Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Stanisław Michalkiewicz – Najwybitniejszy hipokryta
#1
Artykuł przeniesiony z likwidowanej strony głównej naszego portalu; data publikacji: 17.06.2007

Stanisław Michalkiewicz to urodzony 8 listopada 1947 roku polski prawnik, eseista, publicysta i felietonista. Współpracownik „Najwyższego czasu!”, „Naszej Polski” oraz Radia Maryja. Wykładowca w Wyższej Szkole Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie oraz Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu (zainteresowanych innymi informacjami odsyłam do jego oficjalnej strony www.michalkiewicz.pl). Jest postacią znaną m.in. z kontrowersyjnych sformułowań i obraźliwych opinii. Co ciekawe, dla niektórych i tak pozostaje „najwybitniejszym publicystą”.
Miałam przyjemność (trzeba przyznać, że niezbyt dużą) poznać Stanisława Michalkiewicza osobiście podczas zajęć z polskiego systemu medialnego prowadzonych na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Został na nie zaproszony przez mgr Jerzego Szejnocha. Udowodnił wtedy, że pogłoski o jego wybitności nie są przesadzone – odnieść je jednak można nie tyle do Michalkiewicza – publicysty, co do Michalkiewicza – hipokryty, mistrza przewrotnej argumentacji urągającej logice.
Przedstawiając argumenty na rzecz postawionej wyżej tezy, posiłkować się będę słowami Michalkiewicza, które padły podczas dyskusji na wspomnianych już zajęciach, oraz artykułami z „Najwyższego czasu!”, na których bazowali dyskutanci. Niestety, przebieg rozmowy nie był rejestrowany w żadnej formie i zadecyduje to z pewnością o pewnej słabości tego tekstu, bowiem ewentualni czytelnicy będą zmuszeni zaufać mojej pamięci.
Punktem wyjścia naszej przemiłej konwersacji – warto nadmienić, że Michalkiewicz przed jej rozpoczęciem apelował o utrzymanie jej na w miarę wysokim poziomie - był felieton pana Stanisława „Adolf Hitler – patron Unii Europejskiej” dotyczący m.in. głośnej sprawy Alicji Tysiąc, opublikowany 31 marca 2007 roku w „Najwyższym czasie!” (nr 13 (880)). Padło w nim sformułowanie „działaczki organizacji na rzecz dzieciobójstwa, brzydkie kobiety o wypryskach zjełczałego tłuszczu na otyłych twarzach” (osoby nie posiadające takich samych intuicji jak twórca określenia informuję, że chodzi o feministki). Jedna ze studentek zapytała, czy zdaniem publicysty naprawdę można te słowa uznać za intelektualne wyżyny. Z pobłażliwym uśmiechem na ustach Michalkiewicz powiedział, że może i mógł „darować sobie” to stwierdzenie, jednak zna on jedną (!) feministkę, która jest brzydka i dlatego uważa on, że jest to cecha charakterystyczna wszystkich feministek. – które, swoją drogą, są nimi dlatego, że chcą zaleczyć swoje kompleksy. Zapytany widział tu bardzo wyraźny ciąg przyczynowo – skutkowy. Z żalem należy przyznać, że reszta dyskutantów – nie.
Pan Stanisław niejednokrotnie zaznaczył, ze uważa się za człowieka tolerancyjnego i obiektywnego – tym bardziej dziwi fakt przekładania przez niego wiedzy o jednej osobie na całą grupę. Ostatecznie w tym psychologowie społeczni widzą źródła stereotypów i uprzedzeń. Te zaś, jak wiadomo, nie idą w parze z tolerancją.
Z drugiej strony, psychologowie mogą się mylić – tej właśnie tezie hołduje „najwybitniejszy publicysta”. Stwierdzenie, że psychologia dla niego nauką nie jest, nie razi aż tak bardzo (sami psychologowie mają problemy z określeniem, czy uznać taką kwalifikację za trafną). Bawienie się jednak przez niego w psychologa z ulicy, którego to ideału nie powstydziliby się nawet ojcowie teorii atrybucji – Heider i Kelly, zakrawa na hipokryzję. Otóż o ile terapeuci, pracujący z homoseksualistami i próbujący pomóc im zaakceptować siebie oraz odnaleźć się w społeczeństwie, popełniają błąd i nie rozumieją ludzkiej psychiki (przecież jedyna słuszna droga to uświadomić gejom, że są chorzy i zaproponować leczenie!), to Michalkiewicz sekrety duszy i dojrzewania zgłębił znakomicie. Dzieci absolutnie nie powinny oswajać się z tematyką homoseksualizmu (w tym miejscu współpracownik Radia Maryja zdecydowanie potępił bajeczki z Zachodu, między innymi o księciu zakochanym w uroczym młodzieńcu) – bo stąd już tylko krok od zostania „homosiem”. Zapytany o przesłanki swej wiedzy (badania? statystyki? cokolwiek?), Michalkiewicz odpowiedział w stylu księdza Oko: „Przecież to oczywiste. To się po prostu wie”.
Homoseksualizm był jednym z głównych tematów rozmowy (odwoływano się głównie do artykułu „Tolerancja w stylu homo” Tomasza Kornasia; „Najwyższy czas!” nr 13 (880)). „Homosie” – Michalkiewicz uważa to określenie nie za obraźliwe, ale za „pieszczotliwe” – nie powinni mówić o sobie głośno i walczyć o swoje prawa. Oczywiście, normalny i zdrowy publicysta nie odbiera im prawa istnienia (ostatecznie taki jest tolerancyjny...), ale inni ludzie jakoś nie mają potrzeby opowiadać o swoich seksualnych praktykach. Bo czy któraś spośród broniących homoseksualistów studentek ma potrzebę wyjść na róg Nowego Świata i wykrzyczeć, czy lubi robić to po francusku albo od tyłu?! Zakładając, że nie, pan Stanisław wyciągnął z tego wniosek, że homoseksualiści mają niepoprawne poglądy. Zarzucony przez studentów pytaniami, co to znaczy „poprawne (lub nie) poglądy” oraz skąd czerpie pewność co do prawdziwości swojego własnego światopoglądu, pokornie przyznał, że może się oczywiście mylić („Ale pani też się może mylić! A pan skąd wie, że ma rację, hę?”Oczko, ale że istnieją dobre i złe poglądy, i że jego zdaniem on właśnie reprezentuje te pierwsze. W tym momencie dyskusja osiągnęła szczyty obiektywizmu – paradoksalnie stając się jałowa.
Stanisław Michalkiewicz jest zagorzałym obrońcą życia – zgwałcone nieletnie też powinny niechciane dzieci urodzić. Nie muszą ich przecież wychowywać, są domy dziecka (kto by się przejmował tym, jakie są psychologiczne konsekwencje takiego dzieciństwa i poczucia odrzucenia - widocznie warto żyć dla samej idei...). Więcej – zakładał, że nawet gdyby to jego nieletnią córkę zgwałcono, nadal stałby na stanowisku, że powinna ona zasmakować uroków macierzyństwa. Powołując się na wyrok Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu oraz na swoja tezę, że Hitler jest patronem UE, w swym felietonie napisał również: „(…Oczko Adolf Hitler, kontynuując tak zwany postępowy nurt europejskiego myślenia, a więc nurt nie hamowany żadnymi >nieracjonalnymi< zasadami, uznał, że jedni ludzie maja prawo do życia, a inni – niekoniecznie, jeśli tylko staną tym pierwszym na zawadzie. Wtedy nadczłowieki mogą te przeszkodę usunąć razem z osobą, która ją stwarza. Wyrok Trybunału w Strasburgu tę zasadę w całej rozciągłości potwierdza, różniąc się od Adolfa Hitlera jedynie w określeniu katalogu osób, których prawo do życia nie jest oczywiste”. Wobec takich poglądów absurdalna wydaje się postawa Michalkiewicza wobec kary śmierci, której jest przecież gorącym zwolennikiem. Posiłkując się wspomnianym już artykułem „Adolf Hitler – patron Unii Europejskiej” oraz tekstem „Kara śmierci jako akt miłosierdzia” Tomasza Kluski („Najwyższy czas!” nr 13 (880)) studenci próbowali dociec, jak zaproszony publicysta tłumaczy zaistniałą w jego poglądach – i widoczną niestety tylko dla pytających – sprzeczność. Zdaniem „najwybitniejszego” ciąży pod żadnym pozorem usunąć nie przystoi – bez względu na to, czy wiązać się to może z poważnym uszczerbkiem na zdrowiu matki, jej śmiercią czy powiciem kalekiego dziecka. Gdyby na aborcje pozwolić, co też powstrzymałoby nas przed zabiciem koleżanki z pracy, która nagle zaczęła przeszkadzać w karierze – pytał Michalkiewicz. Życie jest największą świętością i bez względu na wszystko trzeba go bronić (wyszło na to, że nawet kosztem drugiego, matki na przykład). Tymczasem ten sam publicysta upiera się przy stanowisku, ze kara śmierci jest świetnym remedium na zbrodnie zabójstwa i morderstwa. Pytany, czy przypadkiem nie jest to takie same szafowanie cudzym istnieniem, jak wspomniana już aborcja, twierdził, że akurat w przypadku przestępców mamy prawo decydować o ich losach. Nie ważne jest, czy podczas pobytu w więzieniu dojdzie do resocjalizacji; nie ważne, że sąd może się mylić i że wtedy nikt już nie wskrzesi niesłusznie skazanego – kara śmierci jest dla zbrodniarzy jedynym sposobem zbliżenia się do Pana Boga. Więcej – jest wyrazem miłosierdzia, bo przecież oczekującemu na egzekucję do końca towarzyszy ksiądz, przepełniony współczuciem i daleki od wydawania sądów („Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”?). Widocznie zdaniem pana Stanisława istnieją nie tylko dobre i złe poglądy, ale także co najmniej dwie grupy ludzi, z których tylko jedna może odgrywać rolę „nadczłowieków” (do niej zdaje się przynależeć, przynajmniej we własnym mniemaniu, Michalkiewicz) oraz przypisywać sobie – nagle zupełnie uzasadnione – prawo uśmiercania jednostek w pełni już ukształtowanych, które, pozostając w odosobnieniu, zdrowiu i życiu innych osób już nie zagrażają.
Trzeba Stanisławowi Michalkiewiczowi oddać sprawiedliwość, że bez wątpienia jest erudytą (bo również tan fakt nie umknął nikomu podczas dyskusji), że podczas bronienia swoich poglądów nie daje ponosić się emocjom, a jego dorobek literacki (osobiście uważam, że raczej w wymiarze ilości niż jakości) może niektórym wydawać się imponujący. Tym bardziej boli jednak to, że ludzie na wysokim – zdawałoby się – intelektualnym poziomie, pełni są uprzedzeń i nie potrafią zaakceptować czegoś tak oczywistego, jak wielość opinii i przekonań. Prawdopodobnie dla całkiem pokaźnego grona osób (choćby czytelników „Najwyższego czasu!”Oczko jest Michalkiewicz autorytetem – więcej jednak, niż nietolerancyjności, pobłażliwej pogardy dla inności, swoistego ograniczenia poznawczego i hipokryzji, przejąć od niego nie można.

Justyna Grzegorczyk
Odpowiedz
#2




O wizycie Trumpa, "reformie" sądownictwa i podatku paliwowym. Bardzo fajnie gada, polecam.
Między Wschodem a Zachodem odnajdziemy swoją drogę
---
Odpowiedz
#3
http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3990

Cytat:Tempus fugit, a czas ucieka – jak powiadają niespełnieni miłośnicy klasycznego wykształcenia – toteż nic dziwnego, że i na odcinku kombinacji operacyjnych w Polsce nastąpiło wyraźne przyspieszenie. Skoro Donald Trump podczas wizyty w Warszawie udzielił „wsparcia” projektowi „Trójmorza”, to w Niemczech zrozumieli, że nie ma co czekać, bo albo wóz – albo przewóz. Zrealizowanie bowiem projektu „Trójmorza”, a więc politycznego porozumienia państw obszaru Europy Środkowej ze Stanami Zjednoczonymi jako protektorem, oznaczałoby trwałe osłabienie hegemonii Niemiec w Europie i fiasko planów budowania IV Rzeszy środkami pokojowymi, w które Niemcy tyle już zainwestowały. Państwa Europy Środkowej, korzystając również z siły Stanów Zjednoczonych, nie tylko rozwarłyby zaciskające się obecnie wokół nich szczęki imadła w postaci strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, ale też zablokowałyby niemiecki projekt „Mitteleuropa” z roku 1915, który po 1 maja 2004 roku jest na tym obszarze intensywnie wdrażany. Jak wiadomo, przewidywał on ustanowienie na tym obszarze państw pozornie niepodległych, ale de facto – niemieckich protektoratów o gospodarkach niekonkurencyjnych, tylko peryferyjnych i uzupełniających gospodarkę niemiecką. Warto dodać, że utworzenie „Trójmorza” leży również w interesie USA. Niemcy bowiem po roku 1990 stały się do spółki z Francją, wyznawcami politycznej doktryny „europeizacji Europy”, to znaczy delikatnego – bo nie ma tu na razie miejsca na żadne gwałtowne ruchy – ale cierpliwego i metodycznego wypychania Stanów Zjednoczonych z europejskiej polityki, a zwłaszcza – z funkcji kierownika tej polityki. Niemcy bowiem nie zapomniały, że na skutek dwukrotnego wtrącenia się Ameryki do europejskiej polityki, przegrały dwie ważne dla nich wojny, które mogły przecież wygrać. Dlatego nie życzą sobie obecności USA w europejskiej polityce, zwłaszcza, jako jej kierownika. Motywy Francji są bardziej skomplikowane, ale o to mniejsza. Stany Zjednoczone z kolei wcale nie zamierzają pozwolić na wypchnięcie ich z europejskiej polityki – ale w tym celu muszą mieć tu obszar, na którym mogłyby pewnie postawić stopy. I „Trójmorze” jest właśnie takim obszarem. Zatem wsparcie projektu „Trójmorza” przez Stany Zjednoczone nie jest jakimś bezinteresownym gestem, tylko realizowaniem własnego mocarstwowego interesu, którym tym razem wychodzi naprzeciw interesom państw regionu Europy Środkowej. Toteż nic dziwnego, że Niemcy gotowe są zrobić wszystko, albo prawie wszystko, by doprowadzić do przesilenia politycznego w Polsce, w następstwie którego na pozycję lidera politycznej sceny powróciłaby ekspozytura Stronnictwa Pruskiego w postaci Platformy Obywatelskiej. Stojący na jej czele pan Grzegorz Schetyna w podskokach wykonałby każdy rozkaz Naszej Złotej Pani, a hołd pruski w Berlinie składałby w pozycji już nawet nie klęczącej, tylko leżącej.

Na mój chłopski rozum Michalkiewicz w tej części swojego tekstu ocenił trafnie bieżące wydarzenia polityczne.

Moim zdaniem byłoby fajnie stać się w Europie podporą dla amerykańskiej polityki tylko nie wiem czy PiS umiałby to zrealizować - w dodatku tak, żeby to było z obopólną korzyścią, a nie że tylko Amerykanie by na tym zyskali. Osłabienie Niemiec i Rosji przy jednoczesnym wzmocnieniu Polski byłoby koncepcją słuszną tylko nasz kraj musiałby mieć jakiś normalny rząd. Szkoda, że PO to dupolizy Niemców, a PiS to zachłanni na władzę i wpływy niezbyt subtelni, toporni politycy.

Kaczyński i PiS, którzy są mistrzami samozaorania, autokompromitacji i polityki nieudolnej rządzą w taki sposób, że zaraz nikt nie będzie chciał z nami gadać i traktować nas poważnie.

Z drugiej strony mamy do wyboru w miarę dobrze (na tle PiSu) rządzącą PO, która jednak jest taką proniemiecką przybudówką.

Chyba najlepsza byłaby partia taka jak PO, ale bez tej proniemieckości (i bez prorosyjskości oczywiście). Taka partia mogłaby dla Polski ugrać najwięcej.

I o ile zawsze powinniśmy być w dobrych relacjach z Niemcami, to powinniśmy mieć na nich mocny środek nacisku w postaci możliwości alternatywnego sojuszu z USA.
Między Wschodem a Zachodem odnajdziemy swoją drogę
---
Odpowiedz
#4
(23.07.2017, 19:58)lumberjack napisał(a): Moim zdaniem byłoby fajnie stać się w Europie podporą dla amerykańskiej polityki....

Możesz rozwinąć to zdanie?
Jakiej polityki amerykańskiej?
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#5
(24.07.2017, 10:12)Sofeicz napisał(a): Możesz rozwinąć to zdanie?
Jakiej polityki amerykańskiej?

Jeśli Niemcy dążą do uniezależnienia się od polityki amerykańskiej i jeśli Amerykanie chcą mieć wpływ na politykę w Europie, to muszą mieć sojusznika. Moglibyśmy być takimi sojusznikami za cenę wsparcia technologicznego i zacieśnienia więzów handlowych (tak jak Izrael).

Myślę, że to byłoby lepsze dla całej Europy niż monopol władzy w rękach Niemiec. Gdyby Niemcy chciały za bardzo bratać się z Rosjanami Ameryka mogłaby wzmocnić Polskę przy obopólnej korzyści. Już teraz widać, że w branży energetyczno-politycznej bliżej nam do interesów amerykańskich niż niemiecko-rosyjskich.

Jeśli PO to stronnictwo pruskie, PiS antypruskie, teoretycznie propolskie, a praktycznie trochę prorosyjskie, to ja jestem stronnictwo pruskoneutralne i proamerykańsko-żydowskie. Przynajmniej na chwilę obecną.

Wolałbym, żeby Polska była krajem i politycznie i gospodarczo konkurencyjnym dla Niemiec; żeby miała gospodarkę konkurencyjną zamiast być przybudówką dopełniającą gospodarkę niemiecką. Potencjał mamy i przy innych politykach niż obecnie + przy wsparciu ze strony USA moglibyśmy to zrealizować.

W sumie to powinno się teraz wspierać hegemonię Niemiec. Im większy zakres hegemonii tym bardziej USA zechcą ją ograniczyć.
Między Wschodem a Zachodem odnajdziemy swoją drogę
---
Odpowiedz
#6
Primo - Niemcy blisko, USA daleko. Szukanie sobie dalekich sojuszników, a konfliktowanie sąsiadów, to część naszego garbu historycznego.

Secundo - dlaczego przyjazne stosunki ze swoim największym i najbogatszym sąsiadem są złe? Machanie im ciągle przed nosem swastyką jest przeciwskuteczne. Trzeba swoją narrację prezentować inteligentnie a nie po chamsku.

Tertio - Sytuacja gospodarcza się zmienia. Polska powoli, bez szumu zdobywa całe branże europejskiego tortu (meble, przewozy, okna, owoce etc.) Tylko tak można sobie wyrobić pozycję negocjacyjną, a nie tromtadracją bez pokrycia.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
#7
Quatro – każdy roztropny biznesmen to wie i rozumie, że jeśli o władzę żreją się dwa stronnictwa, to datki wpłacać należy na konto jednego i drugiego, równocześnie, a kiedy sytuacja się wreszcie wyklaruje, złożyć adres wiernopoddańczy zwycięzcom: "no przecież was popierałem!".

Dlatego z jednej strony należy kontynuować linię proniemiecką, z drugiej, uparcie i drobnymi krokami montować Trójmorze. A kiedy przyjdzie przesilenie, przyjąć surową twarz Prezydenta i przekonać się, który z protektorów oferuje lepsze warunki.
In my spirit lies my faith
Stronger than love and with me it will be
For always
- Mike Wyzgowski & Sagisu Shiro
Odpowiedz
#8
(25.07.2017, 13:40)Sofeicz napisał(a): Primo - Niemcy blisko, USA daleko.

Oj tam oj tam - im większy rozwój techniki tym mniejsze znaczenie ma odległość. Odległość będzie miała coraz mniejsze znaczenie.

(25.07.2017, 13:40)Sofeicz napisał(a): Szukanie sobie dalekich sojuszników, a konfliktowanie sąsiadów, to część naszego garbu historycznego.

Nie chcę konfliktować sąsiadów. Neutralność wobec Niemiec nie oznacza chęci konfliktowania się. Oznacza zasadę ograniczonego zaufania.

(25.07.2017, 13:40)Sofeicz napisał(a): Secundo - dlaczego przyjazne stosunki ze swoim największym i najbogatszym sąsiadem są złe?

Nie wiem, wcale nie pragnę złych relacji.

(25.07.2017, 13:40)Sofeicz napisał(a): Machanie im ciągle przed nosem swastyką jest przeciwskuteczne.

Nie my im machamy, tylko Żydy. I niech se machają, bo dobrze robią.

(25.07.2017, 13:40)Sofeicz napisał(a): Trzeba swoją narrację prezentować inteligentnie a nie po chamsku.

Jasne, że tak. Inteligentnie i subtelnie.

(25.07.2017, 13:40)Sofeicz napisał(a): Tertio - Sytuacja gospodarcza się zmienia. Polska powoli, bez szumu zdobywa całe branże europejskiego tortu (meble, przewozy, okna, owoce etc.) Tylko tak można sobie wyrobić pozycję negocjacyjną, a nie tromtadracją bez pokrycia.

A mi się wydaje, że w polityce Niemiec Polska gospodarka ma pełnić tylko rolę przybudówki do gospodarki niemieckiej. Wspomniałeś o przewozach - rzeczywiście polskie firmy transportowe zdominowały i dosłownie "zjadły" całą europejską konkurencję. Czy wyrobiliśmy sobie pozycję negocjacyjną? Z tego co wiem Niemcy i Francja zmówiły się, by tirowcy z polskich firm, znajdujący się na terenie Francji i Niemiec, musieli mieć taką samą stawkę co kierowcy niemieccy i francuscy. Używają państwowego przymusu wobec polskich firm, by uczynić je niekonkurencyjnymi wobec firm niemieckich i francuskich. Jeśli mam być szczery, to wydaje mi się, że oni nie chcą byśmy byli silni. I jakoś nie boją się o to czy te ich decyzje pogorszą stosunki z polskim sąsiadem.

(25.07.2017, 15:01)ErgoProxy napisał(a): Quatro – każdy roztropny biznesmen to wie i rozumie, że jeśli o władzę żreją się dwa stronnictwa, to datki wpłacać należy na konto jednego i drugiego, równocześnie, a kiedy sytuacja się wreszcie wyklaruje, złożyć adres wiernopoddańczy zwycięzcom: "no przecież was popierałem!".

Dlatego z jednej strony należy kontynuować linię proniemiecką, z drugiej, uparcie i drobnymi krokami montować Trójmorze. A kiedy przyjdzie przesilenie, przyjąć surową twarz Prezydenta i przekonać się, który z protektorów oferuje lepsze warunki.

Dokładnie o to mi chodzi. Najlepiej dla nas by było gdyby Niemcy i USA rywalizowały o Polskę. Bo to tak samo jak z rynkiem pracodawców i pracowników. Kiedy było tak, że pracodawca miał wielu niewykwalifikowanych pracowników. Mógł mieć ich w dupie i powiedzieć, że jak się nie podoba, to wypad, na to miejsce czeka stu innych. Teraz pracowników w ogóle jest mniej i braknie ich, nie wspominając o tych lepiej wykwalifikowanych. O tych ostatnich teraz sami pracodawcy zabiegają i nagle pracownik może mieć coś do powiedzenia, nagle może w pewnym stopniu dyktować warunki. Teraz jesteśmy świadkami jak Polska staje się takim coraz bardziej wykwalifikowanym pracownikiem, a na horyzoncie pojawił się właśnie drugi "pracodawca", obok dotychczasowego jedynego.
Między Wschodem a Zachodem odnajdziemy swoją drogę
---
Odpowiedz
#9









Gościu bardzo ciekawie i mądrze gada, zwłaszcza w tym drugim filmiku, w części o reparacjach wojennych dla Niemiec i o tym jaką rolę reparacyjne roszczenia mają odgrywać w polityce PiSu. Gdzieś tak od 4:30 Polecam wszystkim zainteresowanym polityką.
Między Wschodem a Zachodem odnajdziemy swoją drogę
---
Odpowiedz
#10
Wściekłe macice będą zapładniane przez bataliony Wojsk Obrony Terytorialnej





Komitet Obrony Demokracji przed Komitetem Obrony Demokracji

"Gdy kobieta osiąga orgazm z mężczyzną, kolaboruje z systemem patriarchalnym, erotyzując tylko opresję, której ulega."

 - Sheila Jeffreys, profesorka nauk politycznych na Uniwersytecie w Melbourne w Australii, feministka i lesbijka.

Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości