjonistą, który chciał, żeby ludzie żyli całkowicie odmiennie od tego, co mamy wokół. Postulat kochania każdego niesie ze sobą daleko idące konsekwencje.
Ja nie uważam, że tylko bratnie dusze powinny się kochać. Taki świat nie byłby idealny. Weźmy choćby taki przykład, że wymyślona osoba X ma wybór:
- albo da Tobie i mi wieczne szczęście,
- albo da swojej bratniej duszy sekundę szczęścia.
Idąc Twym tokiem rozumowania, osoba X powinna wybrać drugą opcję, skoro tylko bratnie dusze miałyby się kochać, co pewnie byłoby szokujące i po prostu złe dla Ciebie i dla mnie.
Logiczna jest dla mnie miłość do każdego. No i co z istotami, które nie znalazłyby swoich bratnich dusz? One też są ważne. Ich los też się liczy. W końcu jeżeli każdy czuje, to czucie każdego jest ważne.
Podobnie uważam z małżeństwem. Uważam, że małżonkowie nie powinni faworyzować nawzajem siebie kosztem innych istot. Zapytasz się mnie może teraz: okej, to po co wtedy małżeństwo?
Już mówię, jak to widzę. Małżeństwo, według mnie, miałoby być wzajemnym dopełnieniem, by jak najlepiej służyć całej społeczności. Cechy osobowości są w końcu osiami, które działają na zasadzie "coś za coś". Spróbuję to zobrazować na przykładzie. Załóżmy, że istniałaby oś wzrok-słuch w ludzkim życiu co do postrzegania świata, a w świecie wzrok byłby tak samo ważny jak słuch. Załóżmy, że nie można samemu mieć jednocześnie świetnego słuchu i wzroku. Co wtedy mieliby zrobić ludzie?
Powinni dobierać się w mocno ze sobą związane pary, gdzie jedna osoba widzi, a druga słyszy. Razem mają tu wszystko. Nawzajem sobie pomagają. Nawzajem przedstawiają sobie świat tam, gdzie sami nie sięgają. Głuchy może niewidomemu słowami tłumaczyć świat wokół niczym prozatorski narrator w e-booku. I pomoc idzie też w drugą stronę. I żaden nikogo nagle nie zostawi samego, więc nie muszą się bać, że zostaną rzuceni w świat już bez "jednego zmysłu".
Ta powyższa oś wzrok-słuch jest wymyśloną osią, ale dobrze obrazuje, jak działa oś emocje-myślenie. Jeżeli jedna osoba postrzega świat emocjonalną, "artystyczno-religijną" intuicją, a druga osoba postrzega świat racjonalnym, "naukowo-logicznym" myśleniem, to samotnie mają problemy z jak najpełniejszym postrzeganiem i zrozumieniem świata, a razem mają wszystkie narzędzia do tego. Te dwa wymiary postrzegania składają się na całość. Muszą tylko znaleźć wspólną płaszczyznę kontaktu, mimo różnic między sobą.
I tak. Załóżmy, że dwie dopełniające się osoby są razem. W MBTI byłaby to choćby para INFJ+ENTP (S to, jak pisałem, zła, ograniczająca duchowo cecha). Zwykle F (w około 2/3 przypadków chyba) mają kobiety, a zwykle T (też w około 2/3 przypadków chyba) mają mężczyźni, ale wiadomo, że mogą też być emocjonalni faceci (ja choćby jestem skrajnym F) i racjonalne kobiety. No ale statystycznie załóżmy, że w powyższej parze INFJ to kobieta, a ENTP to pan (oczywiście mogą być inne konfiguracje, w tym jednopłciowe - płeć tu nie ma znaczenia). Jeżeli będą razem w małżeństwie, to z biegiem czasu działają coraz lepiej. Dlaczego? No bo znają się coraz lepiej. Po dziesiątkach lat bliskiego życia przy sobie pani INFJ może w sekundę empatycznie odgadywać pokłady wewnętrznego stanu męża, a pan ENTP może szybko logicznie żonie pomóc, gdy wyjdzie mu, że żona przecież taki sam nieracjonalny błąd popełniła XYZ lat temu. Potrafią też coraz lepiej sobie nawzajem świat tłumaczyć, skoro siebie coraz lepiej znają. INFJ coraz lepiej wie, jak przestawiać wnioski swojej inteligencji emocjonalnej, by były jak najlepiej zrozumiane, a ENTP coraz lepiej wie, jak przestawiać wnioski swojej inteligencji racjonalnej, by były jak najlepiej zrozumiane. Rekompensowanie wzajemnych braków i wad wzajemnymi zaletami. Tyle że żeby jak najlepiej działało musi być szczerość i zaufanie.
Ale jakkolwiek te sparowania są ważne (tym ważniejsze, im skrajniejszą ma się osobowość), to nie sprawiają, że należy faworyzować dobra swego dopełniającego siebie małżonka. Dalej moralnie wychodzi, że każdy czuje i każdy jest ważny. Według mnie małżeństwo powinno być po prostu zespoleniem dla służby ogółowi. No bo pewnie, gdyby Szatan miał komplementarną duszę przy sobie, nie skończyłby, tak jak skończył. Tak samo Ojciec byłby w lepszym stanie, gdyby dużo wcześniej dopuścił istoty z komplementarnymi cechami do siebie.
Co do Szatana, to bardzo dobrym przedstawieniem jego drogi w kulturze filmowej jest Joker, w którego się wcielił Joaquin Pheonix. Ten Joker to skrajny ENFJ. Dlaczego?
- E - chciał ekstrawertycznie występować jako komik i nie bronił się skutecznie przed światem (nieraz go bili, a raz... od tak sobie wpadł pod samochód), a na koniec filmu ostro zaatakował z całą stanowczością,
- N - on nie myślał tylko o sobie. Nie bez powodu mścicielsko zabił mężczyzn, którzy atakowali jedną kobietę. Poza tym ta jego wymyślona dziewczyna (nad którą nie panował) była oznaką posiadania szerokiej, skomplikowanej wizji, nad którą jednak nie panował, więc wyszła z tego schizofrenia,
- F - bardzo emocjonalny był. Swoje wrażenia i przeczucia o świecie brał jako prawdę. Nie miał wniosków logiczno-racjonalnych.
- J - miał plan. Był zorganizowany. Najpierw chciał zostać komikiem, by uszczęśliwiać ludzi (NFJ to w końcu mocny odchył moralny), a potem zorganizował buntownicze spalenie świata.
Joker Pheonixa miał taki sam tok rozumowania jak Szatan! Nie bronili się przed problematycznym światem, więc świat rozwalił im cierpieniami wnętrze. Potem czuli nielogiczne bunty z powodu wielce emocjonalnego postrzegania świata i te bunty uznali, że przeczucia czerpiące z najwyższej prawdy. Uznali, że sami są dobzi, a reszta jest zła. Zaatakowali zatem w sposób zorganizowany z powodu swoich ekspansjonistycznych ekstrawertyczności i skłonności do zorganizowanego planowania. Wiara to w końcu sfera zorganizowanego postrzegania świata. Gdyby mieli "P", zamiast "J" w MBTI, to ich bunty byłyby "anarchistyczne". Uznali po prostu, że inni są źli, więc zdecydowali się ich kasować. Prosty tok u Jokera. Murray zapytał się go, dlaczego zabił mężczyzn w metrze. Joker odpowiedział, że dlatego, iż byli "awful" (okropni). Potem zaczął gadać, że wszyscy wokół są źli, nieczuli, egoistyczni, a także okropni ("awful"). Na koniec rozmowy rzekł, że Murray... też jest okropny ("awful") i go zastrzelił. Co było potem? Bunt Jokera wzniecił rewolucję. Ludzie podobnie myślący jak on zechcieli dosłownie "spalić świat", by stworzyć nowy świat na jego miejsce. A Joker wzruszony cieszył się. że stary "zły" świat płonie, do cna wierząc, że jest dobrym,"romantycznym" bohaterem przeciw systemowemu molochowi zła.
Jeżeli poruszamy się w świecie kina, to podobną psychikę do Jokera mają też np. darth Vader i Kylo Ren z "Gwiezdnych Wojen" (w ogóle nowa trylogia Star Wars jest niedoceniana mocno, moim zdaniem - Kylo Ren to bardzo ciekawa postać). W ogóle "Gwiezdne Wojny" są tu bardzo ciekawe, bo użytkownicy Mocy to prawie zawsze mocne ENFJ i cała historia to walka między "jasną" a "ciemną" stroną u ENFJ. W końcu użytkownicy Mocy muszą być wrażliwi (czyli N+F) na Moc (czyli E+J, bo E+P to byłaby moc rozproszona, a nie skupiona). "Wola mocy" to w sumie mocne E+J. Tyle że może być "wolą mocy" dla swoich niskich celów (E+S+J) lub "wolą mocy" dla "dobra ogółu" (jakkolwiek się te dobro rozumie, a taka wola to E+N+J). W końcu Nietzsche to też był mocny ENFJ, tyle że on niestety tłamsił swoją inteligencję emocjonalną, zamiast ją w pełni docenić, co przypomina wolę Szatana wyplenienia z siebie "słabości" i "miękkości", by stać się w pełni "nadistotą". Wielką empatię Nietzschego widać było choćby po tym:
https://www.faena.com/aleph/the-true-sto...ches-horse
Ach tak, Rodion Raskolnikow (bohater zafascynowany nietzscheanizmem) od Dostojewskiego to też był "szatanowy" ENFJ w trybie żniwiarza-mściciela. Dostojewski to też był pewnie ENFJ... No a ulubionym pisarzem Petersona (innego "szatanowego" ENFJ) jest... Dostojewski. Nietscheańskie określenie "nadczłowieka" podchwycił z kolei Hitler (inny "szatanowy" ENFJ). Bardzo, bardzo, bardzo dużo jest innych podobnych smaczków w historii i kulturze. Mogę pisać o tym całymi dniami.
W Starym Testamencie Królestwo Niebieskie i faszystowski Szatanat mają wojnę, lecz Ojciec rządzący Królestwem Niebieskim sam miewa tendencje faszystowskie. Potem jednak się stabilizuje, a wysłanie Jezusa w nasz świat pomaga mu zmienić wnętrze na lepsze.
Dlaczego Ojciec w Starym Testamencie jest tak brutalny? I jemu emocje się przepalały. Chciał groźbami, karami, niszczeniem zła, przymuszaniem i innymi takimi ostrymi zagrywkami wyplenić zło. Tym bardziej, że męczą go ciągle poczucie winy, wstyd, a jego samoocena jest zaniżona. Z tej ostatniej przyczyny choćby nadwrażliwie reagował na każdą krytykę, niepodporządkowanie, czy inne obrazoburstwo.
Dziękuję za pochwalenie postów.

Z tą próbą nawrócenia Szatana na dobro jest jedna ciekawa sprawa, moim zdaniem.
Zawsze dziwiłem się bowiem dwóm fragmentom z Biblii:
- przypowieści o Synu Marnotrawnym,
- przypowieści o jednej owcy, dla której ratunku pasterz postanawia zostawić inne owce.
Zwłaszcza ta druga przypowieść wydawała mi się nielogiczna z moralnego, utylitarnego punktu widzenia. Po co zostawiać inne owce dla jednej? Przecież można doprowadzić do powstania nowych owiec. Po co wracać po zagubioną? Tym bardziej, że zostawia się wtedy inne owce bez opieki, a wtedy może im się wydarzyć krzywda.
Tyle że… ta przypowieść nie jest chyba głównie do ludzi. Tylko głównie do i dla Szatana. W czym rzecz? Szatan jest „synem zbuntowanym” i „zagubioną owcą”. Bóg-Ojciec zdecydował się pewnie zmienić strategię wobec Szatana na bardziej miłosierną (ta stricte brutalna pewnie nie dawała za dobrych rezultatów w wojnie) i obiecał mu, że… jeżeli kiedykolwiek zechciałby powrócić do Królestwa Niebieskiego, to wszyscy dopełnią wszystkich starań, by czuł się jak najlepiej i by wszystko zostało mu wybaczone. Wszyscy mają mu wtedy służyć pomocą, by go odratować. Te zapewnienie ma przekonać Szatana, że Ojciec jest tak naprawdę dobry. Tylko Szatan nie chce mu uwierzyć i zaufać, bo ma swoją fanatyczną wiarę.
Ta powyższa taktyka przypomina pewne stymulowanie ludzkich działań w prawie karnym:
https://sip.lex.pl/akty-prawne/dzu-dzien...83/art-252
Paragrafy 4 i 5 powyższego przepisu są zadziwiająco łagodne wobec porywacza. Dlaczego? Żeby zachęcić go do poddania się, bo poddanie się pomoże zakładnikowi/zakładnikom.
Bóg-Ojciec musi być dość zdesperowany, że do takiej propozycji (jeżeli jest szczera) sięgnął. W końcu taka oferta na przyszłość zachęca innych, by się buntowali, próbowali coś zyskać dla siebie, a jeżeli okaże się, że przeszarżują jednak z buntem, móc liczyć na preferencyjne odratowanie niczym „królewska owieczka”. Choć oczywiście nie jest tak, że bunt jest całkowicie niegroźny dla buntującego się. Można od tego zostać zabitym wojennie lub… być ukaranym (nagroda za nawrócenie jest tylko, jeżeli z własnej woli się wróci, a nie np., gdy zostanie się pojmanym nie ze swej woli). Jezus w końcu nie tylko zachęca Szatana do powrotu „marchewką”, ale też straszy „kijem” w razie braku powrotu. Grożeniem jest w końcu wspominane przez Jezusa „płacz i zgrzytanie zębów”.
Tu dochodzi jeszcze jedna ciekawa rzecz. Myślę, że społeczność niebiańska składała się pierwotnie z samych skrajnych ENFJ, a taka społeczność działa jak "altruistyczny rój", gdzie nikt siebie nie broni (przez skrajny ekstrawertyzm energetyczny), więc jeżeli jakiś anioł zostałby wyeksploatowany, to najwyżej, by się go skasowało i powołało nowego na jego miejsce. Tyle że te podejście okazało się błędne, bo nie zawsze "popsuty anioł" pozwala się wyrzucić z istnienia. Szatan, któremu psychika się popsuła, się zbuntował i prowadzi wojnę. Poza tym Ojciec przez własną skłonność do niechronienia siebie sam ma poważne problemy wewnętrzne i jest wyniszczony. Stąd społeczność niebiańska stworzyła też potem w swych szeregach istoty z introwertyzmem, by one chroniły niebiańską społeczność od takich zagrożeń. Nastąpiła więc zmiana strategii. I ta przypowieść o zagubionej owcy wpisuje się w tę zmianę strategii, bo zakłada, że zagubiona, "zepsuta" owieczka ma nie być zostawiona sama sobie, by umarła lub żeby zdziczała i zaatakowała dawnego pasterza, tylko chce się ją uchronić, uleczyć, uratować. Wraz z dokooptowaniem w swoje szeregi istot, które mają w sobie jakiś poziom introwertyzmu, niebiańska społeczność nie działa już na zasadzie bezwzględnego kasowania wyeksploatowanych i popsutych istot, lecz także chce te istoty obronnie leczyć i ratować.
Piszesz, że przeciętni ludzie nie pasują do niebiańskiej społeczności, jeżeli się nie zmienią. Ja się z tym zgadzam. O to też pewnie chodziło Jezusowi, gdy mówił, że drzwi do Królestwa Niebieskiego są wąskie, czyli dla nielicznych. Jezus ogółem był rewolucjonistą, który chciał, żeby ludzie żyli całkowicie odmiennie od tego, co mamy wokół. Postulat kochania każdego niesie ze sobą daleko idące konsekwencje.
Ja nie uważam, że tylko bratnie dusze powinny się kochać. Taki świat nie byłby idealny. Weźmy choćby taki przykład, że wymyślona osoba X ma wybór:
- albo da Tobie i mi wieczne szczęście,
- albo da swojej bratniej duszy sekundę szczęścia.
Idąc Twym tokiem rozumowania, osoba X powinna wybrać drugą opcję, skoro tylko bratnie dusze miałyby się kochać, co pewnie byłoby szokujące i po prostu złe dla Ciebie i dla mnie.
Logiczna jest dla mnie miłość do każdego. No i co z istotami, które nie znalazłyby swoich bratnich dusz? One też są ważne. Ich los też się liczy. W końcu jeżeli każdy czuje, to czucie każdego jest ważne.
Podobnie uważam z małżeństwem. Uważam, że małżonkowie nie powinni faworyzować nawzajem siebie kosztem innych istot. Zapytasz się mnie może teraz: okej, to po co wtedy małżeństwo?
Już mówię, jak to widzę. Małżeństwo, według mnie, miałoby być wzajemnym dopełnieniem, by jak najlepiej służyć całej społeczności. Cechy osobowości są w końcu osiami, które działają na zasadzie "coś za coś". Spróbuję to zobrazować na przykładzie. Załóżmy, że istniałaby oś wzrok-słuch w ludzkim życiu co do postrzegania świata, a w świecie wzrok byłby tak samo ważny jak słuch. Załóżmy, że nie można samemu mieć jednocześnie świetnego słuchu i wzroku. Co wtedy mieliby zrobić ludzie?
Powinni dobierać się w mocno ze sobą związane pary, gdzie jedna osoba widzi, a druga słyszy. Razem mają tu wszystko. Nawzajem sobie pomagają. Nawzajem przedstawiają sobie świat tam, gdzie sami nie sięgają. Głuchy może niewidomemu słowami tłumaczyć świat wokół niczym prozatorski narrator w e-booku. I pomoc idzie też w drugą stronę. I żaden nikogo nagle nie zostawi samego, więc nie muszą się bać, że zostaną rzuceni w świat już bez "jednego zmysłu".
Ta powyższa oś wzrok-słuch jest wymyśloną osią, ale dobrze obrazuje, jak działa oś emocje-myślenie. Jeżeli jedna osoba postrzega świat emocjonalną, "artystyczno-religijną" intuicją, a druga osoba postrzega świat racjonalnym, "naukowo-logicznym" myśleniem, to samotnie mają problemy z jak najpełniejszym postrzeganiem i zrozumieniem świata, a razem mają wszystkie narzędzia do tego. Te dwa wymiary postrzegania składają się na całość. Muszą tylko znaleźć wspólną płaszczyznę kontaktu, mimo różnic między sobą.
I tak. Załóżmy, że dwie dopełniające się osoby są razem. W MBTI byłaby to choćby para INFJ+ENTP (S to, jak pisałem, zła, ograniczająca duchowo cecha). Zwykle F (w około 2/3 przypadków chyba) mają kobiety, a zwykle T (też w około 2/3 przypadków chyba) mają mężczyźni, ale wiadomo, że mogą też być emocjonalni faceci (ja choćby jestem skrajnym F) i racjonalne kobiety. No ale statystycznie załóżmy, że w powyższej parze INFJ to kobieta, a ENTP to pan (oczywiście mogą być inne konfiguracje, w tym jednopłciowe - płeć tu nie ma znaczenia). Jeżeli będą razem w małżeństwie, to z biegiem czasu działają coraz lepiej. Dlaczego? No bo znają się coraz lepiej. Po dziesiątkach lat bliskiego życia przy sobie pani INFJ może w sekundę empatycznie odgadywać pokłady wewnętrznego stanu męża, a pan ENTP może szybko logicznie żonie pomóc, gdy wyjdzie mu, że żona przecież taki sam nieracjonalny błąd popełniła XYZ lat temu. Potrafią też coraz lepiej sobie nawzajem świat tłumaczyć, skoro siebie coraz lepiej znają. INFJ coraz lepiej wie, jak przestawiać wnioski swojej inteligencji emocjonalnej, by były jak najlepiej zrozumiane, a ENTP coraz lepiej wie, jak przestawiać wnioski swojej inteligencji racjonalnej, by były jak najlepiej zrozumiane. Rekompensowanie wzajemnych braków i wad wzajemnymi zaletami. Tyle że żeby jak najlepiej działało musi być szczerość i zaufanie.
Ale jakkolwiek te sparowania są ważne (tym ważniejsze, im skrajniejszą ma się osobowość), to nie sprawiają, że należy faworyzować dobra swego dopełniającego siebie małżonka. Dalej moralnie wychodzi, że każdy czuje i każdy jest ważny. Według mnie małżeństwo powinno być po prostu zespoleniem dla służby ogółowi. No bo pewnie, gdyby Szatan miał komplementarną duszę przy sobie, nie skończyłby, tak jak skończył. Tak samo Ojciec byłby w lepszym stanie, gdyby dużo wcześniej dopuścił istoty z komplementarnymi cechami do siebie.
Co do Szatana, to bardzo dobrym przedstawieniem jego drogi w kulturze filmowej jest Joker, w którego się wcielił Joaquin Pheonix. Ten Joker to skrajny ENFJ. Dlaczego?
- E - chciał ekstrawertycznie występować jako komik i nie bronił się skutecznie przed światem (nieraz go bili, a raz... od tak sobie wpadł pod samochód), a na koniec filmu ostro zaatakował z całą stanowczością,
- N - on nie myślał tylko o sobie. Nie bez powodu mścicielsko zabił mężczyzn, którzy atakowali jedną kobietę. Poza tym ta jego wymyślona dziewczyna (nad którą nie panował) była oznaką posiadania szerokiej, skomplikowanej wizji, nad którą jednak nie panował, więc wyszła z tego schizofrenia,
- F - bardzo emocjonalny był. Swoje wrażenia i przeczucia o świecie brał jako prawdę. Nie miał wniosków logiczno-racjonalnych.
- J - miał plan. Był zorganizowany. Najpierw chciał zostać komikiem, by uszczęśliwiać ludzi (NFJ to w końcu mocny odchył moralny), a potem zorganizował buntownicze spalenie świata.
Joker Pheonixa miał taki sam tok rozumowania jak Szatan! Nie bronili się przed problematycznym światem, więc świat rozwalił im cierpieniami wnętrze. Potem czuli nielogiczne bunty z powodu wielce emocjonalnego postrzegania świata i te bunty uznali, że przeczucia czerpiące z najwyższej prawdy. Uznali, że sami są dobzi, a reszta jest zła. Zaatakowali zatem w sposób zorganizowany z powodu swoich ekspansjonistycznych ekstrawertyczności i skłonności do zorganizowanego planowania. Wiara to w końcu sfera zorganizowanego postrzegania świata. Gdyby mieli "P", zamiast "J" w MBTI, to ich bunty byłyby "anarchistyczne". Uznali po prostu, że inni są źli, więc zdecydowali się ich kasować. Prosty tok u Jokera. Murray zapytał się go, dlaczego zabił mężczyzn w metrze. Joker odpowiedział, że dlatego, iż byli "awful" (okropni). Potem zaczął gadać, że wszyscy wokół są źli, nieczuli, egoistyczni, a także okropni ("awful"). Na koniec rozmowy rzekł, że Murray... też jest okropny ("awful") i go zastrzelił. Co było potem? Bunt Jokera wzniecił rewolucję. Ludzie podobnie myślący jak on zechcieli dosłownie "spalić świat", by stworzyć nowy świat na jego miejsce. A Joker wzruszony cieszył się. że stary "zły" świat płonie, do cna wierząc, że jest dobrym,"romantycznym" bohaterem przeciw systemowemu molochowi zła.
Jeżeli poruszamy się w świecie kina, to podobną psychikę do Jokera mają też np. darth Vader i Kylo Ren z "Gwiezdnych Wojen" (w ogóle nowa trylogia Star Wars jest niedoceniana mocno, moim zdaniem - Kylo Ren to bardzo ciekawa postać). W ogóle "Gwiezdne Wojny" są tu bardzo ciekawe, bo użytkownicy Mocy to prawie zawsze mocne ENFJ i cała historia to walka między "jasną" a "ciemną" stroną u ENFJ. W końcu użytkownicy Mocy muszą być wrażliwi (czyli N+F) na Moc (czyli E+J, bo E+P to byłaby moc rozproszona, a nie skupiona). "Wola mocy" to w sumie mocne E+J. Tyle że może być "wolą mocy" dla swoich niskich celów (E+S+J) lub "wolą mocy" dla "dobra ogółu" (jakkolwiek się te dobro rozumie, a taka wola to E+N+J). W końcu Nietzsche to też był mocny ENFJ, tyle że on niestety tłamsił swoją inteligencję emocjonalną, zamiast ją w pełni docenić, co przypomina wolę Szatana wyplenienia z siebie "słabości" i "miękkości", by stać się w pełni "nadistotą". Wielką empatię Nietzschego widać było choćby po tym:
https://www.faena.com/aleph/the-true-sto...ches-horse
Ach tak, Rodion Raskolnikow (bohater zafascynowany nietzscheanizmem) od Dostojewskiego to też był "szatanowy" ENFJ w trybie żniwiarza-mściciela. Dostojewski to też był pewnie ENFJ... No a ulubionym pisarzem Petersona (innego "szatanowego" ENFJ) jest... Dostojewski. Nietscheańskie określenie "nadczłowieka" podchwycił z kolei Hitler (inny "szatanowy" ENFJ). Bardzo, bardzo, bardzo dużo jest innych podobnych smaczków w historii i kulturze. Mogę pisać o tym całymi dniami.
