Właściwie mógłbym się podpisać pod postem Dziada bo napisał wszystko, co sam chciałem skomentować, ale rozwinę jeszcze wątek skomplikowania muzyki metalowej. Uważam bowiem, że jest to najbardziej różnorodny gatunek, który oczywiście opiera się na kilku fundamentach (charakterystyczne metrum, tempo, wyraźna sekcja rytmiczna, no i przede wszystkim to muzyka z gitarą na pierwszym planie). I tym oto sposobem mamy zarówno gatunki skrajnie progresywne, ocierające się o wspomniany jazz czy klasykę, jak i proste, wręcz banalne numery oparte na kilku riffach. W warstwie tekstowej jest identycznie - są kapele skupiające się w przekazie na polityce, religii, okultyzmie, fantastyce, problemach społecznych, ale i rockowym życiu, koncertach, czy... chlaniu wódy (zespół Tankard).
Dlatego zawsze mnie raziło jak ktoś usłyszał jeden czy dwa numery u kolegi będącego fanem death metalu, a później twierdził, że cały ten gatunek to takie łubu-dubu-siekiera-w-dupie. Zazwyczaj odpalałem takiej osobie - w celach czysto poznawczych - jakiegoś lekkiego rockera, coś majestatycznego, przepełnionego patosem, szybkiego killera, a na końcu ckliwą balladkę. I to niedowierzanie na końcu: to wszystko grają ci sami goście w skórach i ćwiekach?
Co do jazzu, osobiście nie gustuję właśnie z powodu przesytu improwizacji - co nie zmienia faktu, że bardzo ten gatunek cenię i zdaję sobie sprawę, iż to kopalnia wirtuozów. Zresztą Twój tata, Lubmer, jak na jazzmana przystało, ma już niejako "skrzywione ucho" i dla niego większość gatunków będzie zbyt prosta
A i w przytoczonej przez Ciebie ocenie nie jest to jakieś kategoryczne umniejszanie ciężkiej muzyce gitarowej (gdzie przecież też pewnie nie słyszał każdego twórcy i jego opinia nie jest przez to kompletna).
Natomiast nasza ocena disco-polo odnosi się nie tylko do muzyki samej w sobie, ale i całej otoczki. Ja osobiście nic do niej nie mam - niech sobie grywa na festynach i weselach, ja tam po prostu nie bywam, bo mi się to nie podoba. Ale nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy za publiczny grosz urządza się benefisy marnemu artyście i robi z niego barda Lachów. O filmie, którego plakat nawiązywał do Bohemian Rhapsody nawet nie będę wspominać... no chyba, że uznamy, że jaki kraj, taki Freddie
Rytm i melodyka disco-polo ze względu na swoją prostotę jest po prostu uniwersalna i pobudza te równie proste, niemal prymitywne klapeczki w naszych mózgach - ale to samo można powiedzieć o większości kawałków radiowych. Mając do wyboru Zenka i Calvina Harrisa nie miałbym ani grama wątpliwości, do czego ruszyć zadek.
Ale ustalmy jeszcze jedno - czy osoba kompletnie zalana jest na tyle świadoma, by w ogóle wiedzieć do czego tańczy (a raczej wydaje się jej, że tańczy)? Bo tak patrząc to owszem - być może i powyginałbym się przy disco-polo, ale równie dobrze mógłbym się wówczas wybrać się z "Misją na Marsa" czy spędzić noc z Anną Grodzką, przy całym szacunku dla pani ex-poseł. Ale wcześnie i tak zaliczyłbym vomit i poszedł spać
Póki świadomość jako tako funkcjonuje, to wielu ludziom disco-polo wciąż nie siądzie, przykro mi. I to raczej grupie jej apologetów ciężko zrozumieć, że tak - przy tym można nie chcieć się bawić, nawet z promilami we krwi.
Dlatego zawsze mnie raziło jak ktoś usłyszał jeden czy dwa numery u kolegi będącego fanem death metalu, a później twierdził, że cały ten gatunek to takie łubu-dubu-siekiera-w-dupie. Zazwyczaj odpalałem takiej osobie - w celach czysto poznawczych - jakiegoś lekkiego rockera, coś majestatycznego, przepełnionego patosem, szybkiego killera, a na końcu ckliwą balladkę. I to niedowierzanie na końcu: to wszystko grają ci sami goście w skórach i ćwiekach?
Co do jazzu, osobiście nie gustuję właśnie z powodu przesytu improwizacji - co nie zmienia faktu, że bardzo ten gatunek cenię i zdaję sobie sprawę, iż to kopalnia wirtuozów. Zresztą Twój tata, Lubmer, jak na jazzmana przystało, ma już niejako "skrzywione ucho" i dla niego większość gatunków będzie zbyt prosta
A i w przytoczonej przez Ciebie ocenie nie jest to jakieś kategoryczne umniejszanie ciężkiej muzyce gitarowej (gdzie przecież też pewnie nie słyszał każdego twórcy i jego opinia nie jest przez to kompletna).Natomiast nasza ocena disco-polo odnosi się nie tylko do muzyki samej w sobie, ale i całej otoczki. Ja osobiście nic do niej nie mam - niech sobie grywa na festynach i weselach, ja tam po prostu nie bywam, bo mi się to nie podoba. Ale nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy za publiczny grosz urządza się benefisy marnemu artyście i robi z niego barda Lachów. O filmie, którego plakat nawiązywał do Bohemian Rhapsody nawet nie będę wspominać... no chyba, że uznamy, że jaki kraj, taki Freddie

(11.03.2021, 09:38)ZaKotem napisał(a): Prawdopodobnie trafiłeś w sedno i ciekawie byłoby przeprowadzić jakieś naukowe badania w tym temacie. Wiadomo, że alkohol wpływa na zmysły i poczucie estetyki - może rytmy i melodyka disco polo jest jakoś specyficznie dostrojona do stanu ubzdryngolenia.
Rytm i melodyka disco-polo ze względu na swoją prostotę jest po prostu uniwersalna i pobudza te równie proste, niemal prymitywne klapeczki w naszych mózgach - ale to samo można powiedzieć o większości kawałków radiowych. Mając do wyboru Zenka i Calvina Harrisa nie miałbym ani grama wątpliwości, do czego ruszyć zadek.
Ale ustalmy jeszcze jedno - czy osoba kompletnie zalana jest na tyle świadoma, by w ogóle wiedzieć do czego tańczy (a raczej wydaje się jej, że tańczy)? Bo tak patrząc to owszem - być może i powyginałbym się przy disco-polo, ale równie dobrze mógłbym się wówczas wybrać się z "Misją na Marsa" czy spędzić noc z Anną Grodzką, przy całym szacunku dla pani ex-poseł. Ale wcześnie i tak zaliczyłbym vomit i poszedł spać
Póki świadomość jako tako funkcjonuje, to wielu ludziom disco-polo wciąż nie siądzie, przykro mi. I to raczej grupie jej apologetów ciężko zrozumieć, że tak - przy tym można nie chcieć się bawić, nawet z promilami we krwi.
"Gdzie kończy się logika, tam zaczyna się administracja".
Nie cierpię administracji.
Jestem absolwentem administracji.
Chcę zmieniać administrację.
Nie cierpię administracji.
Jestem absolwentem administracji.
Chcę zmieniać administrację.

