Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Informacje
Socjopapa napisał(a): Wiesz, tu nie bardzo jest o czym dyskutować. No chyba, że chcemy na poważnie dyskutować o tym, że praca księgowych, marketingowców, logistyków, prawników ( Duży uśmiech) itd., itp. jest dla pozoru.

Wydaje mi się, że pomyliłeś ZaKotełowe "wytwarza" z marksistowskim "produkuje". Jest chyba oczywistą oczywistością, że wyżej wymienione zawody wytwarzają wartość dodatnią dla pracodawcy. Nawet jeżeli ta wartość polega na tym, że on sam nie musi zajmować się księgowością, marketingiem i logistyką. Czy czymś tam jeszcze. Dodatkowo taka zatrudniona osoba może wykonywać te czynności lepiej niż sam szefuńcio, w końcu oczekujemy, że tego się specjalnie uczyła. Mimo to nie dostanie ona za to pensji jak szefuńcio. Ani takiej, jaką musiałby zapłacić przykładowo zewnętrznemu doradcy prawnemu.
Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Spoiler!
Koh 3:1-8 (edycje własne)
Odpowiedz
żeniec napisał(a): To może zrób eksperyment. Najpierw idź do sklepu i nie kup chleba, ale też za chleb nie zapłać. A potem spróbuj nie skorzystać z usług państwa, ale też nie zapłać podatków. Porównaj konsekwencje.
To zbyt niekomfortowy eksperyment. Żeby nie korzystać z usług państwa, należy niczego nie sprzedawać ani nie kupować, ani też nie być posiadaczem ziemi - własność i transakcje  są bowiem objęte ochroną państwa i to, że możesz coś kupić i sprzedać bez zostania od razu obrabowanym właśnie jest usługą, za którą się płaci. Aby więc z takich usług nie korzystać, należy wleźć na słup i tam się tylko modlić, a żywic się dobrowolnymi datkami od życzliwych ludzi. I wtedy można legalnie państwu nie płacić ani grosza. Jednakże nie polecam takiego stylu życia ani sam nie mam ochoty go prowadzić nawet przez dobę.

żeniec napisał(a): No i nie, albo specjalnie naginasz pojęcia, żeby dyskusja się rozlazła. Żeby zabranie i rozdanie było wymianą handlową, a nie rabunkiem i jałmużną, trzeba jeszcze coś powiedzieć o dogadaniu się.
No niby tak. Tylko że czasem to dogadanie jest domyślne - jeżeli wsiadasz do tramwaju, to uznajemy, że zgadzasz się zapłacić za przejazd według taryfikatora. A jeśli ci się nie podoba, to nie wsiadasz. A jeśli wsiadasz w umowę prawnie wiążącą (np. kupna-sprzedaży) to uznajemy, że zgadzasz się na cenę tej czynności  wyznaczoną przez gwaranta przestrzegania tej umowy. I znów, jeśli ci się nie podoba, to jej nie zawierasz. Zauważ, że umowy na gębę, np. że dasz śwagrowi flaszkie za skoszenie trawnika, nie są opodatkowane - tylko że wtedy rezygnujesz z możliwości prawnej egzekucji tej umowy.

Socjopapa napisał(a): Nie można, skoro to nie są porównywalne sytuacje. W jednym stanie faktycznym mamy czynnik pn. weryfikacja ekonomiczna, a w drugim go nie ma.
No jak nie ma, jak jest? Państwa z niekompetentnymi urzędnikami przegrywają w konkurencji z państwami z kompetentnymi urzędnikami. A klienci emigrują od pierwszych do drugich, nigdy odwrotnie.

P.S. co oznacza, że jeśli nie lubimy imigrantów, należy wybrać sobie maksymalnie niekompetentnych urzędników, wtedy w dłuższej perspektywie łatwo ich unikniemy.
Odpowiedz
Cytat:Aby więc z takich usług nie korzystać, należy wleźć na słup i tam się tylko modlić, a żywic się dobrowolnymi datkami od życzliwych ludzi.
Daremne żale, słup okazałby się pewnie jest samowolką budowlaną ściganą przez państwo, a datki musiały by być zgłoszone odpowiednim organom.

Kiedyś były Dzikie Pola, a teraz .....?
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
ZaKotem napisał(a): To zbyt niekomfortowy eksperyment. Żeby nie korzystać z usług państwa, należy niczego nie sprzedawać ani nie kupować, ani też nie być posiadaczem ziemi - własność i transakcje  są bowiem objęte ochroną państwa i to, że możesz coś kupić i sprzedać bez zostania od razu obrabowanym właśnie jest usługą, za którą się płaci. Aby więc z takich usług nie korzystać, należy wleźć na słup i tam się tylko modlić, a żywic się dobrowolnymi datkami od życzliwych ludzi. I wtedy można legalnie państwu nie płacić ani grosza. Jednakże nie polecam takiego stylu życia ani sam nie mam ochoty go prowadzić nawet przez dobę.
O ile słup też nie jest państwowy. Czasami przed kapitanem państwo nawet na słup nie uciekniesz, zwłaszcza jeśli państwo tak mocno troszczy się o swoich obywateli, że aby się na swój komfort nie targnęli zbyt drastycznie, to się ich zamyka w obozach pracy i innych rozrywek.

ZaKotem napisał(a): No niby tak. Tylko że czasem to dogadanie jest domyślne - jeżeli wsiadasz do tramwaju, to uznajemy, że zgadzasz się zapłacić za przejazd według taryfikatora. A jeśli ci się nie podoba, to nie wsiadasz. A jeśli wsiadasz w umowę prawnie wiążącą (np. kupna-sprzedaży) to uznajemy, że zgadzasz się na cenę tej czynności  wyznaczoną przez gwaranta przestrzegania tej umowy. I znów, jeśli ci się nie podoba, to jej nie zawierasz. Zauważ, że umowy na gębę, np. że dasz śwagrowi flaszkie za skoszenie trawnika, nie są opodatkowane - tylko że wtedy rezygnujesz z możliwości prawnej egzekucji tej umowy.
Czyli nie niby, tylko tak po prostu.

Można jeszcze się zastanowić, co w sytuacji, gdy domyślnie nie ma gdzie i jak uciec i tylko obóz czeka. Lub domyślnie zakłada się kamasze i wysyła na drugi koniec świata strzelać do ludzi po wygraniu na loterii.
Odpowiedz
bert04 napisał(a): Wydaje mi się, że pomyliłeś ZaKotełowe "wytwarza" z marksistowskim "produkuje". Jest chyba oczywistą oczywistością, że wyżej wymienione zawody wytwarzają wartość dodatnią dla pracodawcy.

Gdzieś się chyba nie zrozumieliśmy. To co wytwarza robotnik to nie jest produkt, który sprzedaje pracodawca. Produkt to jest to co powstaje z połączonych mocy produkcji, marketingu, HR, działu prawnego, podatkowego, reklamacji itd., itp. więc bzdurna jest teoria jakoby pracodawca zabierał coś robotników, sprzedawał to i potem część mu oddawał. Szczególnie, że pracodawca musi zapłacić nawet gdy nie uda mi się nic sprzedać.

bert04 napisał(a): Mimo to nie dostanie ona za to pensji jak szefuńcio.

W końcu ani nie znalazł się w firmie tak jak szefuńcio, ani nie robi tego co szefuńcio, więc dlaczego miałby dostawać taką samę pensję?

bert04 napisał(a): Ani takiej, jaką musiałby zapłacić przykładowo zewnętrznemu doradcy prawnemu.

Akurat zewnętrzne doradztwo prawne jest często tańsze niż wewnętrzne.

ZaKotem napisał(a): umowy na gębę, np. że dasz śwagrowi flaszkie za skoszenie trawnika, nie są opodatkowane - tylko że wtedy rezygnujesz z możliwości prawnej egzekucji tej umowy.

Ależ jest. A swoją drogą to nie - za ochronę prawną płacisz jak chcesz z niej skorzystać. To się nazywa koszty procesu i koszty egzekucyjne.

ZaKotem napisał(a): No jak nie ma, jak jest? Państwa z niekompetentnymi urzędnikami przegrywają w konkurencji z państwami z kompetentnymi urzędnikami. A klienci emigrują od pierwszych do drugich, nigdy odwrotnie.

No tak jakby nie. Mobilność między krajami nijak nie daje się przyrównać do mobilności między przedsiębiorstwami (z wielu względów), a i tak Kapitan Państwo uważa, że jest jeszcze za duża, więc wymyśla exit taxy i rezydencje podatkowe.
"All great men should be haunted by the fear of not living up to their potential.
All loyal men should be haunted by the fear of not having done enough for their country.
All honourable men should be haunted by the fear of not having lived a life worthy of those men who came before us." Sigurd
Odpowiedz
Socjopapa napisał(a): Gdzieś się chyba nie zrozumieliśmy. To co wytwarza robotnik to nie jest produkt, który sprzedaje pracodawca. Produkt to jest to co powstaje z połączonych mocy produkcji, marketingu, HR, działu prawnego, podatkowego, reklamacji itd., itp. więc bzdurna jest teoria jakoby pracodawca zabierał coś robotników, sprzedawał to i potem część mu oddawał.

Istotnie się nie zrozumieliśmy, ale kładę to na karb... "zwięzłości" Twoich dotychczasowych wypowiedzi. Być może moja interpretacja tego, co masz na myśli, nie trafiła.

W każdym bądź razie to wszystko powyższe się zgadza, ale nie przeczy też tezie, że właściciel firmy oczekuje od swoich pracowników, że suma wartości ze sprzedaży tego "produktu" wystarczy na utrzymanie firmy, w tym na płace pracowników. Jeżeli ten rachunek się nie zgadza, to albo redukuje się koszty (w tym, liczbę pracowników), albo firma upada. Model ZaKoteła jest uproszczony do bólu, ale nie widzę w nim nic niewłaściwego w kontekście rozmowy.

Cytat:Szczególnie, że pracodawca musi zapłacić nawet gdy nie uda mi się nic sprzedać.

Także zewnętrznemu doradcy prawnemu płaci się zasadniczo za usługę, za jej jakość, a nie za to, czy jego pismo odniosło pożądany skutek.

Cytat:W końcu ani nie znalazł się w firmie tak jak szefuńcio, ani nie robi tego co szefuńcio, więc dlaczego miałby dostawać taką samę pensję?

No dla niczego. Zwłaszcza, że - zakładając, że mamy do czynienia z prywatnym biznesem - nie ponosi tego samego ryzyka.

Cytat:Akurat zewnętrzne doradztwo prawne jest często tańsze niż wewnętrzne.

Być może, ale to nie jest przedmiotem sporu. Jeżeli doradztwo prawne jest "zewnętrzne", to chyba też w formie firmy doradczej, prawniczej, adwokackiej. I wewnątrz tej firmy działa wszystko to, co opisaliśmy powyżej: właściciel sprzedaje usługi swoich radców prawnych innym firmom, a z tych pieniędzy uzyskanych opłaca im pensje.
Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Spoiler!
Koh 3:1-8 (edycje własne)
Odpowiedz
bert04 napisał(a): W każdym bądź razie to wszystko powyższe się zgadza, ale nie przeczy też tezie, że właściciel firmy oczekuje od swoich pracowników, że suma wartości ze sprzedaży tego "produktu" wystarczy na utrzymanie firmy, w tym na płace pracowników.

No, ale to nie jest to co ZaKotem napisał. Pracodawca bierze składniki a,b,c,d i płaci za nie. Do kupionych składników dokłada czynnik y (organizacyjny, renomy rynkowej itd.) i stara się go sprzedać z zyskiem. Jeśli się uda to fajno, bo ponownie kupi składniki a,b,c,d i za nie zapłaci.

Natomiast ZaKotem twierdził, że pracodawca bierze składnik a nie płacąc za niego, nic do niego nie dokłada i jak uda mu się sprzedać to część zysku ze sprzedaży oddaje temu co zrobił produkt.

No to jest istotna różnica. Taka jak między pośrednikiem nieruchomości, któremu się trafiło, że klient miał już klienta na nieruchomość i pośrednik ograniczył się do zgarnięcia prowizji, a Januszem co zasuwał do Bułgarii kupować dywany, żeby je sprzedawać w Polsce.

bert04 napisał(a): Być może, ale to nie jest przedmiotem sporu. Jeżeli doradztwo prawne jest "zewnętrzne", to chyba też w formie firmy doradczej, prawniczej, adwokackiej. I wewnątrz tej firmy działa wszystko to, co opisaliśmy powyżej: właściciel sprzedaje usługi swoich radców prawnych innym firmom, a z tych pieniędzy uzyskanych opłaca im pensje.

Są dwie możliwości:

1. albo nie ma różnicy między pośrednikiem a Januszem z mojego porównania powyżej i wszyscy prawnicy "robiący" dla kancelarii są debilami, bo zwiększają sobie niepotrzebnie koszty albo
2. nie rozumiesz różnicy między pośrednikiem a Januszem.
"All great men should be haunted by the fear of not living up to their potential.
All loyal men should be haunted by the fear of not having done enough for their country.
All honourable men should be haunted by the fear of not having lived a life worthy of those men who came before us." Sigurd
Odpowiedz
Socjopapa napisał(a): No, ale to nie jest to co ZaKotem napisał. Pracodawca bierze składniki a,b,c,d i płaci za nie. Do kupionych składników dokłada czynnik y (organizacyjny, renomy rynkowej itd.) i stara się go sprzedać z zyskiem. Jeśli się uda to fajno, bo ponownie kupi składniki a,b,c,d i za nie zapłaci.

Natomiast ZaKotem twierdził, że pracodawca bierze składnik a nie płacąc za niego, nic do niego nie dokłada i jak uda mu się sprzedać to część zysku ze sprzedaży oddaje temu co zrobił produkt.

No nie. ZaKotem nie twierdzi, że pracodawca nic nie dokłada. Natomiast twierdzi, że pracodawca w skali firmy dokłada taką właśnie wartość do wartości pracy swoich pracowników, jaką w skali społeczeństwa państwo dokłada do wartości pracy swoich obywateli.
Odpowiedz
ZaKotem napisał(a): No nie. ZaKotem nie twierdzi, że pracodawca nic nie dokłada. Natomiast twierdzi, że pracodawca w skali firmy dokłada taką właśnie wartość do wartości pracy swoich pracowników, jaką w skali społeczeństwa państwo dokłada do wartości pracy swoich obywateli.
No właśnie nie do końca taką dokłada, bo takiej dokładać nie musi. Skoro mobilność między państwami jest ograniczona, tzn. obywatel państwa musi ponieść pewien duży koszt, aby państwo zmienić, to państwo może pozwolić sobie na zmarnowanie kwoty mniejszej niż ten koszt, aby obywatelowi nie opłacało się zmieniać. Stąd też instytucje państwowe są piekielnie rozrzutne.

Co innego firmy prywatne – zarówno konsumenci, jak i pracownicy tych firm mają stosunkowo dużą mobilność. Dlatego taka firma musi optymalizować zarządzanie swoimi zasobami znacznie bardziej niż państwo. Oczywiście firmy również próbują ograniczyć mobilność konsumentów (niekompatybilne standardy), jak i pracowników (próby przywiązania emocjonalnego) jednakże nie mają ku temu takich środków jak państwa.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
Socjopapa napisał(a): No, ale to nie jest to co ZaKotem napisał. Pracodawca bierze składniki a,b,c,d i płaci za nie. Do kupionych składników dokłada czynnik y (organizacyjny, renomy rynkowej itd.) i stara się go sprzedać z zyskiem. Jeśli się uda to fajno, bo ponownie kupi składniki a,b,c,d i za nie zapłaci.

Natomiast ZaKotem twierdził, że pracodawca bierze składnik a nie płacąc za niego, nic do niego nie dokłada i jak uda mu się sprzedać to część zysku ze sprzedaży oddaje temu co zrobił produkt.

W kontekście porównania stosunku pracodawcy / pracownika i obywatela / urzędnika ta różnica wydaje mi się nieistotna. A jeżeli już ograniczymy się do tego pierwszego, to jednak to pracownik najpierw wytwarza dla pracodawcy swoją wartość dodatnią. Jeżeli jego miejscem pracy jest budka z frytkami, to przychód jest natychmiastowy, jeżeli natomiast pracuje w kancelarii adwokackiej, to pewnie dopiero po wystawieniu pierwszej faktury klientowi, niemniej niezależnie od modelu biznesowo-finansowego firmy, pieniądze za swoją pracę dostanie najszybciej z miesięcznym opóźnieniem.

Cytat:No to jest istotna różnica. Taka jak między pośrednikiem nieruchomości, któremu się trafiło, że klient miał już klienta na nieruchomość i pośrednik ograniczył się do zgarnięcia prowizji, a Januszem co zasuwał do Bułgarii kupować dywany, żeby je sprzedawać w Polsce.

Przepraszam bardzo, ale pośrednik nieruchomości "któremu się trafiło" to taki sam ewenement, jak Janusz "któremu się trafiło", że dywan który kupił dla siebie bez chęci zysku znalazł przypadkowo klienta w kraju. Nie wyobrażam sobie, że biznes-plan maklera nieruchomości może bazować na "czekam, aż mój klient sam sobie znajdzie kupca licząc na to, że nie pominą mnie przy płaceniu prowizji".

Cytat:Są dwie możliwości:

1. albo nie ma różnicy między pośrednikiem a Januszem z mojego porównania powyżej i wszyscy prawnicy "robiący" dla kancelarii są debilami, bo zwiększają sobie niepotrzebnie koszty albo
2. nie rozumiesz różnicy między pośrednikiem a Januszem.

Wiem mniej więcej, o co Ci chodzi i nawet zgadzam się co do zasady, że jednak model pracownika jest bardziej skomplikowany, niż prosty model handlu wymiennego. Ale dla mnie to marudzenie na wysokim poziomie.
Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Spoiler!
Koh 3:1-8 (edycje własne)
Odpowiedz
zefciu napisał(a): No właśnie nie do końca taką dokłada, bo takiej dokładać nie musi. Skoro mobilność między państwami jest ograniczona, tzn. obywatel państwa musi ponieść pewien duży koszt, aby państwo zmienić, to państwo może pozwolić sobie na zmarnowanie kwoty mniejszej niż ten koszt, aby obywatelowi nie opłacało się zmieniać. Stąd też instytucje państwowe są piekielnie rozrzutne.
Założenie, że np. przejście z Windowsa na Maca generuje zerowe koszty, jest chyba jednak nieco na wyrost. Zmiana kiepsko zbudowanego domu na lepszy to też nie to samo co zmiana marki jogurtu. Różnica więc jest, ale tylko ilościowa - ile czasu, nerwów i pieniędzy kosztuje zmiana "towaru" na alternatywny. I w przypadku prywatnych sprzedawców zasada jest ta sama - im trudniejsza jest ta zmiana, tym mniej obowiązuje zasada "klient nasz pan".

Z tego wniosek, że im większa mobilność obywateli między państwami, tym ostrzejsza konkurencja między nimi i w efekcie - lepsza ich jakość z punktu widzenia obywatela.
Odpowiedz
ZaKotem napisał(a): Założenie, że np. przejście z Windowsa na Maca generuje zerowe koszty, jest chyba jednak nieco na wyrost.
No przecież nie napisałem, że zerowe. Wręcz przeciwnie – zwróciłem uwagę na to, że firmy poprzez tworzenie niekompatybilnych standardów starają się ograniczać mobilność klientów. Jednakże koszty przejścia z Windowsa na Maca
nie są w ogóle porównywalne z kosztami zmiany kraju zamieszkania (nawet w drugą stronę nie są porównywalne, choć Apple to firma przodująca w sztuce krępowania swoich klientów niekompatybilnościami).

Cytat:Różnica więc jest, ale tylko ilościowa - ile czasu, nerwów i pieniędzy kosztuje zmiana "towaru" na alternatywny. I w przypadku prywatnych sprzedawców zasada jest ta sama - im trudniejsza jest ta zmiana, tym mniej obowiązuje zasada "klient nasz pan".
Ależ oczywiście. Ale jeśli różnice sięgają rzędów wielkości, to i różnica w traktowaniu „klienta” będzie sięgać rzędów wielkości. A to sprawia, że mentalnościowo różnica staje się jakościowa. W pierwszym przypadku naszym priorytetem jest utrzymanie klienta, a w drugim kwestia ta schodzi na plan n-ty.
Cytat:Z tego wniosek, że im większa mobilność obywateli między państwami, tym ostrzejsza konkurencja między nimi i w efekcie - lepsza ich jakość z punktu widzenia obywatela.
Ciężko się z tym wnioskiem nie zgodzić. Stąd też biorą się takie zjawiska, jak np. eurosceptycyzm. Członkowi Shengen znacznie trudniej cyckać obywatela, niż państwu, które tylko niechętnie wydaje paszporty o ograniczonym zastosowaniu.
„Przybądź i bądź, bez zarzutu
Tak dla Tutsi, jak dla Hutu”

– Spięty
Odpowiedz
@Zefciu

*Schengen
Sebastian Flak
Odpowiedz
ZaKotem napisał(a): No nie. ZaKotem nie twierdzi, że pracodawca nic nie dokłada. Natomiast twierdzi, że pracodawca w skali firmy dokłada taką właśnie wartość do wartości pracy swoich pracowników, jaką w skali społeczeństwa państwo dokłada do wartości pracy swoich obywateli.

Nie, oczywiście, że nie. To tak jakbyś chciał zestawiać kancelarię prawniczą z operatorem telekomunikacyjnym, który świadczy usługi na zasadzie "jak będzie działać to dopłacisz do abonamentu, który i tak płacisz, a jak nie będzie działać to zapłacisz tylko abonament".

Dla unaocznienia rozkład ról pracodawcy i Kapitana Państwo.

Pracodawca:

1. odbiera i płaci za efekty Twoich prac niezależnie od tego czy uda mu się je sprzedać, biorąc tym samym na siebie ryzyko;
2. zapewnia całą infrastrukturę potrzebną, żebyś mógł wytworzyć efekty swoich prac - np. prąd, sprzęt biurowy, materiały z których coś wytwarzasz, odzież roboczą itd.;
3. zapewnia wszystko wokoło, żeby efekt Twoich prac przerobić na produkt, który może ktoś zechce kupić - np. prawny, handlowców, podatkowy, reklamacje, serwis, windykacje itd.;
4. sprzedaje produkt, który stworzył używając efektu Twoich prac jako składową i bierze na siebie wszelkie ryzyka z tym związane.

Kapitan Państwo:

1. bierze od Ciebie pieniądze, bo może - nawet wtedy gdy faktycznie ich nie dostałeś;
2. jeśli będzie akurat mieć ochotę i nie bardzo będzie się dało tego uniknąć to wykona dla Ciebie coś na chujowym poziomie i będzie utrudniać jak się da, gdybyś chciał kupić to samo na lepszym poziomie;
3. jeśli Ty będziesz coś chciał od Kapitana Państwo to prawdopodobnie będziesz musiał za to dopłacić, żeby dostać to na chujowym poziomie - vide wszelakie pozwolenia, koncesje, spory sądowe, itd.
3. wpieprza Ci się między wódkę a zakąskę w dowolnej sferze życia;
4. zadba o to, żeby jak najtrudniej było Ci coś zarobić.

Poważnie, skoro uważasz, że Kapitan Państwo i pracodawca to w sumie to samo to poważnie musisz być frajerem skoro pracujesz dla kogoś. Tradycyjne "zausz firmę" powinno być Twoim mottem, skoro tak uważasz.

[/quote]

zefciu napisał(a):
ZaKotem napisał(a): No nie. ZaKotem nie twierdzi, że pracodawca nic nie dokłada. Natomiast twierdzi, że pracodawca w skali firmy dokłada taką właśnie wartość do wartości pracy swoich pracowników, jaką w skali społeczeństwa państwo dokłada do wartości pracy swoich obywateli.
No właśnie nie do końca taką dokłada, bo takiej dokładać nie musi. Skoro mobilność między państwami jest ograniczona, tzn. obywatel państwa musi ponieść pewien duży koszt, aby państwo zmienić, to państwo może pozwolić sobie na zmarnowanie kwoty mniejszej niż ten koszt, aby obywatelowi nie opłacało się zmieniać. Stąd też instytucje państwowe są piekielnie rozrzutne.

Co innego firmy prywatne – zarówno konsumenci, jak i pracownicy tych firm mają stosunkowo dużą mobilność. Dlatego taka firma musi optymalizować zarządzanie swoimi zasobami znacznie bardziej niż państwo. Oczywiście firmy również próbują ograniczyć mobilność konsumentów (niekompatybilne standardy), jak i pracowników (próby przywiązania emocjonalnego) jednakże nie mają ku temu takich środków jak państwa.

bert04 napisał(a): pieniądze za swoją pracę dostanie najszybciej z miesięcznym opóźnieniem.

Hmm, nie wiem gdzie dotychczas pracowałeś, ale jeśli za dniówkę w ostatnim dniu miesiąca płacili Ci najwcześniej w ostatnim dniu następnego miesiąca to nie było to dobre miejsce pracy.

Do reszty odniosłem się wyżej w odpowiedzi do ZaKotem.

bert04 napisał(a): Przepraszam bardzo, ale pośrednik nieruchomości "któremu się trafiło" to taki sam ewenement, jak Janusz "któremu się trafiło", że dywan który kupił dla siebie bez chęci zysku znalazł przypadkowo klienta w kraju. Nie wyobrażam sobie, że biznes-plan maklera nieruchomości może bazować na "czekam, aż mój klient sam sobie znajdzie kupca licząc na to, że nie pominą mnie przy płaceniu prowizji".

Hmm, poza jakimiś "domami do wynajęcia" czy jak to się tam nazywało w telewizji to widziałem dosłownie dwóch pośredników nieruchomości, których aktywność wykroczyła poza podpisanie umowy z właścicielem nieruchomości/potencjalnym nabywcą i zgarnięcie prowizji, a trochę pośredników miałem okazję zobaczyć.

Zresztą, nie twierdziłem, że to jest zwyczajowy modus operandi pośredników tylko obrazowo przedstawiłem role Kapitana Państwo i pracodawcy. Gdyby to nie było jasne: pośrednikiem z mojego przykładu jest Kapitan Państwo.
"All great men should be haunted by the fear of not living up to their potential.
All loyal men should be haunted by the fear of not having done enough for their country.
All honourable men should be haunted by the fear of not having lived a life worthy of those men who came before us." Sigurd
Odpowiedz
ZaKotem napisał(a): Różnica więc jest, ale tylko ilościowa - ile czasu, nerwów i pieniędzy kosztuje zmiana "towaru" na alternatywny.
Nie rozumiem dodatku "tylko". Ilościowe i jakościowe nie są ortogonalne względem siebie. Różnica między złotówką a dwuzłotówką w kieszeni jest "tylko ilościowa", ale jeśli chcę kupić, dajmy na to, batonika za 1.50, to staje się jakościowa - w pierwszym przypadku mnie stać, a w drugim nie. Nawet, jeśli mierzona zmienna jest ciągła, to nie znaczy, że w relacji do innych zmiennych (też ciągłych, czemu nie?) nie daje ostrych punktów odcięcia.
Odpowiedz
żeniec napisał(a): Nie rozumiem dodatku "tylko". Ilościowe i jakościowe nie są ortogonalne względem siebie. Różnica między złotówką a dwuzłotówką w kieszeni jest "tylko ilościowa", ale jeśli chcę kupić, dajmy na to, batonika za 1.50, to staje się jakościowa - w pierwszym przypadku mnie stać, a w drugim nie. Nawet, jeśli mierzona zmienna jest ciągła, to nie znaczy, że w relacji do innych zmiennych (też ciągłych, czemu nie?) nie daje ostrych punktów odcięcia.
W tym wypadku akurat właśnie nie daje. Jeśli coś kosztuje 2 zł, to jest dość prawdopodobne, że uda ci się znaleźć gdzie indziej za 1,5, albo że u tego samego sprzedawcy wytargujesz zniżkę. Prawdopodobieństwo tego maleje wraz ze wzrostem różnicy między proponowaną ceną a tym, co masz w kieszeni. Nigdy jednak nie osiąga zera i teoretycznie zawsze możesz za samą cnotliwość dostać samochód od bezdomnego albo kamienicę od staruszka kombatanta Uśmiech Punkt przegięcia pały znajduje się w miejscu, w którym średni czas szukania okazji/targowania/modlitw o cud dających oczekiwany rezultat przekracza czas, jaki byś zużył na zarobienie tych 50 gr. Ale taki dla każdej jednostki znajduje się w innym miejscu i wcale niełatwo go umiejscowić.
Odpowiedz
ZaKotem napisał(a): W tym wypadku akurat właśnie nie daje. Jeśli coś kosztuje 2 zł, to jest dość prawdopodobne, że uda ci się znaleźć gdzie indziej za 1,5, albo że u tego samego sprzedawcy wytargujesz zniżkę.
Dorabiasz założenia do prostego przykładu. A jak założymy konkurencję bliską doskonałej, to nie znajdę.

ZaKotem napisał(a): Prawdopodobieństwo tego maleje wraz ze wzrostem różnicy między proponowaną ceną a tym, co masz w kieszeni. Nigdy jednak nie osiąga zera i teoretycznie zawsze możesz za samą cnotliwość dostać samochód od bezdomnego albo kamienicę od staruszka kombatanta Uśmiech
I to sprawia, że nie ma różnicy jakościowej pomiędzy zmianą kraju zamieszkania, a zmianą systemu operacyjnego? Bo istnieją wyobrażalne, choć wybujałe, scenariusze w których zdarza się cud? No cóż, z obozu zawsze można uciec, istnieje też szansa na teleportację kwantową w dowolne, lepsze miejsce na Ziemi.

ZaKotem napisał(a): Punkt przegięcia pały znajduje się w miejscu, w którym średni czas szukania okazji/targowania/modlitw o cud dających oczekiwany rezultat przekracza czas, jaki byś zużył na zarobienie tych 50 gr. Ale taki dla każdej jednostki znajduje się w innym miejscu i wcale niełatwo go umiejscowić.
Co nie oznacza, że gdzieś go nie ma. Z dużym poziomem ufności można dość wąski przedział wyznaczyć i użyć go do kategoryzacji.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości