20.11.2023, 14:23
Tworzyć "sobie a muzom", czy dla odbiorców? Jeżeli dla odbiorców, to zawsze jacyś się znajdą, nawet przemocą albo przypadkiem, ewentualnie skończy się interwencją służb mundurowych. Jeżeli istnieje pojęcie partii kanapowej, to jak daleko poza jedną sztukę kanapy ma sięgać pozytywny obiór dzieła muzycznego, aby jego twórcę uznać za artystę, nie mówiąc już o określeniu go "artystą wybitnym"? Czy wystarczą dwie kanapy, może trzydzieści, a może rzędy, czy nawet złożone z rzędów sektory?
Może z artystami jest jak z piłką nożną, czy kaszana, czy mistrzostwo, to i tak tłumy tym sportem żyją i śledzą w jakiejś dziwacznej nadziei, że "może w końcu zaczną dobrze grać". A może nawet w muzyce jest to kwestia nadziei nawet w znaczeniu "śpiewaj i graj dalej, może się w końcu nauczysz!"
Muzyka, tak jak sport, wykształciła dyscypliny zwane gatunkami, a artyści wykształcili swoich kibiców zwanych już różnie. I tu wraca "sobie a muzom", bo mając kibiców, fanów, widzów, słuchaczy, klientów na płyty i tantiemy, to tworzyć tylko dla muz już nie bardzo pasuje, więc powstaje dylemat, dawać wspomnianym cokolwiek, bo chcą czegokolwiek, czy dawać to co się chce wyrazić w przypływie inwencji twórczej lub wewnętrznej potrzeby, wszak oni wcale nie chcą tylko czegokolwiek. Ale inwencja twórcza ma granice, a tam gdzie się kończy, tam zaczyna się produkcja "sztuk dzieł", a nie "dzieł sztuki". Zawsze mnie zastanawiało, czy artyści wydający jakieś płyty z muzyką mają czasem narzucone, albo sami sobie narzucają, zadanie zapełnienia wydawnictwa dla samego jego zapełnienia, bo co jeżeli inwencja twórcza nie chce pójść dalej niż kilkanaście minut nagrania? Cóż to by było za marnotrawstwo pojemności nośnika i mocy przerobowych wytwórni. No, ewentualnie zostają jeszcze covery...
Pewnie dałoby się znaleźć dzieła filmowe uznawane przez koneserów za wybitne, które przeciętnego widza tak degustują po kilku scenach, że większość odpuszcza sobie dalsze męczarnie, ale wśród tych zdegustowanych znajdą się tacy, którzy podejmą trud wytrwania do końca, ale tylko dlatego, że ktoś im powiedział, że to jest wybitne. Tylko co by było, gdyby wspomniana garstka koneserów uznająca wybitność dzieła, czystym przypadkiem tego dzieła nie zobaczyła, więc nikt z widzów podczas próby oglądania o ewentualne jego wybitności nie miałby pojęcia? Wygląda to jak baśniowe "nowe szaty króla", czyli "jeżeli nie dostrzegasz, że to wybitne, albo że to chłam, to jesteś idiotą".
Po powyższym wywodzie dochodzę do wniosku, że uczestnicy wszelkich dyskusji o tym, czy coś jest arcydziełem, kiczem, czy chałturą, zanim zaczną stawiać innym dyskutantom zarzut "braku zrozumienia dzieła", powinni przeczytać baśnie Andersena, a zacząć od tej wyżej wspomnianej.
Może z artystami jest jak z piłką nożną, czy kaszana, czy mistrzostwo, to i tak tłumy tym sportem żyją i śledzą w jakiejś dziwacznej nadziei, że "może w końcu zaczną dobrze grać". A może nawet w muzyce jest to kwestia nadziei nawet w znaczeniu "śpiewaj i graj dalej, może się w końcu nauczysz!"
Muzyka, tak jak sport, wykształciła dyscypliny zwane gatunkami, a artyści wykształcili swoich kibiców zwanych już różnie. I tu wraca "sobie a muzom", bo mając kibiców, fanów, widzów, słuchaczy, klientów na płyty i tantiemy, to tworzyć tylko dla muz już nie bardzo pasuje, więc powstaje dylemat, dawać wspomnianym cokolwiek, bo chcą czegokolwiek, czy dawać to co się chce wyrazić w przypływie inwencji twórczej lub wewnętrznej potrzeby, wszak oni wcale nie chcą tylko czegokolwiek. Ale inwencja twórcza ma granice, a tam gdzie się kończy, tam zaczyna się produkcja "sztuk dzieł", a nie "dzieł sztuki". Zawsze mnie zastanawiało, czy artyści wydający jakieś płyty z muzyką mają czasem narzucone, albo sami sobie narzucają, zadanie zapełnienia wydawnictwa dla samego jego zapełnienia, bo co jeżeli inwencja twórcza nie chce pójść dalej niż kilkanaście minut nagrania? Cóż to by było za marnotrawstwo pojemności nośnika i mocy przerobowych wytwórni. No, ewentualnie zostają jeszcze covery...
Pewnie dałoby się znaleźć dzieła filmowe uznawane przez koneserów za wybitne, które przeciętnego widza tak degustują po kilku scenach, że większość odpuszcza sobie dalsze męczarnie, ale wśród tych zdegustowanych znajdą się tacy, którzy podejmą trud wytrwania do końca, ale tylko dlatego, że ktoś im powiedział, że to jest wybitne. Tylko co by było, gdyby wspomniana garstka koneserów uznająca wybitność dzieła, czystym przypadkiem tego dzieła nie zobaczyła, więc nikt z widzów podczas próby oglądania o ewentualne jego wybitności nie miałby pojęcia? Wygląda to jak baśniowe "nowe szaty króla", czyli "jeżeli nie dostrzegasz, że to wybitne, albo że to chłam, to jesteś idiotą".
Po powyższym wywodzie dochodzę do wniosku, że uczestnicy wszelkich dyskusji o tym, czy coś jest arcydziełem, kiczem, czy chałturą, zanim zaczną stawiać innym dyskutantom zarzut "braku zrozumienia dzieła", powinni przeczytać baśnie Andersena, a zacząć od tej wyżej wspomnianej.
