Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Jak powinna wyglądać szkoła XXI wieku?
ZaKotem napisał(a): No niestety nie ma innej możliwości obiektywnej oceny ucznia (i co za tym idzie, nauczyciela), niż egzaminy zewnętrzne. Co najwyżej do dyskusji jest to, jak taki egzamin miał wyglądać, aby rzeczywiście sensownie ocenił wiedzę ucznia.

Tylko to akurat niewiele mówi, bo nauczyciele mają różnych uczniów. Dużo trudniejsze jest nauczenie czegoś kogoś, kto nie ma zdolności niż prowadzenie uczniów, których wystarczy nakierować i już sobie radzą. W tej sytuacji poszkodowani byliby nauczyciele ze szkół, do których chodzi "trudniejsza" młodzież.
- Myślałem, że ty nie znasz lęku.
- Mylisz się. Lęku nie zna tylko głupiec.
- A co robi wojownik, kiedy czuje strach?
- Pokonuje go. To jest w każdej bitwie nasz pierwszy martwy wróg.
Odpowiedz
Iselin napisał(a): Tylko to akurat niewiele mówi, bo nauczyciele mają różnych uczniów. Dużo trudniejsze jest nauczenie czegoś kogoś, kto nie ma zdolności niż prowadzenie uczniów, których wystarczy nakierować i już sobie radzą. W tej sytuacji poszkodowani byliby nauczyciele ze szkół, do których chodzi "trudniejsza" młodzież.

No i dlatego właśnie napisałem, że kryterium oceny wyników nauczania mają być nie tyle wyniki uczniów, co zmiana tych wyników w porównaniu do poprzednich roczników.
Odpowiedz
Co masz na myśli, pisząc "poprzednie roczniki"?
- Myślałem, że ty nie znasz lęku.
- Mylisz się. Lęku nie zna tylko głupiec.
- A co robi wojownik, kiedy czuje strach?
- Pokonuje go. To jest w każdej bitwie nasz pierwszy martwy wróg.
Odpowiedz
Chyba przyrost wiedzy ucznia w danym roku. Ale aby to rzetelnie stwierdzić trzeba by co roku robić egzaminy zewnętrzne.  I tak jak pisałem podejrzewam, że szkoła wówczas nie uczyłaby już nic innego jak tego jak poprawnie zdawać egzaminy. Taka fabryka idealnych rozwiązywaczy testów.
"Wkrótce Europa przekona się, i to boleśnie, co to są polskie fobie, psychozy oraz historyczne bóle fantomowe"
Odpowiedz
Myślę, że wszystko sprowadza się do połączenia odpowiednich wynagrodzeń z możliwością pozbycia się kiepskich nauczycieli.
- Myślałem, że ty nie znasz lęku.
- Mylisz się. Lęku nie zna tylko głupiec.
- A co robi wojownik, kiedy czuje strach?
- Pokonuje go. To jest w każdej bitwie nasz pierwszy martwy wróg.
Odpowiedz
No ale bez ruszenia karty nauczyciela to się nie uda.
"Wkrótce Europa przekona się, i to boleśnie, co to są polskie fobie, psychozy oraz historyczne bóle fantomowe"
Odpowiedz
Dodał bym możliwość pozbycia się fatalnych uczniów. Wilczy bilet załatwiłby szereg problemów z wynikami nauczania. Nie wiem po co na siłę trzymać w szkołach ludzi całkiem nie mających do tego predyspozycji.
Sebastian Flak
Odpowiedz
DziadBorowy napisał(a): W jaki sposób bon edukacyjny ogranicza biurokrację?

W taki, że w związku z bonem do lamusa powinna odejść podstawa programowa, kuratoria itd., a bon pełniłby rolę swoistego czeku, czyli rola organów państwa byłaby tylko taka jak banku, który ma zrealizować czek (jakby nie patrzeć realizacja czeku nie jest skomplikowaną operacją). Jak mówiłem, jeśli rozumieć bon jako wyłącznie inną formę "kto ma więcej uczniów ten ma więcej kasy" to faktycznie nie ma to sensu, ale wg mojej wiedzy nie takie były/są jego założenia.
"All great men should be haunted by the fear of not living up to their potential.
All loyal men should be haunted by the fear of not having done enough for their country.
All honourable men should be haunted by the fear of not having lived a life worthy of those men who came before us." Sigurd
Odpowiedz
W takim razie mówimy o zupełnie dwóch różnych sprawach. Bo co innego bon edukacyjny a co innego likwidacja postaw programowych.   Jedno wcale nie musi być połączone z drugim. Bon edukacyjny był na serio proponowany, likwidacji podstaw nigdy żadne liczące się ugrupowanie nie poparło ani nie zaproponowało.

Zresztą ja widzę spory problem z likwidacją owych podstaw. Bez podstaw programowych ciężko o jakiekolwiek zestandaryzowane egzaminy w skali kraju.  A bez tego zapomnieć możesz o honorowaniu dokumentów potwierdzających edukację poza granicami Polski bo każdy będzie oznaczał zupełnie inny zestaw wiedzy i umiejętności.
"Wkrótce Europa przekona się, i to boleśnie, co to są polskie fobie, psychozy oraz historyczne bóle fantomowe"
Odpowiedz
W Finlandii podobno nie mają podstaw i żyją Oczko Nie wiem, jak to robią. Są jakieś ogólne wytyczne, ale szkoły mają dużą swobodę. Zresztą spójrzcie na językowe egzaminy międzynarodowe, takie jak na przykład egzaminy Cambridge. Dużo ludzi przygotowuje się do nich z pomocą prywatnego nauczyciela i i nikogo nie interesuje, czy pracuje on kierując się jakimiś zasadami programowymi, opracowuje rozkłady materiału na jednostki lekcyjne i tym podobne cuda.
- Myślałem, że ty nie znasz lęku.
- Mylisz się. Lęku nie zna tylko głupiec.
- A co robi wojownik, kiedy czuje strach?
- Pokonuje go. To jest w każdej bitwie nasz pierwszy martwy wróg.
Odpowiedz
No ale ogólne wytyczne już podchodzą pod jakąś formę  podstawy - jakkolwiek je zwał. Chodzi mi o to, że jakiś dokument standaryzacyjny być musi - niekoniecznie musi być w nim wszystko rozpisane od A do Z z dokładnością do 3 miejsca po przecinku. Natomiast przygotowując się do egzaminów Camrbidge - doskonale wiesz jaki jest mniej więcej zakres materiału który obejmuje i czego musisz się nauczyć aby go zdać - a to nic innego jak forma podstawy programowej - tylko, że umiejscowionej na drugim końcu łańcucha edukacyjnego.
"Wkrótce Europa przekona się, i to boleśnie, co to są polskie fobie, psychozy oraz historyczne bóle fantomowe"
Odpowiedz
DziadBorowy napisał(a): W takim razie mówimy o zupełnie dwóch różnych sprawach. Bo co innego bon edukacyjny a co innego likwidacja postaw programowych.   Jedno wcale nie musi być połączone z drugim. Bon edukacyjny był na serio proponowany, likwidacji podstaw nigdy żadne liczące się ugrupowanie nie poparło ani nie zaproponowało.

Na to wygląda. Nie wiedziałem, że gdzieś jakąś jego formę proponowano. Ja mówię o takiej formie o jakiej czytałem choćby u Friedmana. Jak już mówiłem - w sytuacji gdy bon nie powoduje, że edukacja zostaje wyrwana z kontroli państwa, to jest to bardziej zabieg marketingowy niż realna zmiana, więc nie widzę sensu takiego rozwiązania.

DziadBorowy napisał(a): Zresztą ja widzę spory problem z likwidacją owych podstaw. Bez podstaw programowych ciężko o jakiekolwiek zestandaryzowane egzaminy w skali kraju.  A bez tego zapomnieć możesz o honorowaniu dokumentów potwierdzających edukację poza granicami Polski bo każdy będzie oznaczał zupełnie inny zestaw wiedzy i umiejętności.

Tu akurat nie widzę problemu. Zestandaryzowane egzaminy (na podobnych zasadach jak TELFy, DELFy itd.) będą miały wystandaryzowane wymogi - jak ktoś się ich naumie to je zda, jak się nie naumie to nie zda. Ale nikogo nie będzie interesować czy Jaś/Małgosia nauczyli się czytać w 3 klasie podstawówki czy w przedszkolu, tudzież czy znaczenie słowa logarytm poznali od dziadka inżyniera, z youtube'a czy w szkole z zajebistym nauczycielem. Zupełnie czym innym jest: na egzaminie weryfikujemy to, to i tamto a w 1 klasie uczeń ma: i tu cała litania; w 2 klasie uczeń ma: i tu cała litania; w 3 klasie uczeń ma: i tu cała litania. A potem jak przychodzi do jakichś, powiedzmy, że ważnych, egzaminów to i tak kto żyw leci na kursy, korki, itd., żeby faktycznie coś na tym egzaminie umieć zrobić.
"All great men should be haunted by the fear of not living up to their potential.
All loyal men should be haunted by the fear of not having done enough for their country.
All honourable men should be haunted by the fear of not having lived a life worthy of those men who came before us." Sigurd
Odpowiedz
Socjopapa napisał(a): Tu akurat nie widzę problemu. Zestandaryzowane egzaminy (na podobnych zasadach jak TELFy, DELFy itd.) będą miały wystandaryzowane wymogi - jak ktoś się ich naumie to je zda, jak się nie naumie to nie zda. Ale nikogo nie będzie interesować czy Jaś/Małgosia nauczyli się czytać w 3 klasie podstawówki czy w przedszkolu, tudzież czy znaczenie słowa logarytm poznali od dziadka inżyniera, z youtube'a czy w szkole z zajebistym nauczycielem. Zupełnie czym innym jest: na egzaminie weryfikujemy to, to i tamto a w 1 klasie uczeń ma: i tu cała litania; w 2 klasie uczeń ma: i tu cała litania; w 3 klasie uczeń ma: i tu cała litania.

Ale coś takiego to nic innego jak podstawa programowa. Tylko ociosana z nadmiernej biurokracji. Natomiast zastanawiam się czy coś co sprawdza się w okresie krótkotrwałym - przygotowanie do egzaminów o których piszesz to kilka, kilkanaście miesięcy - sprawdzi się przy procesie edukacji rozłożonym na lata. Nie mówię, że to niemożliwe, ale widzę tu utrudnienia gdy np musisz zmienić szkołę lub nauczyciela swojego dziecka. Kolejna musi zacząć od weryfikacji co zrobiono do tej pory i może się okazać, że zupełnie inny plan pracy poprzedniej szkoły uniemożliwia dziecku rozpoczęcie nauki w innej bo braki są zbyt duże do odrobienia. Podzielenie podstawy na etapy - przynajmniej  w teorii - ma gwarantować, że w takiej sytuacji wiadomo od czego zacząć  i wiadomo, że kryterium X kluczowe do realizacji kryterium Y powinno być już zrealizowane wcześniej.

Kolejna kwestia - podejście takie zakłada, że przeciętny rodzic potrafi z grubsza sensownie zaplanować wieloletni proces edukacyjny swojego dziecka. W co wątpię. W obecnym systemie mamy pewnego rodzaju standaryzację, służy on bardziej tym słabym niż zdolnym. Ten o którym piszesz sprawi, że dzieci głupich rodziców będą tak samo głupie jak oni. Skorzystają krótkofalowo dzieci mądrych rodziców - ale na dłuższą metę koszta społeczne i dla nich mogą okazać się większe niż korzyści.

Nie mówię, że to na pewno zły pomysł - ale to wszystko nie jest chyba tak proste jak mogło by się wydawać.

Cytat:A potem jak przychodzi do jakichś, powiedzmy, że ważnych, egzaminów to i tak kto żyw leci na kursy, korki, itd., żeby faktycznie coś na tym egzaminie umieć zrobić.

Nie wiem jak to wygląda teraz, ale ja wszystkie ważne egzaminy zdałem bez żadnych kursów, korków itd.
"Wkrótce Europa przekona się, i to boleśnie, co to są polskie fobie, psychozy oraz historyczne bóle fantomowe"
Odpowiedz
DziadBorowy napisał(a): Ale coś takiego to nic innego jak podstawa programowa.

Zwał jak zwał. Liczy się fakt, że jest na modłę funkcjonującą w rzeczywistości i to funkcjonującą dobrze, zamiast jakichś cudacznych wymysłów w guście "a teraz kilka milionów dzieci o różnym potencjale intelektualnym, z różnych rodzin, z różnymi zainteresowaniami będzie się uczyć rysować literkę O". I wuj, że Jasio ma mamę zafascynowaną kaligrafią i umie już pisać gotyckie litery, a Zdzisio ma obniżone napięcie mięśniowe, które nie zostało zdiagnozowane, więc Zdzisio ma problem z utrzymaniem ołówka nie mówiąc już o rysowaniu literki, która wymaga całkiem dobrej kontroli narzędzie pisarskiego.

DziadBorowy napisał(a): Tylko ociosana z nadmiernej biurokracji.

To nie jest tylko kwestia biurwokracji. No chyba, że glajchszaltowanie wszystkich i zawsze określasz mianem biurwokracji. Różnica między tym o czym piszę a podstawą programową (w obecnym rozumieniu tego słowa) jest różnicą między procesem przygotowania do powiedzmy egzaminu na doradcę podatkowego a procesem przygotowania do matury. Widzę bardzo dużo różnic i biurwokracja jest tylko jedną z nich - najbardziej upierdliwą dla nauczycieli, ale najmniej istotną dla uczniów.

DziadBorowy napisał(a): Natomiast zastanawiam się czy coś co sprawdza się w okresie krótkotrwałym - przygotowanie do egzaminów o których piszesz to kilka, kilkanaście miesięcy - sprawdzi się przy procesie edukacji rozłożonym na lata. Nie mówię, że to niemożliwe, ale widzę tu utrudnienia gdy np musisz zmienić szkołę lub nauczyciela swojego dziecka. Kolejna musi zacząć od weryfikacji co zrobiono do tej pory i może się okazać, że zupełnie inny plan pracy poprzedniej szkoły uniemożliwia dziecku rozpoczęcie nauki w innej bo braki są zbyt duże do odrobienia. Podzielenie podstawy na etapy - przynajmniej  w teorii - ma gwarantować, że w takiej sytuacji wiadomo od czego zacząć  i wiadomo, że kryterium X kluczowe do realizacji kryterium Y powinno być już zrealizowane wcześniej.

Podejrzewam, że wiesz jednak, że to ładnie brzmiąca teoria, która jest przez praktykę ...ana. A swoją szosą, nie rozumiem Twojego zastrzeżenia - do czasu aż dzieci pójdą do szkoły rodzice są ich jedynymi (albo prawie jedynymi) nauczycielami i przez te kilka lat uczą je różnych rzeczy o których wiedzą, że będą im potrzebne. I robią to przez kilka lat bez planu mówiącego, że teraz uczymy się trzymać ołówek. Z tego słyszę i widzę, większość daje radę, skoro przypadki stwierdzenia braku gotowości szkolnej są stosunkowo rzadkie.

DziadBorowy napisał(a): W obecnym systemie mamy pewnego rodzaju standaryzację, służy on bardziej tym słabym niż zdolnym. Ten o którym piszesz sprawi, że dzieci głupich rodziców będą tak samo głupie jak oni.  Skorzystają krótkofalowo dzieci mądrych rodziców - ale na dłuższą metę koszta społeczne i dla nich mogą okazać się większe niż korzyści.

Chyba nie rozumiem Twoich zastrzeżeń. Jak nie będzie podstawy programowej tylko zakres egzaminu to każda szkoła będzie przygotowywać do egzaminu w sposób, który uzna za stosowny. Dlaczego zakładasz, że szkoły nie będą uczyć z uwzględnieniem zakresu egzaminu?

DziadBorowy napisał(a): Nie wiem jak to wygląda teraz, ale ja wszystkie ważne egzaminy zdałem bez żadnych kursów, korków itd.

Ja też nie wiem jak to wygląda teraz - mówię o moich doświadczeniach. Przed egzaminami na studia prawie wszyscy z mojej szkoły chodzili na jakieś kursy przygotowujące - w tym również osoby co do których wiedzy nie mogło być żadnych wątpliwości.
"All great men should be haunted by the fear of not living up to their potential.
All loyal men should be haunted by the fear of not having done enough for their country.
All honourable men should be haunted by the fear of not having lived a life worthy of those men who came before us." Sigurd
Odpowiedz
Socjopapa napisał(a): Zwał jak zwał. Liczy się fakt, że jest na modłę funkcjonującą w rzeczywistości i to funkcjonującą dobrze, zamiast jakichś cudacznych wymysłów w guście "a teraz kilka milionów dzieci o różnym potencjale intelektualnym, z różnych rodzin, z różnymi zainteresowaniami będzie się uczyć rysować literkę O". I wuj, że Jasio ma mamę zafascynowaną kaligrafią i umie już pisać gotyckie litery, a Zdzisio ma obniżone napięcie mięśniowe, które nie zostało zdiagnozowane, więc Zdzisio ma problem z utrzymaniem ołówka nie mówiąc już o rysowaniu literki, która wymaga całkiem dobrej kontroli narzędzie pisarskiego.

A w momencie gdy zamiast "podstawy" będzie "zakres do egzaminu" nagle potencjał intelektualny milionów dzieci się wyrówna a Zdzisio zacznie trzymać ołówek w ręce?


Cytat:Podejrzewam, że wiesz jednak, że to ładnie brzmiąca teoria, która jest przez praktykę ...ana. A swoją szosą, nie rozumiem Twojego zastrzeżenia - do czasu aż dzieci pójdą do szkoły rodzice są ich jedynymi (albo prawie jedynymi) nauczycielami i przez te kilka lat uczą je różnych rzeczy o których wiedzą, że będą im potrzebne. I robią to przez kilka lat bez planu mówiącego, że teraz uczymy się trzymać ołówek. Z tego słyszę i widzę, większość daje radę, skoro przypadki stwierdzenia braku gotowości szkolnej są stosunkowo rzadkie.

Co innego codzienna wiedza życiowa a co innego wiedza bądź co bądź specjalistyczna. Mocno wątpię czy potrafiłbym nawet nie tyle przekazać wiedzę ale nawet dobrać treści nauczania powiedzmy biologii gdyby moje dziecko było ukierunkowane na jakiś zawód medyczny.




Cytat:Chyba nie rozumiem Twoich zastrzeżeń. Jak nie będzie podstawy programowej tylko zakres egzaminu to każda szkoła będzie przygotowywać do egzaminu w sposób, który uzna za stosowny. Dlaczego zakładasz, że szkoły nie będą uczyć z uwzględnieniem zakresu egzaminu?

Chyba pogubiłem się o czym mówimy. Jeżeli będzie zakres do egzaminu, to niewiele się zmieni bo to nic innego jak inna forma podstawy programowej. Bo dalej mamy dokument określający zakres wiedzy i pojęć - oraz egzamin  sprawdzający jej opanowanie.

Tu masz przykładową podstawę programową dla klas 4-8 szkoły podstawowej:
https://gwo.pl/files/download/23776

Co twoim zdaniem zmieniłoby się w tym dokumencie gdyby był on powiedzmy zakresem do jakiegoś egzaminu o nazwie Matematyka lvl 1?

Natomiast odnoszę się do częstego argumentu zwolenników likwidacji podstaw, że to rodzice powinni decydować jaka wiedza jest potrzebna ich dzieciom. I rozumiem ten punkt widzenia ale wątpię czy po pierwsze byliby w stanie sami te treści sensownie dobrać (lub wybrać z jakiejś szerokiej oferty) oraz jaki byłby odsetek edukacyjnego odpowiednika antyszczepionkowców, czyli ludzi, którzy by uznali przykładowo, że umiejętność czytania jest zbędna, lub nawet edukacja w całości do niczego ich dzieciom się nie przyda.


Cytat:Ja też nie wiem jak to wygląda teraz - mówię o moich doświadczeniach. Przed egzaminami na studia prawie wszyscy z mojej szkoły chodzili na jakieś kursy przygotowujące - w tym również osoby co do których wiedzy nie mogło być żadnych wątpliwości.

Skoro chodziły na to osoby, których wiedza nie budziła wątpliwości był to raczej ich kaprys a nie konieczność. Kojarzę kursy o jakich mówisz i z tego co pamiętam, to znajomi, którzy na nie chodzili nie mieli niczego co nie byłoby wcześniej przerobione w szkole.  Natomiast kursy te reklamowano w ten sposób, że znacznie łatwiej po nich zdać egzamin na uczelnię - co przez wielu było odbierane jako jakaś forma zawaluowanej łapówki.  Mimo iż formalnie, za udział w kursach nie było  żadnych bonusowych punktów przy rekrutacji.
"Wkrótce Europa przekona się, i to boleśnie, co to są polskie fobie, psychozy oraz historyczne bóle fantomowe"
Odpowiedz
DziadBorowy napisał(a): A w momencie gdy zamiast "podstawy" będzie "zakres do egzaminu" nagle potencjał intelektualny milionów dzieci się wyrówna a Zdzisio zacznie trzymać ołówek w ręce?

Nie, ale Jasio nie będzie tracił czasu na pisanie literki O i zajmie się czymś bardziej konstruktywnym dla niego, a Zdzisio zamiast uczyć się pisać literkę O będzie terapeutyzował napięcie mięśniowe. Nic się nie stanie jak Jasio będzie się przygotowywał do egzaminu z matematyki lvl 1 przez miesiąc, a Zdzisio przez 2 lata. To co się obecnie rozumie przez podstawę programową to uniemożliwia, bo zarówno Zdzisio jak i Jasiu mają się uczyć do egzaminu z matematyki w tym samym momencie, dokładnie tyle samo czasu (chyba, że rodzice dociążą Jasia dokładając mu jeszcze pracy po 8 godzinach w szkole). Individualization is the name of the game.

DziadBorowy napisał(a): Co innego codzienna wiedza życiowa a co innego wiedza bądź co bądź specjalistyczna. Mocno wątpię czy potrafiłbym nawet nie tyle przekazać wiedzę ale nawet dobrać treści nauczania powiedzmy biologii gdyby moje dziecko było ukierunkowane na jakiś zawód medyczny.

Ja też, ale przecież nikt nie powiedział, że ja mam to robić. Przecież kursy, podręczniki itd. przygotowujące do różnych egzaminów już funkcjonują. Zresztą z tego co wiem tzw. szkolna wiedza jest dalece niewystarczająca, żeby się przygotować do kierunków medycznych.

DziadBorowy napisał(a): Chyba pogubiłem się o czym mówimy. Jeżeli będzie zakres do egzaminu, to niewiele się zmieni bo to nic innego jak inna forma podstawy programowej. Bo dalej mamy dokument określający zakres wiedzy i pojęć - oraz egzamin  sprawdzający jej opanowanie.

To może zrekapituluję - ja mówię o systemie w którym jako takiej podstawy programowej nie ma, tylko są różne egzaminy do których możesz, ale nie musisz przystąpić. Tak jak np. różne certyfikaty językowe, egzamin na doradcę podatkowego, biegłego rewidenta, adwokata czy co tam jeszcze. Wiedza na temat zakresu egzaminów jest powszechnie dostępna i każdy może się do nich uczyć tak długo i tak jak chce (może poza egzaminem adwokackim, gdzie zasadniczo jest wymóg aplikacji). Tłumy ludzi nie uczą się do nich, bo tak bardzo lubią egzaminy, certyfikaty i zaświadczenia (chociaż pewno i tacy się znajdą), ale dlatego, że uważają, że są im do czegoś potrzebne. I co najmniej spora część tych osób najwyraźniej daje radę się do tych egzaminów naumieć, mimo, że nie ma dokumentu, który mówi, że w pierwszej klasie mają się uczyć tego, śmego i tamtego (a w tym w gruncie jest obecnie podstawa programowa).

DziadBorowy napisał(a): Tu masz przykładową podstawę programową dla klas 4-8 szkoły podstawowej:
https://gwo.pl/files/download/23776

W samym dokumencie pewno nic albo niewiele by się nie zmieniło. W jego zastosowalności wszystko - teraz to jest dokument, który wyznacza nauczycielowi czego uczniowie mają się uczyć odpowiednio 4,5, 6, 7, 8 klasie i biada nauczycielowi, jeśli tematy lekcji nie będą "odhaczać" poszczególnych punktów. Jeśli to będzie natomiast zakres egzaminu to uczeń po prostu będzie musiał się tego naumieć zanim przystąpi do egzaminu i tyle. Jednym zajmie to 3 miesiące, innym 4 lata, a jeszcze innym 5 lat będzie mało. Przy tym nikogo nie będzie interesowało, że jednemu zajęło to 3 miesiące, a poza tym zajmował się budowaniem modelu Minas Tirith w Minecraft, a drugi męczył się z tym przez 5 lat i na pierdziesiąt różnych sposobów usiłował pojąć.

Jak mówiłem: to jest zakres egzaminu do którego (z jakichś powodów) chcesz przystąpić. Naucz się go zanim do niego przystąpisz vs w tym tygodniu będziemy katować tabliczkę mnożenia i nieważne czy już ją znasz, względnie czy po tygodniu nadal nie będziesz jej ogarniać. Kiedyś w bliżej nieokreślonej przyszłości będzie egzamin, który będzie również ją obejmował, więc byłoby dobrze, żebyś starał się ją ogarnąć w ciągu tego tygodnia.

DziadBorowy napisał(a): Natomiast odnoszę się do częstego argumentu zwolenników likwidacji podstaw, że to rodzice powinni decydować jaka wiedza jest potrzebna ich dzieciom. I rozumiem ten punkt widzenia ale wątpię czy po pierwsze byliby w stanie sami te treści sensownie dobrać (lub wybrać z jakiejś szerokiej oferty) oraz jaki byłby odsetek edukacyjnego odpowiednika antyszczepionkowców, czyli ludzi, którzy by uznali przykładowo, że umiejętność czytania jest zbędna, lub nawet edukacja w całości do niczego ich dzieciom się nie przyda.

Zapewne i tacy będą, skoro są również teraz. Podstawa programowa i reżimowa szkoła nie są magicznymi wyrównywaczami szans. Natomiast przy założeniu systemu egzaminów zamiast podstawy programowej zainteresowany albo ogarnie czytanie czy co tam jeszcze, albo zostanie mu świetlana kariera sprzątacza, co pozwoli mądremu dziecku głupich rodziców ogarnąć się samemu. W dużej mierze jest tak też obecnie, ale wszyscy tracą czas i energię na udawanie, że jest inaczej (tracą na tym zarówno ci przeciętni, uzdolnieni, jak i ci mniej sprawni intelektualnie, którzy się męczą z czytaniem i po 12 latach nauki nadal nie potrafią przeczytać ze zrozumieniem krótkiego tekstu, a mogliby poświęcić ten czas na naukę np. mechaniki, stolarki czy czego tam jeszcze).

DziadBorowy napisał(a): Skoro chodziły na to osoby, których wiedza nie budziła wątpliwości był to raczej ich kaprys a nie konieczność. Kojarzę kursy o jakich mówisz i z tego co pamiętam, to znajomi, którzy na nie chodzili nie mieli niczego co nie byłoby wcześniej przerobione w szkole.  Natomiast kursy te reklamowano w ten sposób, że znacznie łatwiej po nich zdać egzamin na uczelnię - co przez wielu było odbierane jako jakaś forma zawaluowanej łapówki.  Mimo iż formalnie, za udział w kursach nie było  żadnych bonusowych punktów przy rekrutacji.

Nie, faktycznie nie było niczego czego nie byłoby w szkole (przynajmniej na kursie na który ja chodziłem, tak było - a szkoda, bo tak sobie do egzaminu przygotowywał), ale sam fakt, że byli gotowi poświęcać pół soboty i piątku na rzeczony kurs najlepiej obrazuje fakt, że nie mieli poczucia, iż wiedzą wystarczająco, żeby sobie poradzić na egzaminie.
"All great men should be haunted by the fear of not living up to their potential.
All loyal men should be haunted by the fear of not having done enough for their country.
All honourable men should be haunted by the fear of not having lived a life worthy of those men who came before us." Sigurd
Odpowiedz
https://wiadomosci.onet.pl/kraj/list-do-...ly/7cf0tgm

Ciekawy list o zamieszaniu w szkołach i "reformie edukacji". Gość chyba rozsądnie pisze.

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/list-do-...ly/7cf0tgm


"System oczywiście miał swoje wady. Nauka ogromnej ilości materiału przez niespełna dwa lata była nie lada wyzwaniem. Nie wszyscy też do końca po pierwszej klasie byli ostatecznie zdecydowani co do swojej zawodowej przyszłości i niejednokrotnie chcieli zmieniać wybrany profil. Nie zawsze też możliwości organizacyjne szkoły umożliwiały realizację wszystkich zainteresowań uczniów. Nieporozumieniem w demokratycznym państwie, cierpiącym na chroniczny deficyt społeczeństwa obywatelskiego, był brak nauki wiedzy o społeczeństwie po pierwszej klasie, czego efekty są dzisiaj widoczne. Ale była to najdalej idąca próba zerwania z klasycznym (niekiedy nazywanym pruskim) systemem nauczania wszystkich wszystkiego, na rzecz specjalizacji uwarunkowanej możliwościami i zainteresowaniami uczniów. Już wkrótce przejdzie ona do historii.

Nowe czteroletnie liceum wraca do systemu, który może się sprawdzał w czasach, gdy do szkoły chodził Jarosław Kaczyński, ale już dwadzieścia lat temu był uważany za archaiczny."
"Wkrótce Europa przekona się, i to boleśnie, co to są polskie fobie, psychozy oraz historyczne bóle fantomowe"
Odpowiedz
Czej, to po reformie nie będzie specjalizacji w liceach? Czemu dopiero teraz o tym słyszę? Toż to tragedia okrutna.

Cytat:Nieporozumieniem w demokratycznym państwie, cierpiącym na chroniczny deficyt społeczeństwa obywatelskiego, był brak nauki wiedzy o społeczeństwie po pierwszej klasie, czego efekty są dzisiaj widoczne

Ojoj, jeśli przymusowa demoliberalna indoktrynacja będzie trwać dwa lata krócej to ludzie nie będą głosować tak jak chcemy, płaku, płaku.
Odpowiedz
Łazarz napisał(a): Czej, to po reformie nie będzie specjalizacji w liceach? Czemu dopiero teraz o tym słyszę? Toż to tragedia okrutna.



Będzie jak dawniej. Wybierasz sobie cały profil  już na etapie kandydowania do liceum i masz  powiedzmy poszerzoną fizykę i matematykę.Ale  dalej tłuczesz całą resztę przedmiotów tylko, że na poziomie podstawowym.  Reforma  z 2012 zakładała, że po odbębnieniu pierwszej klasy, w której są  wszystkie przedmioty wybierasz sobie rozszerzenia i skupiasz się właśnie na nich. Czyli jak profilujesz się na matematykę i fizykę nie musisz męczyć się z geografią  i historią. Być może trzy lata liceum to było za mało aby to działało tak jak miało działać, ale był to krok w dobrym kierunku. A reforma "szkoła jak za PRL" jest krokiem w kierunku złym. Ogólnie wraca się do trendu "kucia dla kucia, nie ważne czy to ma sens".

I owszem jest to w pewien sposób tragiczne, bo pogorszenie jakości edukacji będzie miało wpływ na rozwój całego kraju.

Cytat:Ojoj, jeśli przymusowa demoliberalna indoktrynacja będzie trwać dwa lata krócej to ludzie nie będą głosować tak jak chcemy, płaku, płaku.

Dlatego też reforma wprowadza  indoktrynacj narodowo-socjalistyczną. A ogólne obniżenie jakości edukacji socjalistom  będącym obecnie u władzy spadku poparcia też raczej nie przyniesie.
"Wkrótce Europa przekona się, i to boleśnie, co to są polskie fobie, psychozy oraz historyczne bóle fantomowe"
Odpowiedz
Cytat: Reforma z 2012 zakładała, że po odbębnieniu pierwszej klasy, w której są wszystkie przedmioty wybierasz sobie rozszerzenia i skupiasz się właśnie na nich. Czyli jak profilujesz się na matematykę i fizykę nie musisz męczyć się z geografią i historią

Historia akurat była obowiązkowa dla wszystkich przez całą edukację.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości