Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Jak powinna wyglądać szkoła XXI wieku?
ZaKotem napisał(a): No niestety nie ma innej możliwości obiektywnej oceny ucznia (i co za tym idzie, nauczyciela), niż egzaminy zewnętrzne. Co najwyżej do dyskusji jest to, jak taki egzamin miał wyglądać, aby rzeczywiście sensownie ocenił wiedzę ucznia.

Tylko to akurat niewiele mówi, bo nauczyciele mają różnych uczniów. Dużo trudniejsze jest nauczenie czegoś kogoś, kto nie ma zdolności niż prowadzenie uczniów, których wystarczy nakierować i już sobie radzą. W tej sytuacji poszkodowani byliby nauczyciele ze szkół, do których chodzi "trudniejsza" młodzież.
- Myślałem, że ty nie znasz lęku.
- Mylisz się. Lęku nie zna tylko głupiec.
- A co robi wojownik, kiedy czuje strach?
- Pokonuje go. To jest w każdej bitwie nasz pierwszy martwy wróg.
Odpowiedz
Iselin napisał(a): Tylko to akurat niewiele mówi, bo nauczyciele mają różnych uczniów. Dużo trudniejsze jest nauczenie czegoś kogoś, kto nie ma zdolności niż prowadzenie uczniów, których wystarczy nakierować i już sobie radzą. W tej sytuacji poszkodowani byliby nauczyciele ze szkół, do których chodzi "trudniejsza" młodzież.

No i dlatego właśnie napisałem, że kryterium oceny wyników nauczania mają być nie tyle wyniki uczniów, co zmiana tych wyników w porównaniu do poprzednich roczników.
Odpowiedz
Co masz na myśli, pisząc "poprzednie roczniki"?
- Myślałem, że ty nie znasz lęku.
- Mylisz się. Lęku nie zna tylko głupiec.
- A co robi wojownik, kiedy czuje strach?
- Pokonuje go. To jest w każdej bitwie nasz pierwszy martwy wróg.
Odpowiedz
Chyba przyrost wiedzy ucznia w danym roku. Ale aby to rzetelnie stwierdzić trzeba by co roku robić egzaminy zewnętrzne.  I tak jak pisałem podejrzewam, że szkoła wówczas nie uczyłaby już nic innego jak tego jak poprawnie zdawać egzaminy. Taka fabryka idealnych rozwiązywaczy testów.
"Dosyć — mówił — naszukałem się po lesie i ledwie tego smolnego pniaka zdybałem, ale czem wy, moje dzieci, będzieta kiedyś świecić, skoro lasy się umykają, i coraz trudniej o smolny kawałek drzewa?”.








Odpowiedz
Myślę, że wszystko sprowadza się do połączenia odpowiednich wynagrodzeń z możliwością pozbycia się kiepskich nauczycieli.
- Myślałem, że ty nie znasz lęku.
- Mylisz się. Lęku nie zna tylko głupiec.
- A co robi wojownik, kiedy czuje strach?
- Pokonuje go. To jest w każdej bitwie nasz pierwszy martwy wróg.
Odpowiedz
No ale bez ruszenia karty nauczyciela to się nie uda.
"Dosyć — mówił — naszukałem się po lesie i ledwie tego smolnego pniaka zdybałem, ale czem wy, moje dzieci, będzieta kiedyś świecić, skoro lasy się umykają, i coraz trudniej o smolny kawałek drzewa?”.








Odpowiedz
Dodał bym możliwość pozbycia się fatalnych uczniów. Wilczy bilet załatwiłby szereg problemów z wynikami nauczania. Nie wiem po co na siłę trzymać w szkołach ludzi całkiem nie mających do tego predyspozycji.
Sebastian Flak
Odpowiedz
DziadBorowy napisał(a): W jaki sposób bon edukacyjny ogranicza biurokrację?

W taki, że w związku z bonem do lamusa powinna odejść podstawa programowa, kuratoria itd., a bon pełniłby rolę swoistego czeku, czyli rola organów państwa byłaby tylko taka jak banku, który ma zrealizować czek (jakby nie patrzeć realizacja czeku nie jest skomplikowaną operacją). Jak mówiłem, jeśli rozumieć bon jako wyłącznie inną formę "kto ma więcej uczniów ten ma więcej kasy" to faktycznie nie ma to sensu, ale wg mojej wiedzy nie takie były/są jego założenia.
"All great men should be haunted by the fear of not living up to their potential.
All loyal men should be haunted by the fear of not having done enough for their country.
All honourable men should be haunted by the fear of not having lived a life worthy of those men who came before us." Sigurd
Odpowiedz
W takim razie mówimy o zupełnie dwóch różnych sprawach. Bo co innego bon edukacyjny a co innego likwidacja postaw programowych.   Jedno wcale nie musi być połączone z drugim. Bon edukacyjny był na serio proponowany, likwidacji podstaw nigdy żadne liczące się ugrupowanie nie poparło ani nie zaproponowało.

Zresztą ja widzę spory problem z likwidacją owych podstaw. Bez podstaw programowych ciężko o jakiekolwiek zestandaryzowane egzaminy w skali kraju.  A bez tego zapomnieć możesz o honorowaniu dokumentów potwierdzających edukację poza granicami Polski bo każdy będzie oznaczał zupełnie inny zestaw wiedzy i umiejętności.
"Dosyć — mówił — naszukałem się po lesie i ledwie tego smolnego pniaka zdybałem, ale czem wy, moje dzieci, będzieta kiedyś świecić, skoro lasy się umykają, i coraz trudniej o smolny kawałek drzewa?”.








Odpowiedz
W Finlandii podobno nie mają podstaw i żyją Oczko Nie wiem, jak to robią. Są jakieś ogólne wytyczne, ale szkoły mają dużą swobodę. Zresztą spójrzcie na językowe egzaminy międzynarodowe, takie jak na przykład egzaminy Cambridge. Dużo ludzi przygotowuje się do nich z pomocą prywatnego nauczyciela i i nikogo nie interesuje, czy pracuje on kierując się jakimiś zasadami programowymi, opracowuje rozkłady materiału na jednostki lekcyjne i tym podobne cuda.
- Myślałem, że ty nie znasz lęku.
- Mylisz się. Lęku nie zna tylko głupiec.
- A co robi wojownik, kiedy czuje strach?
- Pokonuje go. To jest w każdej bitwie nasz pierwszy martwy wróg.
Odpowiedz
No ale ogólne wytyczne już podchodzą pod jakąś formę  podstawy - jakkolwiek je zwał. Chodzi mi o to, że jakiś dokument standaryzacyjny być musi - niekoniecznie musi być w nim wszystko rozpisane od A do Z z dokładnością do 3 miejsca po przecinku. Natomiast przygotowując się do egzaminów Camrbidge - doskonale wiesz jaki jest mniej więcej zakres materiału który obejmuje i czego musisz się nauczyć aby go zdać - a to nic innego jak forma podstawy programowej - tylko, że umiejscowionej na drugim końcu łańcucha edukacyjnego.
"Dosyć — mówił — naszukałem się po lesie i ledwie tego smolnego pniaka zdybałem, ale czem wy, moje dzieci, będzieta kiedyś świecić, skoro lasy się umykają, i coraz trudniej o smolny kawałek drzewa?”.








Odpowiedz
DziadBorowy napisał(a): W takim razie mówimy o zupełnie dwóch różnych sprawach. Bo co innego bon edukacyjny a co innego likwidacja postaw programowych.   Jedno wcale nie musi być połączone z drugim. Bon edukacyjny był na serio proponowany, likwidacji podstaw nigdy żadne liczące się ugrupowanie nie poparło ani nie zaproponowało.

Na to wygląda. Nie wiedziałem, że gdzieś jakąś jego formę proponowano. Ja mówię o takiej formie o jakiej czytałem choćby u Friedmana. Jak już mówiłem - w sytuacji gdy bon nie powoduje, że edukacja zostaje wyrwana z kontroli państwa, to jest to bardziej zabieg marketingowy niż realna zmiana, więc nie widzę sensu takiego rozwiązania.

DziadBorowy napisał(a): Zresztą ja widzę spory problem z likwidacją owych podstaw. Bez podstaw programowych ciężko o jakiekolwiek zestandaryzowane egzaminy w skali kraju.  A bez tego zapomnieć możesz o honorowaniu dokumentów potwierdzających edukację poza granicami Polski bo każdy będzie oznaczał zupełnie inny zestaw wiedzy i umiejętności.

Tu akurat nie widzę problemu. Zestandaryzowane egzaminy (na podobnych zasadach jak TELFy, DELFy itd.) będą miały wystandaryzowane wymogi - jak ktoś się ich naumie to je zda, jak się nie naumie to nie zda. Ale nikogo nie będzie interesować czy Jaś/Małgosia nauczyli się czytać w 3 klasie podstawówki czy w przedszkolu, tudzież czy znaczenie słowa logarytm poznali od dziadka inżyniera, z youtube'a czy w szkole z zajebistym nauczycielem. Zupełnie czym innym jest: na egzaminie weryfikujemy to, to i tamto a w 1 klasie uczeń ma: i tu cała litania; w 2 klasie uczeń ma: i tu cała litania; w 3 klasie uczeń ma: i tu cała litania. A potem jak przychodzi do jakichś, powiedzmy, że ważnych, egzaminów to i tak kto żyw leci na kursy, korki, itd., żeby faktycznie coś na tym egzaminie umieć zrobić.
"All great men should be haunted by the fear of not living up to their potential.
All loyal men should be haunted by the fear of not having done enough for their country.
All honourable men should be haunted by the fear of not having lived a life worthy of those men who came before us." Sigurd
Odpowiedz
Socjopapa napisał(a): Tu akurat nie widzę problemu. Zestandaryzowane egzaminy (na podobnych zasadach jak TELFy, DELFy itd.) będą miały wystandaryzowane wymogi - jak ktoś się ich naumie to je zda, jak się nie naumie to nie zda. Ale nikogo nie będzie interesować czy Jaś/Małgosia nauczyli się czytać w 3 klasie podstawówki czy w przedszkolu, tudzież czy znaczenie słowa logarytm poznali od dziadka inżyniera, z youtube'a czy w szkole z zajebistym nauczycielem. Zupełnie czym innym jest: na egzaminie weryfikujemy to, to i tamto a w 1 klasie uczeń ma: i tu cała litania; w 2 klasie uczeń ma: i tu cała litania; w 3 klasie uczeń ma: i tu cała litania.

Ale coś takiego to nic innego jak podstawa programowa. Tylko ociosana z nadmiernej biurokracji. Natomiast zastanawiam się czy coś co sprawdza się w okresie krótkotrwałym - przygotowanie do egzaminów o których piszesz to kilka, kilkanaście miesięcy - sprawdzi się przy procesie edukacji rozłożonym na lata. Nie mówię, że to niemożliwe, ale widzę tu utrudnienia gdy np musisz zmienić szkołę lub nauczyciela swojego dziecka. Kolejna musi zacząć od weryfikacji co zrobiono do tej pory i może się okazać, że zupełnie inny plan pracy poprzedniej szkoły uniemożliwia dziecku rozpoczęcie nauki w innej bo braki są zbyt duże do odrobienia. Podzielenie podstawy na etapy - przynajmniej  w teorii - ma gwarantować, że w takiej sytuacji wiadomo od czego zacząć  i wiadomo, że kryterium X kluczowe do realizacji kryterium Y powinno być już zrealizowane wcześniej.

Kolejna kwestia - podejście takie zakłada, że przeciętny rodzic potrafi z grubsza sensownie zaplanować wieloletni proces edukacyjny swojego dziecka. W co wątpię. W obecnym systemie mamy pewnego rodzaju standaryzację, służy on bardziej tym słabym niż zdolnym. Ten o którym piszesz sprawi, że dzieci głupich rodziców będą tak samo głupie jak oni. Skorzystają krótkofalowo dzieci mądrych rodziców - ale na dłuższą metę koszta społeczne i dla nich mogą okazać się większe niż korzyści.

Nie mówię, że to na pewno zły pomysł - ale to wszystko nie jest chyba tak proste jak mogło by się wydawać.

Cytat:A potem jak przychodzi do jakichś, powiedzmy, że ważnych, egzaminów to i tak kto żyw leci na kursy, korki, itd., żeby faktycznie coś na tym egzaminie umieć zrobić.

Nie wiem jak to wygląda teraz, ale ja wszystkie ważne egzaminy zdałem bez żadnych kursów, korków itd.
"Dosyć — mówił — naszukałem się po lesie i ledwie tego smolnego pniaka zdybałem, ale czem wy, moje dzieci, będzieta kiedyś świecić, skoro lasy się umykają, i coraz trudniej o smolny kawałek drzewa?”.








Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości