Ocena wątku:
  • 9 głosów - średnia: 4.11
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Jak doszliście do ateizmu ?
Rotfl Duży uśmiech Ta różnica nie jest istotna, zarówno nauczyciel jak i wykładowca muszą mieć wyższe wykształcenie. To w naszym języku określa inteligencję jako grupę
I hear the roar of big machine
Two worlds and in between
Hot metal and methedrine
I hear empire down


Odpowiedz
Dragula napisał(a): Rotfl Duży uśmiech Ta różnica nie jest istotna, zarówno nauczyciel jak i wykładowca muszą mieć wyższe wykształcenie. To w naszym języku określa inteligencję jako grupę

https://portal.librus.pl/rodzina/artykul...alfabetyzm

Cytat:Z badań przeprowadzonych przez PISA i OECD wynika, że co szósty polski magister to analfabeta funkcjonalny.

Kijowa ta definicja. Wychodzi na to, że wystarczy mieć kwitek i zero umiejętności a już jest się inteligentem.
Sebastian Flak
Odpowiedz
Dragula napisał(a): Rotfl Duży uśmiech Ta różnica nie jest istotna, zarówno nauczyciel jak i wykładowca muszą mieć wyższe wykształcenie. To w naszym języku określa inteligencję jako grupę

Czy ktoś kto ma powiedzmy magistra z wuefu czy tam turystyki, ma takie same kwalifikacje intelektualne co powiedzmy literaturoznawca nie mówiąc już o jakimś inżynierze co tworzy leki?
Przegram na pięści to wrócę po ciebie z Lolą #Nicky Santoro

"Get this through your head you Jew motherfucker, you. You only exist out here because of me. That's the only reason. Without me, you, personally, every fuckin' wise guy skell around'll take a piece of your fuckin' Jew ass. Then where you gonna go? You're fuckin' warned. Don't ever go over my fuckin' head again. You motherfucker, you." - Nicky do Franka
Odpowiedz
Dragula napisał(a): Rotfl Duży uśmiech Ta różnica nie jest istotna, zarówno nauczyciel jak i wykładowca muszą mieć wyższe wykształcenie. To w naszym języku określa inteligencję jako grupę

Nawet nie o to chodzi. Moi rodzice dostali dyplomy magisterskie w I poł. lat 70-tych. Obecnie są emerytami. W tamtych czasach nie więcej jak 5% polskiego społeczeństwa miało wykształcenie wyższe. Generalnie mniejszość osób uczęszczających do szkół lądowało w szkołach średnich. Większość to szła do zawodówek.

"Jeżeli w roku 1970 absolwenci szkół wyższych stanowili 47,1 tys., w 1975 r. – 63,2, to już w 1980 r. było ich 84,0 tys. Jeżeli chodzi o liczbę osób studiujących na wyższych uczelniach, to w 1970 r. było ich 331 tys., a w 1980 już 454 tys.54"

W roku szkolnym 1970/1971 w szkołach średnich oraz policealnych kształciło się 1 342 tys. młodzieży, na uczelniach wyższych zaś 331 tys. str.255/17
"Kształcenie dzieci i młodzieży w Polsce w latach 70. XX wieku" Studia Zachodnie 17 Zielona Góra 2015 Radosław Demke
http://zbc.uz.zgora.pl/Content/45800/PDF...lcenie.pdf

Widać, że w 1970 roku, że na jednego studenta wypadało niespełna czworo uczniów szkół średnich i policealnych, których było i tak mniej niż uczących się w zawodówkach. Natomiast z ok. 330 tys studentów skończyło zaledwie ok. 63 tys.

Nie można w żadnym wypadku mieszać obecnych czasów z tymi z lat 70-tych. Ktokolwiek wtedy kończył studia z automatu był określany jako przedstawiciel inteligencji. Zresztą wtedy studia były na niezłym poziomie choć to zależało też od placówki. Nie każdy wówczas nauczyciel miał wykształcenie wyższe. Ale w zasadzie wszyscy należeli w małych miejscowościach jak moja do tamtejszej inteligencji.
Odpowiedz
Cytat:Kijowa ta definicja. Wychodzi na to, że wystarczy mieć kwitek i zero umiejętności a już jest się inteligentem.
kijowa, nie kijowa, taka funkcjonuje z tego co się orientuję. Społeczeństwo dzieli się często ze względu na wykształcenie ale już nie wchodzi się głębiej w szczegóły. Można powiedzieć, że jaki kraj, taka inteligencja Duży uśmiech
I hear the roar of big machine
Two worlds and in between
Hot metal and methedrine
I hear empire down


Odpowiedz
Dragula napisał(a): To w naszym języku określa inteligencję jako grupę
Tylko w ogóle konstrukt „inteligencji” jako klasy społecznej występuje jedynie w byłych demoludach. W społeczeństwie postkapitalistycznym brzmi to przestarzale strasznie. I występuje w powiązaniu ze szkodliwym sentymentem mówiącym, że wykształcenie powinno samo w sobie gwarantować zarobki.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
zefciu napisał(a):
Dragula napisał(a): To w naszym języku określa inteligencję jako grupę
Tylko w ogóle konstrukt „inteligencji” jako klasy społecznej występuje jedynie w byłych demoludach.

Pamiętaj, że w PRLu była to 'inteligencja pracująca' w odróżnieniu od .... no właśnie od czego?
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
Szczerze to mi się to zawsze kojarzyło tylko z wykonywaniem pracy intelektualnej do której jest konieczne takie wykształcenie. I jak już pisalem uważam to za określenie mało precyzyjne i mało przydatne, bo kryteria są mało precyzyjne. Jednak różne cechy w jakimś mnjejszym lub większym stopniu korelują z wyksztalceniem, więc chyba nie jest to jeszcze całkowicie nieprzydatne.
I hear the roar of big machine
Two worlds and in between
Hot metal and methedrine
I hear empire down


Odpowiedz
zefciu napisał(a): I występuje w powiązaniu ze szkodliwym sentymentem mówiącym, że wykształcenie powinno samo w sobie gwarantować zarobki.
Inteligencja jako grupa wzięła się właśnie ze słabej korelacji wykształcenia i zarobków na wschodzie. Finansowo klasa niższa, z wysokimi, niemożliwymi do spełnienia w tej rzeczywistości ambicjami.
Mówiąc prościej propedegnacja deglomeratywna załamuje się w punkcie adekwatnej symbiozy tejże wizji.
Odpowiedz
Myślę, że inteligencja to termin absolutnie umowny i ten termin był częściej używany tylko tam gdzie się w większym zakresie w publicystyce pisano o klasowym podziale społeczeństwa. I tam gdzie dość pogardliwie patrzono na przedsiębiorców. W PRL-u "właściwej" inteligencji materialnie źle się nie żyło.
Odpowiedz
Sofeicz napisał(a): Pamiętaj, że w PRLu była to 'inteligencja pracująca' w odróżnieniu od .... no właśnie od czego?
W ogóle to ciekawe, że chłop i robotnik w tej wyliczance obecni są bez żadnych dookreślających przymiotników i imiesłowów. A wykształciuch jest jednak podejrzany i musi obowiązkowo być „pracujący” – mieć synekurę gdzieś w państwowym urzędzie, czy firmie, żebyśmy mogli go ewentualnie uznać za swojego na równi z tymi dwoma. Inteligent to trochę odpowiednik „zewnętrznej partii” u Orwella. Nasz, ale trzeba go pilnować, żeby nie miał zbyt wysokich ambicji.

Cytat:W PRL-u "właściwej" inteligencji materialnie źle się nie żyło.
Jak na PRL-owskie warunki może nie.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
zefciu napisał(a): W ogóle to ciekawe, że chłop i robotnik w tej wyliczance obecni są bez żadnych dookreślających przymiotników i imiesłowów.

Wlaściwie to tylko robotnik był 'nieprzymiotnikowy'. Chłop musiał być obowiązkowo 'postępowy".
Jak w tym dowcipie PRLowskim "rolnik postępowy sam zapładnia swoje krowy".

Cytat:
Cytat:W PRL-u "właściwej" inteligencji materialnie źle się nie żyło.
Jak na PRL-owskie warunki może nie.
No nie bardzo. Pamiętam, że przez cały PRL szły lamenty nad tym, że robotnik zarabia lepiej od inżyniera.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
Sofeicz napisał(a): No nie bardzo. Pamiętam, że przez cały PRL szły lamenty nad tym, że robotnik zarabia lepiej od inżyniera.
A stoją za tym jakieś statystyki?
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
Cytat:Cechą charakterystyczną siatki płac w PRL było m.in. to, że rozpiętość zarobków była niewielka. W imię socjalistycznej równości starano się upchnąć całe społeczeństwo do jednego płacowego worka. Średnia pensja u schyłku epoki Gierka wynosiła ok. 5 tys. zł. Oznaczało to, że większość Polaków zarabiała pomiędzy 2 a 10 tys. złotych. Inną cechą tamtych czasów był niewielki związek wykształcenia z wysokością płacy. Wykładowca uniwersytecki mógł zarabiać mniej od funkcjonariusza MO, a nauczyciel – mniej od traktorzysty. Dbałość władzy ludowej o robotników wyrażała się przede wszystkim w stałych podwyżkach płac. Z zapewnieniem produktów, na które można byłoby wydać zarobione pieniądze, bywało znacznie gorzej.
Odgórne ustalanie płac było możliwe, ponieważ niemal wszystkie zakłady pracy były państwowe.
Do najlepiej zarabiających należeli partyjni urzędnicy. Jak podaje na swojej oficjalnej stronie historyk Jerzy Masłowski, w 1975 r. w nowo utworzonym woj. chełmskim sekretarz Komitetu Wojewódzkiego zarabiał 9,9 tys. zł. Kierownik Wydziału Organizacyjnego – 7,5 tys., inspektor Wojewódzkiej Komisji Kontroli Partyjnej – 5,5 tys. zł. Naturalnie wysokość ich płac nie miała żadnego ekonomicznego uzasadnienia. Ale nie może to dziwić. Podobnie było z niemal wszystkimi zakładami pracy w PRL. Dyrektorzy fabryki, huty czy PGR otrzymywali pensję niezwiązaną z wynikami kierowanego przez siebie przedsiębiorstwa. Wyniki te bardzo często były zresztą obiektem manipulacji – musiały być dobre nawet wtedy, gdy były złe. PGR pozostał do dzisiaj synonimem socjalistycznego brakoróbstwa i wziętych z sufitu danych ekonomicznych, w tym również płac.

Oczywiście jak to w PRLu poza oficjalną, sztywną siatką płac był rozwinięty rynek 'fuchowy', na którym akyrat wykwalifikowani robotnicy mieli lepsze wzięcie niż inżynierowie z awansu.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
Tutaj należy zaznaczyć, że inteligent zarabiał dobrze, o ile był inteligentem z Partii. Wtedy miał dodatkowe kartki, dojścia, miejsca w kolejkach po dobra rzadkie a i jak miał pozycję w regionie to był kimś na miarę greckiego herosa. W innym wypadku to inteligencyjność zapewniała jedynie w miarę wysoki status społeczny powiązany z jakimś tam szacunkiem. A z czasem to i ten szacunek poszedł się jebać, bo wynikał np. z możliwości przypierdolenia jaką miał nauczyciel czy też zrobienia burdelu w papierach.
Sebastian Flak
Odpowiedz
zefciu napisał(a):
Dragula napisał(a): To w naszym języku określa inteligencję jako grupę
Tylko w ogóle konstrukt „inteligencji” jako klasy społecznej występuje jedynie w byłych demoludach. W społeczeństwie postkapitalistycznym brzmi to przestarzale strasznie. I występuje w powiązaniu ze szkodliwym sentymentem mówiącym, że wykształcenie powinno samo w sobie gwarantować zarobki.

Dokładnie tak. W obecnych czasach gadanie o tak rozumianej inteligencji wydaje się mocnym anachronizmem. Dla mnie w Polsce są trzy klasy społeczne - ludzie zaradni, których stać na zaciągnięcie kredytu; ludzie mniej zaradni, którzy nie dostaną kredytu i bardzo nieliczna, wąska grupa ludzi bardzo wykwalifikowanych i zaradnych, którzy sobie zajebiście dają radę bez kredytu (chociaż często i tak go wezmą na jakieś bardzo luksusowe dobra) - doktory, prawniki, informatyki, inżyniery i mega wąsko wyspecjalizowani majstrzy od roboty typu podwodne spawanie.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości