Ocena wątku:
  • 2 głosów - średnia: 4.5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Polecane artykuły
https://forsal.pl/gospodarka/aktualnosci...iemie.html


Cytat:menu
Reklama
statystyki
To kapitalizm (a nie człowiek) niszczy Ziemię
4 grudnia 2019, 07:13 | Aktualizacja: 04.12.2019, 09:17
UdostępnijUdostępnij
źródło:obserwatorfinansowy.pl
Ludzkość na Ziemi, fot. Sergej Khakimullin
Ludzkość na Ziemi, fot. Sergej Khakimullin
źródło: ShutterStock

Kryzys klimatyczny przeraża. Również dlatego, że jest jak oskarżenie wobec całej ludzkiej rasy. A gdyby tak uciec z tej fatalistycznej wizji. Pokazując, że naturę zniszczył nie człowiek, lecz bardzo konkretna forma organizacji naszego życia gospodarczego.

Antropocen to pojęcie, które zrobiło w ostatnich latach dużą karierę. Oznacza dosłownie „epokę człowieka”. Nazwę spopularyzował noblista z chemii Paul Crutzen. Holender zaproponował, by Antropocenem nazwać nowy geologiczny czas w dziejach Ziemi, który charakteryzuje się dominującym wpływem ludzi na ekosystem. Wpływem oczywiście niszczącym. W praktyce Antropocen jest więc zbiorczym określeniem na cały szereg megazjawisk stanowiących gorzkie brzemię naszych czasów: powszechną urbanizację, wyczerpywanie zasobów paliw kopalnych, zanieczyszczenie środowiska i emisję gazów cieplarnianych do atmosfery. Czekając na to, czy Międzynarodowa Komisja Stratygraficzna zechce uznać Antropocen za oficjalną epokę w geologicznych dziejach planety, badacze spierają się dziś nie o to, czy Antropocen istnieje. Lecz raczej o to, czy nieszczęście zaczęło się już 200 lat temu? Czy może dopiero w drugiej połowie XX wieku?

Reklama
Winny Kapitałocen
Ale nie wszystkim podoba się koncepcja Antropocenu. Jason W. Moore uważa ją wręcz za jeden z najbardziej szkodliwych wymysłów naszych czasów. Ten socjolog, geograf i historyk z Uniwersytetu w Binghampton jest zdania, że mówienie o Antropocenie zaciemnia sprawę i nie pozwala nam dojść do sedna problemu. Moore argumentuje w sposób następujący: to nie człowiek zniszczył planetę. Człowiek jest przecież częścią sieci życia oplatającej Ziemię i nadającej jej istnieniu sens. Ziemię zniszczyła pewna bardzo specyficzna forma systemu, który wymknął się człowiekowi spod kontroli. Ten system ma nawet swoją bardzo konkretną nazwę. Nazywa się kapitalizm. I to właśnie ten system organizacji życia społecznego oraz gospodarczego jest winny owego bałaganu, w którym się znaleźliśmy. Dlatego zapomnijmy o Antropocenie. A zacznijmy raczej mówić o Kapitałocenie. Dopiero wtedy, wskazując prawdziwego winowajcę kryzysu klimatycznego, jest szansa na uporanie się ze skutkami jego wielusetletniej i zgubnej dominacji.

Kiedy zaczyna się Kapitałocen? Ci, co wskażą na XIX wiek przestrzelą o dobrych… 300 lat. A może nawet i 400. W historii gospodarczej zwykło się wyróżniać dwie rewolucje przemysłowe. Pierwsza oparta była o takie atrybuty jak węgiel, maszynę parową i bawełnę i przypada na przełom XVIII i XIX wieku. Druga to czas ropy, elektryczności oraz motoryzacji i datuje się ją na koniec XIX i początek XX wieku. Obie te rewolucje uchodzą jednocześnie za początek kapitalizmu. Tymczasem – dowodzą tacy autorzy jak Jason Moore – żadną miarą nie należy ich utożsamiać z początkiem Kapitałocenu. Były one raczej kolejnymi (efektownymi z technologicznego punktu widzenia, lecz na pewno nie premierowymi) odsłonami procesu, który poszedł w ruch dużo wcześniej. Kiedy?

Cofnijmy się do 1650 r. W zamorskich koloniach Europy trwa boom na cukier. W ciągu zaledwie jednego roku portugalscy konkwistadorzy karczują 12 tys. hektarów brazylijskich lasów, by założyć na ich miejscu plantacje trzciny cukrowej. I cóż z tego? – zapyta uważny czytelnik. Przecież lasy karczowano wszak od niepamiętnych czasów. Niby tak. Tyle, że wcześniej w takiej na przykład Pikardii (północna Francja) wycięcie 12 tys. hektarów lasu zajęło jakieś… dwa wieki (mniej więcej lata 1200 – 1400). W XVII wieku w amerykańskich koloniach podobnych rozmiarów przedsięwzięcie realizowano już w ciągu kilkunastu miesięcy. Albo inny przykład pokazujący to samo zjawisko. Tym razem z Anglii. Jeszcze w 1530 r. wydobycie węgla sięgało tam ok. 50 tys. ton. Sto lat później (w 1630 r.) dobywano już 1,5 mln ton. A kolejne pół wieku później produkcja węgla w tej samej Anglii znów się podwoiła (do 3 mln ton). Z 50 tys. do 3 mln w ciągu 200 lat. I to jeszcze zanim na dobre rozkręciła się rewolucja przemysłowa. I jeszcze jeden przykład. Przed 1450 r. żadna z europejskich kopalni srebra nie wydobywała więcej niż 2,5 tony kruszcu rocznie. Ale już w ostatnich dekadach XV stulecia aż osiem z nich osiągnęło wydobycie powyżej 12,5 tony.

„Tania Natura”
Podobne liczby, fakty i zjawiska przywoływać można jeszcze długo. W gruncie rzeczy wszystkie poprowadzą nas jednak do jednej tej samej konkluzji: w światowej gospodarce zdarzyło się wówczas coś wyjątkowego. Historycy gospodarki nazywają ten moment „długim wiekiem XVI”. Rozpiętym pomiędzy początkiem europejskiego kolonializmu w obu Amerykach, wielką rewolucją rolną w Holandii oraz procesem komasacji wielkich posiadłości ziemskich w Anglii, Francji czy szlacheckiej Rzeczpospolitej. Zdaniem wielu historyków gospodarki to wówczas rodzi się świat, w którym żyjemy do dziś. W kanonicznym podejściu do historii gospodarczej nastanie kapitalizmu wiąże się z przełomowymi wynalazkami technologicznymi. Ale w proponowanym tutaj ujęciu kapitalizm oznacza coś dużo bardziej fundamentalnego. Chodzi o odmienne podejście do zasobów. W tym sensie początkiem kapitalizmu nie może być zbudowanie przemysłowej maszyny parowej przez Jamesa Watta (lata 1782 – 1784). Ani żadne inne technologiczne udoskonalenie tego czy owego procesu. Wszystkie te inżynieryjne wynalazki bledną wobec fundamentalnego „odkrycia”, do którego doszło mniej więcej w owym „długim XVI wieku”. Tym odkryciem było wynalezienie… „taniej Natury”. Zaczyna się realny kapitalizm. A wraz z nim niszczący dla natury Kapitałocen.

Pojęcie „tania Natura” rozumieć należy dwojako. Po pierwsze czysto ekonomicznie, gdy chodzi o jej cenę. Natura jest tania wówczas, gdy cena (płacona pośrednio lub bezpośrednio) za eksploatowanie Ziemi będzie niska. A najlepiej bliska lub równa zeru. I ten proces (co za chwilę pokażemy) faktycznie zaczyna się właśnie w „długim XVI wieku”. „Taniość” natury ma jednak również swój wymiar symboliczny. Bo to wielkie „potanienie Natury”, o którym mówimy, nie mogło się obyć bez konsekwencji dla jej wytworów. To, co tanie szybko staje się „niegodne szacunku” i „pozbawione godności”. To drugi wymiar pojęcia „tania Natura”. W Kapitałocenie natura musiała stać się towarem tanim. Właśnie po to, by kapitalizm mógł się urodzić. Zapewniając nielicznym bajkowe wręcz zyski.

Pisząc „Natura” autorzy tacy jak Jason Moore nie ma tylko na myśli Ziemi, ani nawet wyłącznie jej zasobów. Socjolog uważa, że w Kapitałocenie człowiek i natura są takimi samymi ofiarami. Jadą na tym samym marnym wózku. Pokażmy to na przykładzie ludzkiej pracy. O tym, że kapitalizm bazuje na taniej sile roboczej nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Przyznają to przecież nawet najbardziej gorliwi obrońcy kapitalizmu. Nie przeczą oni, że kapitał krąży po świecie w poszukiwaniu takiego miejsca, gdzie może znaleźć siłę roboczą gotową wykonać to samo. Tyle że za niższą stawkę. Przeciwnik i zwolennik kapitalizmu mogą się co najwyżej pokłócić o to, czy przeniesienie fabryki tekstyliów z Niemiec do Bangladeszu jest dobre wyłącznie dla posiadaczy kapitału, czy może także dla konsumentów (którzy dostaną tańszy towar) oraz biedapracowników (którzy mają jakąkolwiek pracę). Sam fakt istnienia wbudowanej w samo DNA kapitalizmu pogoni za jeszcze tańszą pracą nie podlega już jednak dyskusji. Wracając do Moore’a łatwo zauważyć, że nasz „długi XVI wiek” to czas nagłego i mocnego potanienia pracy. Najłatwiej dostrzec to, odwołując się wprost do rozkręcającego się wówczas (na nieznaną dotąd skalę) zjawiska niewolnictwa. W latach 1560 – 1710 liczba niewolników przewożonych z Afryki do kolonii w obu Amerykach rośnie o zdumiewające… 1065 proc. Większość z nich trafia tam do pracy przy produkcji cukru oraz bawełny.

Wyzysk pracowników
Przywołując dane dotyczące niewolnictwa natkniemy się niekiedy na komentarz, że oto „Stary Świat” zaczął wyzyskiwać „Nowy Świat”. Nie do końca będzie to określenie trafne. Trzeba bowiem pamiętać, że w tym samym czasie nagłemu potanieniu zaczęła ulegać również cena pracy w tej rzekomo zwycięskiej, kolonizującej i „wyzyskującej” Europie. W praktyce było inaczej. Jeśli wczytać się w dane dotyczące poziomu wynagrodzeń siły roboczej w Europie to widać wyraźnie, że wyzysk kolonialny szedł w parze z wyzyskiem pracowników w Anglii, Francji, Hiszpanii albo w państwach włoskich. I tak w Lyonie parytet siły nabywczej średniej płacy robotnika rolnego pomiędzy latami 1500 a 1600 zmniejszył się o połowę. Podobne spadki zanotowano w tym okresie w państwach włoskich, Wiedniu czy Walencji (dane przytaczam za pracami Wally Seccombe „A milienium of family change” i Farshada Araghiego „Accumulation by displacement”).

Na tym tle nie jest absolutnie żadnym wyjątkiem doskonale nam znany z historii przykład I Rzeczpospolitej i poszerzającego się tam stale zjawiska pańszczyzny: od świadczenia liczonego na kilka dni w roku po permanentny obowiązek darmowej pracy na polu Pana. To wręcz przykład tego samego zjawiska stale taniejącej pracy. Podsumowując: to właśnie około XVI wieku presja na zwiększanie wyzysku pracy zaczyna się radykalnie zwiększać. Owoce tego wyzysku trafiają jednak do rąk nielicznych zwycięzców tego procesu. Kapitalizm wyrasta na pierwszym składniku „taniej Natury” czyli na taniej ludzkiej pracy.

To jednak dopiero początek. Tania praca nie bierze się przecież znikąd. Jest jak półprodukt składający się z innych mniejszych podpółproduktów. Aby tani mógł być produkt końcowy, tanie muszą stać się również jego składowe. Innego wyjścia nie ma. W praktyce oznacza to na przykład, że do wykarmienia tanich pracowników potrzeba taniego jedzenia. Gdyby wszak było drogie to podrożeniu uległby sam pracownik, a konstrukcja taniej pracy umożliwiającej akumulację i wzrost gospodarczy nie mogłaby się ziścić. To zjawisko opisane zostało przez cały szereg historyków gospodarki jako „cukrowy trójkąt”. Bez niewolników z Afryki (pierwsze ramię trójkąta) wysyłanych do pracy na plantacje w koloniach nie byłoby taniego cukru, który stanowił główne źródło tanich kalorii europejskich robotników pracujących w powstających fabrykach (drugie ramię trójkąta). Bez fabryk nie byłoby zaś potęgi finansowo-militarnej (trzecie ramię trójkąta), która umożliwiała kolonizatorom kontrolowanie stałej dostawy niewolników do kolonii.

Spichlerz Europy
Drugim – obok cukru – zasobem koniecznym do wyżywienia rosnącej populacji mieszkańców Europy było zboże. Tu historia zaczyna się robić swojska, bo wiadomo, że w interesujących nas początkach Kapitałocenu głównym dostarczycielem tego cennego surowca była Rzeczpospolita Szlachecka. Nie łudźmy się jednak. Polska swą wielką karierę spichlerza Europy zawdzięczała właśnie temu, że była gotowa na dostarczanie właśnie „taniego” zboża. I to w bardzo dużych ilościach.

Słynny holenderski historyk społeczny Slicher van Bath już w latach 70. XX w. dowodził, że to właśnie dlatego I RP stała się wówczas czymś w rodzaju „nieformalnej gospodarczej kolonii” Niderlandów, czyli największej ówcześnie potęgi gospodarczej świata. Bywały momenty, gdy Polska eksportowała tam aż jedną trzecią całej swej produkcji zboża. W szkolnym ujęciu historii tamten handel przedstawia się zazwyczaj jako wielki sukces państwa Jagiellonów. Zdecydowanie rzadziej wskazuje się jednak na koszty tego modelu. A koszt polegał akurat w tym wypadku na przyjęciu przez polską szlachtę niezwykle intensywnej i łupiącej środowisko polityki rolnej. Czego przejawami było np. odejście od systemu płodozmianu (w którym część ziemi okresowo „odpoczywa” by odzyskać żyzność). Krótkoterminowy zysk był oczywiście znaczny. Latyfundyści mogli słać jeszcze więcej zboża na rynki zachodnie. Problem w tym, że już po mniej więcej stu latach takiej rabunkowej polityki pojawiły się negatywne konsekwencje w postaci spadającej wydajności gospodarstw. Ta zaś (wraz z postępującym w XVII wieku okresowym ochłodzeniem klimatu czyli tzw. małą epoką lodowcową) doprowadziła do spadku plonów. Próbowano się przed nią ratować mieszanką posunięć polityczno-militarnych (konflikty z sąsiadami na kresach i dalsza komasacja gruntów oraz zwiększanie pańszczyzny) oraz na przykład masowej wycinki lasów. Szacuje się, że pomiędzy latami 1500 a 1650 w samym tylko dorzeczu Wisły wycięto ok. miliona hektarów lasów. Co jeszcze pogłębiło stabilnością rozmaitych ekosystemów ówczesnej Polski.

„Tanie Zasoby”
Tu w zasadzie dotykamy już więc kolejnej „taniości”, która pojawia się wraz z rozwojem Kapitałocenu. Chodzi o „tanie Zasoby”. Oto pędzące coraz szybciej gospodarki potrzebują coraz więcej tanich półproduktów, by zapewnić sobie stały i tani wzrost. Dobrym przykładem jest potaż. Z chemicznego punktu widzenia potaż to zanieczyszczona postać węglanu potasu. Produkowano go z popiołu pochodzącego ze spalania drewna. Znajdował zaś szerokie zastosowanie praktyczne: od produkcji mydła i bielenie tkanin po rolę nawozu. W XVI i XVII wieku potaż był dla polskiej gospodarki ważnym towarem eksportowym. Rodzajem „nowego zboża”. Pozostałością są nazwy istniejących do dziś miejscowości: przeróżnych rozsianych po Polsce Potaszni czy też Potaszy. To właśnie „potażowa gorączka” była (obok pędu do powiększania areału pól uprawnych) najważniejszym powodem wspomnianej przed chwilą rabunkowej gospodarki leśnej w dorzeczu Wisły w czasach jagiellońskich. Ale także zaostrzającego się w całej ówczesnej Europie zjawiska „grodzenia i prywatyzacji lasów”, które wcześniej stanowiły rodzaj dobra wspólnego, z którego cała społeczność mogła czerpać korzyści.

Jest to zjawisko, które radykalny przywódca niemieckiej reformacji teolog Thomas Muenzer nazwał przejawem straszliwej logiki, w myśl której „każda istota, każda ryba w wodzie, każdy ptak na niebie i każda roślina w ziemi, muszą stać się własnością i zostać zapędzone do pracy na rzecz możnych”. W latach 1524 – 1526 Muenzer był jednym z przywódców krwawych powstań ludowych wymierzonych przeciwko takim praktykom, które przeszły do historii jako „wojny chłopskie”.

Oczywiście eksploatacja potażu to ledwie zapowiedź tego, co nadejdzie, gdy kapitalizm zacznie zwiększać swoje zapotrzebowanie na jeszcze jeden kluczowy element „taniej Natury” czyli na „tanią energię”. Potrzebną do dalszego podtrzymywania taniej, masowej produkcji.

Krytyka „taniej energii” jest dla wielu współczesnych czytelników bardzo trudna do zaakceptowania. I budzi naturalne odruchy – choć często histeryczno-obronne („to co, mamy siedzieć w ciemnych nieogrzewanych lepiankach?”). Dzieje się tak dlatego, że nie da się jej całkowicie odkleić od kwestii rosnącej produktywności. A przecież „produktywność” jest jednym z ekonomicznych bożków współczesności. Przedstawianym zawsze jako żywioł obiektywnie dobry i słuszny. Rzadko chce się przy tym pamiętać, że produktywność osiągana jest i była poprzez zmiany technologiczne. A opłacalność owych zmian technologicznych zawsze wiązała się w kapitalizmie ze znalezieniem odpowiednio „taniej energii” potrzebnej do napędzania przeróżnych silników. Niezależnie jednak od tego czy mówimy o ropie w XX wieku czy może o zbożu w XVI wieku albo potażu w XVII stuleciu mechanizm jest tutaj ten sam.

Oto nawet na dobrze nam znanym przykładzie I RP widać doskonale łupieżczą logikę ówczesnego systemu kapitalistycznego: wyssać tyle taniego surowca ile się tylko da, nie licząc się z kosztami tej rabunkowej polityki. A gdy ich eksploatacja nie będzie już dalej możliwa przerzucić się na… kolejną ofiarę. Tak właśnie było, gdy w XVIII wieku Polska przestała być spichlerzem albo „potasznią Europy”. Akurat u nas wiązało się to z upadkiem szlacheckiej państwowości, bo elity nie potrafiły sobie z tym szeregiem napięć wygenerowanych przez kapitalizm poradzić. I jest to dziś nasza narodowa trauma. Patrząc z perspektywy globalnego kapitalizmu można jedynie powiedzieć „no… bywa, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”. Szkoda, że w kraju z taką historią tak często argumenty krytyczne wobec kapitalizmu napotykają na dziwne niezrozumienie.

Na pierwszy rzut oka przedstawiona tu koncepcja Kapitałocenu może się wydawać mało konkluzywna i odsyłająca nas jedynie do przeszłości. To jednak tylko pozory. Tak naprawdę porzucenie dogmatu o złym człowieku, który przez samo swoje istnienie demoluje planetę otwiera nam zupełnie nowe horyzonty dla nowej i świeżej rozmowy. Pozwala bowiem przenieść spór z apokaliptycznego i fatalistycznego narzekania „że już wszystko stracone” i „dopóki istnieje człowiek dopóty Ziemi nie uratujemy” na pragmatyczny namysł o zmianie kapitalistycznej logiki.

Zajebisty artykuł. Będę musiał poczytać tego profesora co tą książkę wymyślił. Bo jeżeli Woś streszcza jego pomysły... No cóż, facet kompletnie odleciał. Punkty przemian gospodarczych odległe o stulecia, argumentowane... odejściem od... plodozmianu. Kiedy Polska wieś wesoła o plodozmoanie usłyszała pod koniec osiemnastego wieku. A i to nie wszędzie. Wycinka miliona ha lasów to jak dobrze liczę 10000 km2. Liczba robi niewielkie wrażenie. Zwłaszcza w kontekście ilu ludzi przybyło w rzeczonym okresie na tych terenach co mieli żreć, przy zacofanych systemach uprawy. Ogólnie miodzio. Będzie się nad czym pastwić.
Sebastian Flak
Odpowiedz
Gawain napisał(a): Zajebisty artykuł. Będę musiał poczytać tego profesora co tą książkę wymyślił. Bo jeżeli Woś streszcza jego pomysły... No cóż, facet kompletnie odleciał. Punkty przemian gospodarczych odległe o stulecia, argumentowane... odejściem od... plodozmianu.

Mnie się podoba to o XIX-wiecznych robotnikach żywiących się głównie cukrem. W końcu XIX wieku, gdy Europa produkowała już własny cukier z buraków a niewolnictwo w Brazylii zostało zniesione, konsumpcja tego luksusowego towaru wzrosła do... 1 kg na osobę rocznie.
Odpowiedz
Przeczytałem. Zadumałem się. Zapłakałem. Jebnąłem deklem o kant stołu.
ZaKotem napisał(a): Mnie się podoba to o XIX-wiecznych robotnikach żywiących się głównie cukrem.
Może tam o rum chodziło..
Mówiąc prościej propedegnacja deglomeratywna załamuje się w punkcie adekwatnej symbiozy tejże wizji.
Odpowiedz
Krótkie i logiczne:
https://unherd.com/2019/12/what-would-li...look-like/

tl;dr: zielone plany zagnania ludzi do chatek z gówna poskutkują całkowitą kulturową kontrrewolucją. Jednak jakieś plusy ten ruch ma :-)
"...zażarty absolutysta, wściekły teokrata, nieprzejednany legitymista, apostoł potwornej trójcy złożonej z papieża, króla i kata, zawsze i wszędzie broniący najtwardszego, najciaśniejszego i najbardziej niewzruszonego dogmatyzmu, mroczna postać rodem z ciemnych wieków..."
Odpowiedz
Interesujące artykuły o: młodych niemiecki Volkistach i wojennych losach ocalałych. Polecam cykl artykułów #ZbrodniaBezKary.


Cytat:Mali nowi starzy Niemcy. Kim są "volkiści"?

Jeśli piśniesz słówko w szkole, mamusia i tatuś pójdą do więzienia - tak niemieccy neofaszyści wychowują dzieci. Tylko nie nazywają się neofaszystami, a volkistami. Dotarli do niech autorzy filmu "Mali Niemcy".

- Tęsknię za czasami dzieciństwa. Rodzice dbali, żebym nie siedziała w domu, tylko wychodziła do natury - wspinała się na drzewa, tarzała w trawie, brodziła w strumyku. Pielęgnowali moje związki z przyrodą - mówi jedna z bohaterek filmu "Mali Niemcy".

A wieczorami w domu mówili jej, że jeśli w szkole piśnie choć słówko na temat tego, że jest Aryjką, przedstawicielką narodu wybranego, to mamusia i tatuś pójdą do więzienia. Pod żadnym pozorem nie mogła się zdradzić z poglądów, które wyznawali w rodzinie i sąsiedztwie.

/M.WP




Przyjaźń ze zdjęcia.


Cytat:Zbrodnia bez kary. Zdjęcie, które wstrząsnęło światem

Obrzeża Warszawy, 13 września 1939 roku. Młode dziewczyny zbierają z pola ostatnie ziemniaki. Nadlatują niemieckie samoloty. Strzelają raz, drugi. Andzia upada. Nad zwłokami siostry pochyla się 12-letnia Kazia Kostewicz. Scenę widzi amerykański fotograf Julien Bryan. Robi zdjęcia, które wkrótce zobaczy cały świat.

[Obrazek: -zbrodniabezkary.jpg]

/M.WP





Wojenne losy jednego z ocalałych - jak wiele podobnych wspomnień - zawiera nieprawdopodobne wątki i zbiegi okoliczności. Gdyby nie kontekst wydarzeń, to powiedzieć by można "niesamowite"...


Cytat:Leon Weintraub: Jak długo byliśmy potrzebni, tak długo mogliśmy żyć

Policjanci otaczali domy, chodzili od mieszkania do mieszkania, zabierali chorych, dzieci do lat 10 i starców powyżej 60 lat. Bez skrupułów, bez litości wyrywali niemowlęta z ramion matek - wspomina dr Leon Weintraub, który przeżył łódzkie getto i kilka niemieckich obozów.


Jak zapamiętał pan początek wojny?

Mam z tego czasu dwa bardzo wyraziste wspomnienia. Łódź została poddana bez jednego strzału, już po ośmiu dniach wojny do miasta wkroczyła armia armia III Rzeszy. Pamiętam te niekończące się kolumny młodych, rosłych mężczyzn, w butach z zelówkami podkutymi gwoździami, które potwornie grzmociły po kocich łbach. Szli tak obok siebie i pomyślałem, że im się nic nie oprze, oni zmiażdżą cokolwiek im na drodze stanie. Jak tylko przypominam sobie tę scenę, czuję ciarki przechodzące po kręgosłupie.


[Obrazek: -zbrodniabezkary.jpg]

/M.WP
The Phillrond napisał(a):(...)W moim umyśle nadczłowiekiem jawi się ten, kogo nie gnębi strach przed nieuniknionym i kto dąży do harmonijnego rozwoju ze świadomością stanu rzeczy
.
Odpowiedz
Cytat:Rząd PiS stworzył Polską Fundację Narodową po to, by — zgodnie z pragnieniem prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego — dbała o reputację Polski za granicą i przekonywała Zachód do kontrowersyjnych reform PiS. Pomysł Kaczyńskiego był prosty: ponieważ budżet państwa nie ma pieniędzy na taką działalność, to zapłacą za nią państwowe spółki. W ten sposób 17 największych spółek skarbu państwa — od bajecznie bogatego Orlenu po znacznie uboższe PKP — płaci składki na PFN. Oznacza to, że PFN finansujemy my wszyscy, np. kupując benzynę, płacąc za energię czy grając w totolotka.

Kłopot polega na tym, że znaczących efektów działań PFN jak nie było, tak nie ma — za to w kraju fundacja dała się poznać z kontrowersyjnej kampanii atakującej sędziów. Dwukrotna zmiana prezesa PFN wskazuje na to, że nawet obóz władzy zdaje sobie sprawę, że w fundacji nie wszystko działa jak należy.

[...]Jedną z podstawowych misji, jaką PFN miało wypełniać, była poprawa wizerunku Polski w USA. W tym celu fundacja podpisała umowę z waszyngtońską firmą White House Writers Group, specjalizującą się w PR, reklamie i doradztwie komunikacyjnym. Założyli ją Clark Judge, były doradca ds. komunikacji prezydenta Ronalda Reagana, oraz Philip Hughes, były urzędnik amerykańskiej administracji i ambasador USA na Barbadosie.

Polska Fundacja Narodowa nigdy nie ujawniła tej umowy. Jednak Onet skorzystał z amerykańskiego prawa, żeby do niej dotrzeć. Uchwalona jeszcze przed II wojną światową ustawa FARA nakłada na wszystkie amerykańskie firmy, organizacje, a nawet na prywatne osoby obowiązek składania rozliczeń z pieniędzy otrzymywanych z zagranicy.

Dlatego też WHWG skrupulatnie informuje Departament Sprawiedliwości USA o szczegółach swych rozliczeń z Polską Fundacją Narodową.

W serii publikacji we wrześniu na bazie tych dokumentów pokazaliśmy patologie w rozliczeniach między PFN a Amerykanami. Teraz mamy najnowszy raport ze współpracy PFN z White House Writer Group, obejmujący ostatnie półrocze.

Od maja do października PFN zapłaciła Amerykanom ponad 1,2 mln dol. (ponad 4,5 mln zł). Za co? Na wstępie swego raportu dla amerykańskich władz szef WHWG Clark Judge pisze np. o prowadzeniu na zlecenie PFN serwisów internetowych. Wymienia stronę PolandPerspectives.org, a także profile w mediach społecznościowych: @Polish_Fndtn na Twitterze oraz @HeartofPoland na Instagramie. Opisywaliśmy te profile we wrześniu — na całym świecie obserwowało je po kilkanaście czy kilkadziesiąt osób, w tym sami pracownicy WHWG.

Dziś sytuacja jest jeszcze gorsza. Otóż WHWG zlikwidowała wspomniane profile na Twitterze i Instagramie, chociaż wciąż wpisuje je do swych rozliczeń finansowych z PFN.

Do rozliczeń WGWH wpisuje też „wspieranie działań dyplomacji kulturalnej Konsula Generalnego RP w Nowym Jorku”, mimo że nowojorski konsul przegnał tę firmę na początku roku ze względu na mizerne efekty tej współpracy.

[...]W raportach dla Departamentu Sprawiedliwości WHWG podaje wszystkie swoje wydatki, za które płaci PFN, czyli polski podatnik. W najnowszym rozliczeniu — tak jak w poprzednich, opisywanych przez Onet — dużo jest wydatków na jedzenie w restauracjach położonych niedaleko siedziby WHWG w Waszyngtonie. To jednoznaczny dowód na to, że pracownicy tej firmy wciąż stołują się na koszt PFN. W tym półroczu nowe lokale to restauracje Dyllan’s Raw Bar Grill oraz Flavio, gdzie płaci się po ok. 50 dol. za posiłek. Nieco drożej jest w restauracji hotelu Ritz Carlton — 55-60 dol. Wszystkie te restauracje położone w odległości krótkiego spaceru od waszyngtońskiej siedziby WHWG.


https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-oneci...ej/ldbefe6
Odpowiedz
Nic śmieszniejszego dziś nie przeczytacie - Prof. Jędrzejko: Banaś jest mistrzem sztuk walki, jest inny niż 99,99 proc. z nas  Duży uśmiech
O Lord, bless this thy hand grenade, that with it thou mayest blow thy enemies to tiny bits in thy mercy.
Odpowiedz
https://wyborcza.pl/Jutronauci/7,165057,...a_Wyborcza


Cytat:...

Niepoprawne politycznie naigrawanie się z mniejszości seksualnych, innych ras, kobiet, niepełnosprawnych, chorych? Nie wypada, ale jest tego pełno. I nie tylko na marszach nacjonalistów, ale też w studiach telewizyjnych, w wykonaniu takich ulubieńców publiczności jak Filip Chajzer, który udaje na żywo, na wizji, w żenujący sposób atak paniki, jeśli nie całuje w programie przypadkowych kobiet bez ich zgody. A jeśli całuje, to potem przeprasza, ale wstydu po nim nie widać. Bo taka konwencja.

Obciachowy gust? Dwie pierwsze książki z bardziej żenującej niż erotycznej trylogii Blanki Lipińskiej rozeszły się w nakładzie przekraczającym 500 tys. egzemplarzy.

Niewiedza? Tysiące osób na kanale „Matura to bzdura” mają problem z pytaniami w rodzaju „gdzie leży Szczecin”, a na prośbę o wytłumaczenie, co oznacza „podaż”, odpowiadają ze śmiechem „podasz mi łapę”. Nikt ich nie złapał w ukrytej kamerze. Wiedzą, że zobaczą ich setki tysięcy ludzi – a jednak nie wyglądają na szczególnie zawstydzonych.

...

Fajny artykuł o zmianie społecznych konwencji, odczuwaniu wstydu, zjawisku shamingu i innych ciekawych rzeczach powiązanych ze zmianami cywilizacyjnymi. Jak na ostatnie arty Wyborczej, to bardzo dobry.
Sebastian Flak
Odpowiedz
Cytat:Nie ok. 242 zł, a co najmniej 299 zł płacilibyśmy w 2019 r. za megawatogodzinę (MWh), gdyby ceny prądu nie były zamrożone, a sprzedawcy energii elektrycznej nie mogli liczyć na rekompensaty. Tak wynika z szacunków URE.

URE podkreślił, że w 2019 r. sytuacja znacząco różniła się od lat poprzednich, kiedy regulator zatwierdzał określony poziom taryf, doszło bowiem do tzw. ustawowego zamrożenia cen na poziomie z czerwca 2018 r.

[...]Według szacunków URE ustalona zgodnie z rozporządzeniem wykonawczym do "ustawy prądowej" cena energii dla odbiorców końcowych w gospodarstwach domowych powinna w 2019 r. wynosić średnio od ok. 299 zł/MWh do ok. 313 zł/MWh, a maksymalnie nawet 330 zł/Mwh". Jak zaznaczył Urząd, w ten sposób w rozporządzeniu ustalono "quasi taryfę" dla gospodarstw domowych.

Można zatem powiedzieć, że gdyby nie tegoroczne dopłaty dla przedsiębiorstw energetycznych, to sprzedawcy, zgodnie z rozporządzeniem, na rachunkach dla odbiorców umieszczaliby ceny na takim właśnie poziomie - wskazał URE.


https://businessinsider.com.pl/twoje-pie...re/enhf1eq

Dziwi mnie ta cena prądu. 1 MWh to 1000 kWh. Jeśli 1 MWh kosztuje 300 zł, to 1 kWh wynosiłaby 0,3 zł. Co jest dziwne, bo parę lat temu było mi wiadomo, że 1 kwh łącznie z opłatami przesyłowymi kosztuje ok. 1 zł. Muszę sobie w rachunki zajrzeć.
Odpowiedz
https://www.rp.pl/Rzecz-o-historii/19121...akach.html

Wywiad z Delągiem o fabularyzowanym dokumencie pt. "Zrodzeni do szabli". Nowinka, bo film jest o husarii, szermierce i sarmatyzmie od tej fajniejszej strony. Czekam niecierpliwie.
Sebastian Flak
Odpowiedz
https://www.rp.pl/Dyplomacja/191219220-U...cobar.html

USA rozpoczęły wojnę celną z Wakandą XD
Sebastian Flak
Odpowiedz
Gawain napisał(a): https://www.rp.pl/Rzecz-o-historii/19121...akach.html

Wywiad z Delągiem o fabularyzowanym dokumencie pt. "Zrodzeni do szabli". Nowinka, bo film jest o husarii, szermierce i sarmatyzmie od tej fajniejszej strony. Czekam niecierpliwie.

Całkiem przyjemnie się to ogląda. Dobrze skalkulowali na co ich stać a na co nie i wykorzystali budżet chyba optymalnie.
"Dosyć — mówił — naszukałem się po lesie i ledwie tego smolnego pniaka zdybałem, ale czem wy, moje dzieci, będzieta kiedyś świecić, skoro lasy się umykają, i coraz trudniej o smolny kawałek drzewa?”.








Odpowiedz
Niestety nie widziałem, bo nie mam History, ale opis brzmi świetnie:

https://m.filmweb.pl/film/Zrodzeni+do+sz...1109/descs
Sebastian Flak
Odpowiedz
Ciekawy (uprzedzam - trochę długi) artykuł na temat walki o władzę, wpływy i pieniądze:


Cytat:Po zawiadomieniu Jarosława Kaczyńskiego prokuratura przez lata bezskutecznie szukała haków na organizatorów największych pokazów lotniczych w Polsce. W końcu zatrzymała trzech wysokich rangą oficerów na podstawie opinii, którą sporządził członek rady programowej PiS. Sąd nie pozostawił na niej i jej autorze suchej nitki.

[...]Komu i dlaczego mogło zależeć na zdyskredytowaniu wysokich rangą oficerów wojska i największych pokazów lotniczych w Polsce? Żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, czym jest ta impreza dla wojska, ale również dla miasta Radom.
Air Show to ogromne przedsięwzięcie. W jego organizację zaangażowane są setki osób i aż cztery podmioty publiczne, w tym: Dowództwo Sił Powietrznych, miasto Radom, Aeroklub Polski, Port Lotniczy Radom oraz operator finansowy współpracujący z wojskiem – wcześniej Targi Kielce, potem SWAT.
Wojsko nie mogło samodzielnie zorganizować tej imprezy, bo jak wyjaśnia to jeden z oficerów „pokazy mają promować lotnictwo. Zaprasza na nie dowództwo Sił Powietrznych, ale ustawowo wojsko nie może prowadzić działalności gospodarczej. Dlatego wybiera operatora finansowego. Ponieważ impreza jest biletowana, jej organizacja nie obciąża podatników”.

Do 2007 roku operatorem finansowym pokazów były Targi Kielce. Wojsko jednak zerwało z nimi współpracę, ponieważ pokazy przynosiły straty, a same Targi Kieleckie, nie kwapiły się, by regulować należności finansowe. To zdenerwowało gen. Andrzeja Błasika, ówczesnego dowódcę Sił Powietrznych, który w 2010 roku zginął w katastrofie smoleńskiej. Zerwał więc umowę z Targami Kielce. Wtedy wojsko zaczęło pilnie szukać innego podmiotu, który stałby się operatorem finansowym.

Ryszard Pietrzak: – Gen. Błasik mnie wezwał i zapytał: „Chcesz współorganizować Air Show”? Odpowiedziałem: „Mogę spróbować”. On: „Ale czy to mi zrobisz?” Odpowiedziałem: „Stanę na głowie, żeby było dobrze”. Od tego się zaczęło. Pierwsze pokazy współorganizowaliśmy w 2009 roku i po raz pierwszy Air Show przyniósł wtedy zysk.
Wybór gen. Błasika nie były przypadkowy. Stowarzyszenie SWAT działało na rynku od 2000 roku. Było znane w środowisku wojskowym z rzetelności organizacyjnej i skuteczności w szukaniu sponsorów.

[...]Śledztwo w sprawie Air Show prowadzone jest od 2015 r. Podstawą do jego wszczęcia był anonim, który dostał prezes PiS Jarosław Kaczyński i przekazał go do prokuratury. Jak twierdzą informatorzy Onetu, autorzy donosu są związani z radomskim układem, który sam chciał przejąć organizację tej imprezy. Tę informację potwierdziliśmy w kilku niezależnych źródłach.

Oficer znający kulisy sprawy: – W 2014 roku port lotniczy w Radomiu zgłosił pretensje, że SWAT został wybrany bez przetargu, oraz że pieniądze z pokazów nie są odprowadzane do Skarbu Państwa. Przypomnę, że one zostawały na subkoncie stowarzyszenia i służyły do organizacji następnej edycji. Potem osoby związane z radomskim układem wysłały do wojska sygnał, że sami chcą zostać operatorem finansowym. Mielibyśmy im za to płacić około 600 tys. zł brutto rocznie, a SWAT za to samo dostawał 25 tys. zł.

Inny wojskowy dodaje: – Osoby związane radomskim układem lokalno-politycznym za wszelką cenę chciały dostać pieniądze od wojska, bo port w Radomiu był zadłużony, deficytowy. Wtedy zaczęły spływać donosy. W konsekwencji śledztwo wszczęła prokuratura i prowadzi je od czterech lat.


https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-oneci...ow/s3ed6em
Odpowiedz
https://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,...oxWyboImg4

Ciekawy artykuł z płaczami menago, którzy teraz dostają po dupie od rynku pracy, do którego stworzenia sami się przyczynili.

Cytat:Ostatnio dostałam propozycję pracy jako HR manager w Nowym Dworze Mazowieckim za 8 tysięcy brutto. Rzecz jasna odmówiłam. Bo na rękę dostałabym 6 tysięcy złotych, a musiałabym za to zapierniczać jak nie wiadomo co.
Dopóki rodzimy się i umieramy, póki światło jest w nas, warto się wkurwiać, trzeba się wkurwiać! Wciąż i wciąż od nowa.
Odpowiedz
Cytat:Kilkuprocentowa dynamika wzrostu w ostatnich latach jest niewielka. – Większe dochody ostatnio przekładały się na wyższą zdolność kredytową, a jednocześnie spora grupa beneficjentów i wzrostu płac i transferów socjalnych miała niezaspokojone apetyty na konsumpcję wielu dóbr, które dotychczas były dla nich niedostępne. Część z nich zadłużała się nadmiernie starając się nadrobić zaległości i w ten sposób wpadała w spiralę zadłużenia. Nie z biedy, a z nadmiernej konsumpcji – tłumaczy Andrzej Kulik, dyrektor departamentu analiz rynkowych i komunikacji KRD.

[...]Według badań KRD BIG, najczęściej zaciągamy pożyczki na zakup domowego sprzętu AGD i RTV, a także remont domu i kupno pojazdu. Sporo osób zapożycza się także w celu spłaty wcześniejszych zobowiązać lub po, to by uregulować opłaty za czynsz lub media domowe.

Z obserwacji ekspertów KRD wynika, że prawie co czwarty Polak zaciągający pożyczkę nie ma w zwyczaju sprawdzać, czy jest w stanie ją spłacić. Dzieje się tak, gdyż kupujemy natychmiast rzecz, która w danym momencie wydaje się niezbędna. – W przypadku niewielkiej pożyczki, na pierwszy rzut oka, miesięczny budżet domowy nie wygląda źle. Jednak w połączeniu z często spotykanym brakiem zgromadzanych oszczędności taka, w najlepszym razie pobieżnie przemyślana, decyzja może prowadzić do poważnych kłopotów finansowych. Wystarczy kumulacja niepomyślnych zdarzań – miesiąc czy dwa z wyższymi niż zwykle wydatkami – tłumaczy w raporcie KRD BIG Joanna Rudzińska-Wojciechowska, psycholog ekonomiczny.

Z raportu KRD wynika, że kłopot ze spłatą zobowiązań dotknął blisko 30 proc. respondentów, a główną jego przyczyną są właśnie nieplanowane wcześniej wydatki. Kłopoty z długami mają przede wszystkim osoby, którym brakuje pieniędzy na opłacenie podstawowych rachunków i podstawowych zakupów. Utrata pracy i przecenienie własnych możliwości finansowych, to kolejne powody rosnącej spirali zadłużenia – podają eksperci Grupy Kruk. Kłopoty ze spłatą zobowiązań pogłębiają również takie wydarzenia jak rozwód lub choroba bliskiej osoby. Przyczyną zadłużenia bywa też... kupowanie niepotrzebnych rzeczy.

Według badań KRD, statystyczny Polak na spłatę wszystkich swoich zobowiązań musiałby przeznaczyć w całości swoje dwuletnie dochody. W przypadku osób aktualnie zadłużonych oraz mających problemy ze spłatą, okres ten wydłuża się o 4-6 miesięcy. Najczęściej wybieranym sposobem na poradzenie sobie ze spłatą jest przesunięcie jej na późniejszy termin (36 proc. ankietowanych) a 31 proc. ogranicza swoje wydatki i próbuje. Co czwarta osoba szuka pomocy u rodziny lub znajomych, a co piąta – podejmuje dodatkową pracę. Niewiele natomiast dłużników przyznaje się do własnych zaniedbań jako źródła finansowych kłopotów – braku kontroli nad innymi wydatkami lub wręcz niefrasobliwości przy zaciąganiu zobowiązań, z myślą, że „jakoś to będzie”.

- Wiele osób nieco bagatelizuje spłatę zadłużenia i zamiast spłacić ratę długu, woli w pierwszej kolejności zakupić na przykład sprzęt elektroniczny. A zatem nadal konsumenci mają problem z nadawaniem priorytetów różnym opłatom. Dopiero sąd lub komornik są w stanie skutecznie doprowadzić do spłaty zadłużenia – opowiada Agnieszka Salach.


https://businessinsider.com.pl/twoje-pie...je/fr61kdb
Odpowiedz
Ludwik Dorn - Nie chcą rządzić, chcą ocalić ludzkość. Przeprowadzą rewolucję.
Odpowiedz
https://papaya.rocks/pl/news/xenobot-pow...ANQNdESNkI

Krotkie info o xenobotach.



Na świecie pewne są tylko trzy rzeczy, śmierć, podatki i powrót Exetera na łono Ateisty.pl
Sebastian Flak
Odpowiedz
https://www.cozadzien.pl/radom/w-marcu-p...idRcOtAtLQ

Cytat:Przypomnijmy, prokuratura śledztwo wobec Danuty S., wszczęła 8 sierpnia 2017 roku. Dotyczy ono przekroczenia uprawnień i poświadczenia nieprawdy przez Danutę S., jako dyrektorkę III Liceum Ogólnokształcącego w Radomiu: w dokumentach szkolnych tj. w księdze zastępstw i dziennikach szkolnych zarówno III LO, jak i gimnazjum, które działają w budynku przy ulicy Traugutta.

Zawiadomienie o przestępstwie złożył prezydent miasta Radomia po kontroli jaką w obu szkołach przeprowadziły Biuro Kontroli i Wydział Edukacji Urzędu Miejskiego. Z tej dokumentacji wynikało, że Danuta S. w jednym czasie przeprowadzała zajęcia zarówno w liceum, jak i gimnazjum. Ustalono ponadto na podstawie dzienników lekcyjnych obu szkół, że 137 lekcji pokrywało się ze sobą.

Nauczyciele mają naprawdę przerąbane. Nie dość, że tyle godzin, to trzeba mieć jeszcze zdolność bilokacji. Ojciec Pio przy Pani Danucie to cienki bolek.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości